Pierwszy był Edward Hope Smith. 14-latek pochodzący z biedoty, czarnoskóry. Zginął od strzału z broni palnej. Mieszkał w tzw. housing project, na osiedlu komunalnym, które w Stanach Zjednoczonych buduje się dla najuboższych. Mogą to być blokowiska, domki, szeregowce – architektura jest wtórna, ważniejsza jest bieda i kolor skóry, zazwyczaj ciemny.
Drugi był Alfred Evans. 13-latek, którego matka miała więzienną przeszłość. Jego z kolei uduszono, choć identyfikacja zwłok zajęła prawie rok. Można ich w zasadzie liczyć razem, bo obydwa ciała znaleziono w tym samym miejscu, w chaszczach przy rzadko uczęszczanej drodze na przedmieściach Atlanty. Znalazła je kobieta zbierająca puszki. To był lipiec 1979 roku. W śledztwie wyszło na jaw, że chłopcy lubili popalać marihuanę, policja więc szybko podchwyciła trop narkotykowych porachunków. Tylko dlaczego Evans miał na sobie nie swoje, całkowicie czarne ubranie i pasek, którego nikt z jego bliskich nie kojarzył?
Gdy państwo zawodzi, budzą się demony
Potem byli kolejni. W listopadzie 1979 roku 14-letni Milton Harvey. Znaleziony na opustoszałym parkingu, w krzakach. Nie miał na sobie skarpetki i buta. Przyczyna śmierci pozostała nieustalona. Yusuf Bell miał tylko 9 lat. Znaleziono go w samych szortach ze śladami taśmy izolacyjnej w piwnicy opuszczonego budynku szkolnego. Później kolejni. Także dwie dziewczynki.
Na początku 1980 roku policja zaczęła przypuszczać, że sprawy mogą być powiązane. Nawet jeśli w Atlancie w tamtym czasie rocznie dochodziło do zabójstw ośmiorga–dziesięciorga dzieci, to kolejne sprawy zaczęły się układać w niepokojący schemat. Nie wszystkie, ale wiele – do 1981 roku ponad 20.
Kto oglądał serial kryminalny „Mindhunter" zrealizowany dla Netflixa przez zespół filmowców z Davidem Fincherem na czele („Siedem", „Zodiak", „Zaginiona dziewczyna"), ten kojarzy historię morderstw w Atlancie z lat 1979–1981, które scenarzyści drugiej serii „Mindhuntera" uczynili osią fabuły. Sprawę pomagała rozwiązać jednostka FBI profilująca sprawców seryjnych morderstw za pomocą psychologii behawioralnej. Drugi sezon znakomitego „Mindhuntera" miał premierę jeszcze w 2019 roku, ale teraz jako postscriptum do tamtej opowieści z kolei HBO zaprezentowało nowy serial dokumentalny „Utracone dzieci Atlanty". W przeciwieństwie do produkcji Finchera, który opowiadał tamtą historię z perspektywy agentów FBI przyjeżdżających do Atlanty na „gościnne występy", dokument przedstawia punkt widzenia rodzin ofiar. Bo choć tamte zabójstwa przypisano jednemu człowiekowi, którego skazano i nadal pozostaje on w więzieniu, to sprawa nie jest wcale oczywista. I więcej – do dziś pozostaje traumą dla społeczności miasta, która jest podzielona i spiera się, kto i dlaczego zabijał czarnoskóre dzieci i młodzież cztery dekady temu. To szokujący obraz absolutnego braku zaufania do państwa i jego instytucji. A tam, gdzie jest strach i nie wierzy się władzy, uznając, że oszukuje ona obywateli, albo wręcz ma inne ukryte cele, tworzą się warunki dla najbardziej niestworzonych teorii. Włącznie z takimi, że to państwo zabijało.
Zabójstwa nie pasują do sukcesu
Atlanta na przełomie lat 70. i 80. XX wieku była pierwszym dużym miastem na południu USA, które wybrało na burmistrza Afroamerykanina – demokratę Maynarda Jacksona. Czarnoskóry był także zwierzchnik policji – Lee Brown. Atlanta chwaliła się jednym z największych lotnisk na świecie, które do dziś zresztą pozostaje jednym z najruchliwszych. Za połączeniami lotniczymi szła rozbudowa ośrodków konferencyjno-biznesowych. Wielomilionowe inwestycje, świetny PR (powtarzano hasło „miasto zbyt zajęte by nienawidzić"), praca, a więc i spadające bezrobocie. Ale także niedobre statystyki policyjne, narkotyki, przemoc, getta i duże poparcie dla działań Ku Klux Klanu, w którego szeregi szczególnie chętnie wstępowali policjanci ze stanu Georgia.
