Reklama

Groza i człowieczeństwo na Kaukazie

Obraz „Shindisi" autorstwa Dito Tsintsadzego był bez wątpienia jedną z sensacji 35. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Zgarnął zarówno Grand Prix, jak i nagrodę dla najlepszego reżysera, nie mówiąc już o tym, że uplasował się w ścisłej czołówce w głosowaniu publiczności. W uzasadnieniu jury napisało, że laury przyznano „za czysty przekaz skomplikowanego obrazu okrucieństwa i bezsensu wojen oraz mocy ludzkiego ducha, który definiuje nasz ludzki byt". Tego samego roku Gruzja wystawiła go jako swego kandydata do Oscara. I choć nie otrzymał ostatecznie nominacji – gdyby tak było, rywalizowałby nie tylko z bezkonkurencyjnym wówczas „Parasite", ale i z „Bożym Ciałem" Jana Komasy – dotarł na zachodnie ekrany i znalazł miłośników wśród tamtejszych odbiorców.
Groza i człowieczeństwo na Kaukazie

Foto: materiały prasowe

Wydaje się to o tyle istotne, że film Tsintsadze, skądinąd naprawdę bardzo dobry, opowiada historię tak szalenie hermetyczną, osadzoną w części świata, która np. Amerykanom może wydawać się wręcz egzotyczna, że nie sposób, by mógł trafić na tak podatny grunt z dala od korzeni. Równie zagmatwane wydają się przyczyny, przebieg oraz skutki konfliktu zbrojnego, o którym mowa. Jest tymczasem zgoła inaczej – to wyjątkowo uniwersalne kino wojenne, głównie dzięki sprawnej reżyserii i pokojowemu przesłaniu.

Pozostało jeszcze 82% artykułu

4 zł tygodniowo przez rok !

Promocja dotyczy rocznej subskrypcji pakietu RP.PL z The New York Times.

Autentyczne dziennikarstwo na cały rok.

Kliknij i poznaj szczegóły oferty

Reklama
Plus Minus
Polska nie była imperium. I dobrze. Kacper Kita o micie imperium i nowej geopolityce
Materiał Promocyjny
Bezpieczeństwo to nie dodatek. To fundament systemu płatności
Plus Minus
„Niebo. Rok w piekle”: Przejmująca cisza
Plus Minus
„Canes of Karabakh”: Złapać oddech
Plus Minus
„Ride 6”: Szalone i profesjonalne wyścigi
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama