Właśnie z taką mamy do czynienia w przypadku koronawirusa Covid-19. Na facebookowych „tablicach" pełno jest informacji o tym, że trzeba kupić suche jedzenie, zaopatrzyć się w leki, odwołać spotkania rodzinne, wyjazdy, imprezy masowe, a najlepiej jak Kościół w Lombardii nawet publiczne msze święte (dzięki Bogu księżom samotnie pozwolili sprawować) i czekać na kolejną z cyklu medialnych apokalips. Gdybym chciał tego rodzaju przekazy traktować poważnie, to nie pozostałoby mi nic innego niż – jak to mawiał jeden z moich wykładowców – „nakryć się gazetą i czołgać na cmentarz", i to pewnie w maseczce przeciwwirusowej, żeby od kogoś się czymś nie zarazić, bo jeszcze przez przypadek umarłbym na jakąś chorobę, a nie zdrowy jak rydz (bo niestety, że umrę, to – jakkolwiek byśmy to ukrywali – rzecz pewna).




Złośliwy jestem strasznie, mam tego świadomość, ale może to dlatego, że przeczytałem szczegółowe dane dotyczące nowej odmiany koronawirusa o wdzięcznej nazwie Covid-19 i choć są one nieprzyjemne, to nie bardziej nieprzyjemne niż te dotyczące zwykłej grypy. Nowy wirus jest oczywiście groźny, ale dla osób powyżej 80. roku życia (wśród nich wskaźnik śmiertelności wynosi 15 proc.) i cierpiących na rozmaite schorzenia immunologiczne. Im jednak młodszy i zdrowszy pacjent, tym mniej groźna jest dla niego nowa choroba. I tak u pacjentów po siedemdziesiątce to już 8 proc. (nadal dużo, ale jednak ogromna większość wychodzi z choroby zdrowa), w przypadku 60-latków to 3,6 proc., u 50-latków wskaźnik ten wynosi 1,4 proc., a w mojej grupie wiekowej, czyli 40-latków – 0,4 proc. U ludzi pomiędzy 10. a 39. rokiem życia wskaźnik umieralności to już tylko 0,2 proc., a z dzieci poniżej 10 lat nie zmarło żadne.

Nie jest też tak, że śmiertelność związana z nowym wirusem jest jakoś zastraszająco wysoka. Dotąd na całym świecie (głównie w Chinach) zmarło ponad 2600 osób. Tymczasem dziennie tylko w wyniku wypadków samochodowych ginie 3700 osób, a w wyniku choroby wieńcowej dziennie statystycznie ponad 20 tys. osób. Udar mózgu pochłania dziennie 18 tys. istnień ludzkich, a grypa – 1780 istnień.

Konsekwentnie trzeba by zatem wywołać histerię dotyczącą zakazu przemieszczania się pojazdami (Kościół w Lombardii zamiast zakazywać publicznych mszy z udziałem wiernych, mógłby zakazać przyjeżdżania na nie samochodami), spożywania niezdrowych tłuszczów, palenia tytoniu itd. Dzięki takim zapisom wszyscy moglibyśmy umrzeć w pełni sił i absolutnie zdrowi, co najwyżej na atak paniki.

I żeby nie było wątpliwości: nie jestem przeciwko środkom ostrożności podejmowanym przez państwa, służbę zdrowia czy organizacje międzynarodowe, a jedynie zwracam uwagę, że w ostatnich latach już kilka razy przeżyliśmy podobne napady paniki. Warto też mieć świadomość, że ich skutki gospodarcze także mogą nie być przyjemne.

A i tak najistotniejsze jest zupełnie co innego. Otóż tego rodzaju okresowe zdarzenia pokazują, że w skali globalnej zatraciliśmy świadomość nieuchronności śmierci, a także jej całkowitej nieprzewidywalności. Pragnienie kontroli nad własnym życiem i uznanie, że jesteśmy do niej zdolni, jest tak wysokie, że każde nieprzewidziane, niekontrolowane wydarzenie wywołuje panikę i histerię. Ich jedynym źródłem jest coś nierozerwalnie związanego z naszym ludzkim istnieniem, a mianowicie jego absolutna nieprzewidywalność, przypadkowość i wreszcie jego skończoność. Histeria, panika, a także budowanie wokół siebie kordonów ochronnych w postaci maseczek, odwoływania imprez masowych itd. daje nam poczucie, że cokolwiek kontrolujemy. Tymczasem może się okazać, że maseczka na tyle zasłoni nam wzrok, że wpadniemy pod samochód.