Taka była cena rozwoju – chwalono się tym, co jest dobre, a pod dywan zamiatano wszystko to, co było złe, powtarzając slogany o sukcesie i „Czarnej Mekce". Afroamerykanie na tym zyskiwali, ale jednocześnie to oni także płacili najwyższą cenę za emancypację. Bo wszyscy, którzy nie mieścili się w opowieści o sukcesie miasta prowadzącego politykę otwartą rasowo, byli spychani na margines. Dlatego seria zabójstw dzieci i nastolatków wśród czarnoskórej biedoty nie mieściła się w oficjalnej narracji. Odstraszałoby to napływający do miasta kapitał. O tym opowiada serial dokumentalny HBO nakręcony przez Sama Pollarda i Maro Chermayeff. W pięciu odcinkach twórcy szkicują tło społeczne wstrząsających wydarzeń, opowiadają o samych zabójstwach, śledztwie, o głównym podejrzanym, a wreszcie o procesie i ciągnącej się do dziś żałobie.
Z jednej strony sprawa wydaje się zamknięta i niebudząca wątpliwości. Eksperci z FBI (m.in. John Douglas, pierwowzór postaci Holdena Forda z „Mindhuntera", autor książek i policyjny autorytet) stworzyli przekonujący portret psychologiczny sprawcy, skupiając się na jego ofiarach. Byli to czarnoskórzy chłopcy i mężczyźni; pochodzili z biednych, rozbitych rodzin; żadna ofiara nie miała samochodu; nie stronili od ulicznego życia; żadne ciało nie nosiło śladów przemocy podczas uprowadzenia; wszyscy zmarli na wskutek uduszenia bądź niedotlenienia, a po śmierci byli przewożeni i porzucani w miejscach dobrze skomunikowanych z głównymi arteriami Atlanty. Każdy z nich był nietypowo ubrany, rozebrany bądź przebrany. Nie mieli też przy sobie nic cennego, a łączył ich ten sam, charakterystyczny rodzaj włókna, którego fragment znajdowano na zwłokach (potem okazał się pochodzić z dywanu sprawcy). Pozostałych kilka zabójstw, które nie mieściły się w tym szablonie, po prostu zignorowano, uznając, że były to „zwykłe" ofiary przemocy.
Na tej podstawie agent Douglas stwierdził, że sprawcą jest czarnoskóry mężczyzna (biały nie mógłby pozostać niezauważony na tych osiedlach) w wieku 20–30 lat, z własnym samochodem, obeznany z technologiami oraz systemami bezpieczeństwa. Po pewnym czasie domniemany sprawca zmienił sposób działania. Kolejne ciała zaczęły wypływać w rzekach, policja więc obstawiła kilkanaście mostów w Atlancie i czekała, aż coś się wydarzy.
Ciamajda albo nocny łowca
Wreszcie w maju 1981 roku zatrzymano o trzeciej nad ranem Wayne'a Williamsa. Czarnoskórego 23-latka, którego odpowiedź na pytanie, co robi o 3 w nocy na moście w aucie, była niedorzeczna. Na dodatek Williams pasował idealnie do stworzonego profilu i należał do społecznego kręgu wielu ofiar. Oni sami i ich rodziny znali Williamsa, a jego rodzina znała też ich. Społeczności lokalnej trudno jednak było uwierzyć, że ten pryszczaty ciamajda w okularach zamordował ponad 20 osób, często silniejszych od niego. Tym bardziej że ostatnimi ofiarami byli dorośli, dwudziestoparoletni mężczyźni. Wszystko jednak nabiera sensu, gdy prześledzimy dynamikę kolejnych zabójstw i zmieniające się warunki działań mordercy, który ewoluował, rozwijał się jako drapieżnik, potrzebował coraz silniejszych doznań i coraz odważniej „bawił się" z policją.
