Gdy opadł już pierwszy kurz po debacie w Strasburgu z udziałem premiera Mateusza Morawieckiego na temat praworządności w Polsce, warto zwrócić uwagę na sferę, którą większość mówców zadających pytania szefowi rządu zignorowała. Chodzi o to, czy rzeczywiście jesteśmy świadkami, jak twierdzą politycy PiS, zmiany ustroju Unii Europejskiej. Bo problem polskiego rządu w UE polega na tym, że jego argumenty ustrojowe giną w sporze politycznym. Ten zaś dotyczy zmian, jakie w sądownictwie wprowadził PiS ze Zbigniewem Ziobrą, ale też równocześnie granic władzy unijnych instytucji.

Czytaj więcej

Reaktywacja premier Szydło?

W tej pierwszej sprawie stanowisko większości prawników jest jednoznaczne – to, co przeprowadził PiS, nie jest reformą, ale próbą zwiększenia wpływu polityków na sądownictwo. Wszystkie działania PiS, począwszy od niezaprzysiężenia trzech legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, przez ustawy mające zablokować potem działanie TK, a wreszcie doprowadzić do jego przejęcia przez Julię Przyłębską i ekipę, zmiany ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa, Sądzie Najwyższym, zmiany personalne w sądach, wszystko to było podporządkowane temu celowi. Znaczna większość sił politycznych w Unii doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego rozpoczęła się procedura naruszenia zasad praworządności przez polskie władze. I dlatego też przez większość sił politycznych w UE ostatnie orzeczenie TK w sprawie wyroków TSUE jest rozpatrywane jako element tego samego politycznego procesu. W tym sensie obrona suwerenności jest dla partii rządzącej jedynie zakładnikiem tego politycznego sporu o sądownictwo. PiS sprzeciwia się ingerencji unijnych instytucji w polskie sądownictwo, bo te chcą mu uniemożliwić podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości.

Czytaj więcej

Ursula von der Leyen, Mateusz Morawiecki
Tomasz Pietryga: Kłopotliwe zalecenie von der Leyen

Ale nie zmienia to faktu, że PiS, nie mając politycznej racji w tym sporze, może mieć rację w sporze ustrojowym. Nie mając racji w dyskusji o polskim sądownictwie, nie musi nie mieć racji tam, gdzie mówi o suwerenności. Niedawno rozmawiałem z politologiem z jednego z największych państw UE. Opowiadałem mu rozmowę z politykiem PiS, który kilka tygodni temu przekonywał mnie, że nie może być zgody ani Polski, ani żadnego innego z państw UE na to, by ustrój Unii Europejskiej był kształtowany nie przez podlegające demokratycznej kontroli Parlament Europejski czy Komisję Europejską, ale przez TSUE, który, poszerzając swoje kompetencje w kolejnych orzeczeniach, de facto doprowadza do zwiększania władzy UE kosztem państw członkowskich. – I tu mają rację – odrzekł mój rozmówca, którego nie da się posądzić o sympatię do partii rządzącej. Podobne tony można było dostrzec we francuskiej debacie, gdy kolejni kandydaci na prezydenta solidaryzowali się z Polską w sprawie konfliktu z TSUE. Najlepiej ujął to gaullista Michael Barnier, były komisarz UE, który skrytykował jurysdykcję TSUE, równocześnie podkreślając swój negatywny stosunek do działań PiS.

Paradoks polega jednak na tym, że jeśli założymy, że rzeczywiście TSUE nadużywa swych kompetencji, robi to w odpowiedzi na zamach PiS na sądownictwo. Czyli PiS bije na alarm z powodu zjawiska, które samo sprowokowało. Co nie oznacza, że samo to zjawisko można zbyć wzruszeniem ramion.