Nie jestem pewien, ilu wyborców PiS ma świadomość, że ich rząd podpisał w Glasgow, podczas szczytu klimatycznego, deklarację dotyczącą rezygnacji z produkcji i rejestracji nowych aut spalinowych najdalej do 2040 r., a gdzie się da – o pięć lat szybciej. Sądzę, że niewielu. Gdy zaczęto o niej głośno mówić, rządzący bronili się, że jest ona „niewiążąca". Nie podpisały jej ani USA, ani Chiny, ani nawet Niemcy. Jak nasza władza wyobraża sobie realizację tego nonsensownego planu? Auta na baterię nijak nie są w stanie zastąpić aut spalinowych pod względem praktyczności i nie ma na razie technologii bateryjnej, która by to umożliwiała. Generują za to mnóstwo problemów.

Czytaj więcej

Morawiecki na COP26 chwali OZE i broni węgla

Po pierwsze – produkcja akumulatorów wymaga metali ziem rzadkich, które wydobywane są w warunkach budzących wątpliwości oraz są bardzo deficytowe, a także dają kilku państwom i firmom na świecie – w tym Rosji – kontrolę nad całym procesem. Po drugie – infrastruktura energetyczna jest niedostosowana do ładowania setek milionów aut na prąd – gdyby miały one wyprzeć pojazdy spalinowe. Po trzecie – ładowanie wcale nie będzie tanie, bo państwa, które zaczną tracić wpływy z opodatkowania paliwa, będą musiały je sobie odbić na prądzie, którym będzie się ładowało auta elektryczne.

Awans aut na baterię jest sztucznym procesem, wspomaganym z jednej strony dotacjami do elektryków, z drugiej – restrykcjami wobec samochodów spalinowych. Jest to kompletne szaleństwo, za którym idzie już kolejny postulat: aby w ogóle ograniczyć dostępność samochodów, jakichkolwiek. A tym samym ograniczyć swobodę i wolność przemieszczania się obywateli.

Chciałbym się dowiedzieć od kogoś z rządu, jak powie Polakom, że za 14 lat mają porzucić samochody spalinowe – tańsze i praktyczniejsze od bateryjnych. Jak zapewni infrastrukturę energetyczną do ich ładowania. Co zaoferuje milionom obywateli mieszkającym w blokach, gdzie brak garaży, a punktów do ładowania nie da się zainstalować. Chyba że rząd podpisał deklarację tylko ot, tak, dla zgrywy. Albo że perspektywę 14 lat uważa za równie istotną jak perspektywę lat 140.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy"