Nie twierdzę oczywiście, że łatwo oddzielić cele polityczne od ich realizacji – stare to zresztą przekleństwo polskiej niemożności, bylejakości i słabości. Stare przekleństwo wielkich słów i potężnych haseł, którym towarzyszy jakże marny czyn. Niemniej zdarza się i tak, że samo nazwanie rzeczy po imieniu, próba walki godne są najwyższej pochwały.
Są przecież ludzie, którym na słowo „naród” cierpnie skóra. Są tacy, którzy słysząc „Polska” i „ojczyzna”, rozglądają się dokoła podejrzliwie. Którzy boją się mówić o ofiarach, bo w ich oczach ofiary zawsze mogą zostać włączone we wspólnotowy mit, ten zaś jest dla dzisiejszego społeczeństwa – tak pragmatycznego, tak nastawionego na jednostkowe zadowolenie i konsumpcję – groźny. Budzi niepotrzebne upiory przeszłości, archaiczne sentymenty.