PiS, który wykazał się znakomitym słuchem społecznym w okresie schyłkowych rządów PO i bardzo dobrze zdiagnozował problem sytej partii władzy, która uznała, iż rządzenie się im po prostu należy, dziś samo wpada w tą samą pułapkę. Powtarzany do znudzenia argument, że suweren wybrał dobrze – więc dobrze mu tak, który legitymizuje absolutnie wszystko, to nie tylko maczuga na „totalną opozycję” ale i zapowiedź poważnych kłopotów. Symptomatyczne jest tu podejście do problemu samego Misiewicza, który najwyraźniej jest przekonany, że jedynym problemem jest fakt, iż złośliwe media uwzięły się na niego, a on chciał tylko zdobywać doświadczenie zawodowe. Jemu się po prostu to należy, bo postawił na zwycięską w wyborach formację. Ilu działaczy PiS myśli tak jak Misiewicz?
A kiedy Brudziński jednym tchem mówi przepraszam, a jednocześnie podkreśla, że przecież Misiewicz nie złamał prawa, za to PO… - to jest to dowód na to, że problem jest zamiatany pod dywan. Media i opinia publiczna męczyły, męczyły – więc PiS rzucił im kość. Ale ceną za to ma być podziw wobec faktu, że ścisłe kierownictwo partii odważyło się rzucić wyzwanie 27-letniemu byłemu rzecznikowi MON. Zaiste – bezkompromisowe podejście do sprawy. Zapewne Donald Tusk przed charyzmatycznym 27-latkiem by się ugiął.
Czy grzechy PO, o których mówił Brudziński nie są grzechami? Oczywiście, że są. To m.in. dlatego właśnie, że grzechami są, PiS wygrał wybory. Ale kiedy dziś ustami Brudzińskiego Prawo i Sprawiedliwość tłumaczy, że robi podobnie, choć nieco inaczej – to znaczy, że opozycja niesłusznie chce, cytując polityków PiS, „żeby było jak było”. Jest jak było – plus 500.