Jednak dowodów materialnych, które bezpośrednio łączyłyby oskarżonego z zabitymi, nie było wiele. Początek lat 80. to czasy przed upowszechnieniem badań DNA w kryminalistyce (po latach ich wyniki nie obciążyły jednoznacznie Williamsa, ale też go nie wykluczyły). W śledztwie popełniono wiele błędów, grupa dochodzeniowa działała chaotycznie, policjantów było zbyt wielu, a w całość ingerowali politycy, którym zależało na szybkim zamknięciu sprawy, bo mówiła już o niej cała Ameryka.
Chociaż po aresztowaniu Williamsa morderstwa ustały, on do dziś nie przyznaje się do winy. Odsiaduje podwójne dożywocie, ale wciąż stara się odmienić swój los. Przekonuje, że to członkowie Ku Klux Klanu zabijali tamtych chłopców, a rasistowska policja celowo pominęła ten wątek śledztwa i zrobiła z niego kozła ofiarnego. Sam John Douglas kwestionuje, jakoby Williams zamordował wszystkie 28 ofiar, ale co do części nie ma jednak wątpliwości. Podobnie jak nie mieli ich scenarzyści „Mindhuntera", gdzie w dość sugestywny sposób nakreślili postać młodego mężczyzny, w którym buzują na przemian kompleksy i poczucie wyższości, a swoje życiowe niepowodzenia zwala na czarnoskórą biedotę, zwłaszcza na dzieci ulicy, które psują markę „porządnym Afroamerykanom" takim jak on. Udając łowcę młodych talentów i muzycznego agenta, w rzeczywistości był nocnym drapieżnikiem, który nasłuchiwał przez CB radio policyjnych częstotliwości i jeździł po osiedlach niebieskim autem zaopatrzony w migacze i syrenę (był wcześniej skazany za podszywanie się pod policjanta). Wyłapywał kolejne ofiary i w niejasnych okolicznościach je mordował. W mieście, które było „zbyt zajęte by nienawidzić", Wayne Williams miał mnóstwo wolnego czasu.
Jednocześnie do dziś pozostaje wiele pytań: czy zabijał w domu? A co z rodzicami, z którymi mieszkał? Wiedzieli o tym? Na dodatek szybko pojawiły się pogłoski, że motywacja Williamsa miała charakter seksualny, w mediach uznano chłopaka za kryptohomoseksualistę, co spotęgowało społeczno-polityczne wrzenie. Głos zabierały największe autorytety. Williamsa bronił m.in. znany i ceniony afroamerykański pisarz i intelektualista James Baldwin w eseju „Dowodzenie rzeczy, których nie widać" („Evidence of Things Not Seen").
Nie wszyscy chcą zapomnieć
Faktycznie, wiele wskazuje na to, że pod serię zabójstw Williamsa podciągnięto także inne zbrodnie. Oficjalnie sąd skazał Williamsa tylko za dwa zabójstwa, ale po procesie zamknięto aż 22 sprawy. Odtrąbiono sukces, którego nie było. Nie wierzyła w niego ani policja, ani FBI, ani prokuratura, a już tym bardziej mieszkańcy.
To, co tylko zasugerował „Mindhunter", doprecyzowują „Utracone dzieci Atlanty". Śledzimy szereg pobocznych wątków śledztwa, w których występowali liczni podejrzani, w tym przestępcza rodzina Sandersów związanych z Ku Klux Klanem oraz szajka pedofilów trzęsąca całą Georgią. Są w tym dokumencie sceny zadziwiające, archiwalia, na które trudno patrzeć spokojnie. Choćby nalot jasnowidzów na miasto, którzy krążyli po miejscach zbrodni z zafrasowaną miną („Czuję złą energię"), albo uzbrojone w pałki patrole sąsiedzkie („Nie damy zabijać naszych dzieci") czy ruch rodzin ofiar, które w większości do dziś nie wierzą w winę Williamsa. Jest nawet scena, w której 60-letni pedofil udziela wywiadu lokalnej telewizji i martwi się, że nieletni chłopiec, któremu płacił za seks, nie przychodzi do niego od paru dni.
„Utracone dzieci Atlanty" to dokument wstrząsający, świadectwo abdykacji państwa, jego instytucji, organów ścigania i lokalnych władz. Policja i politycy jakby liczyli, że morderca się znudzi i przestanie zabijać sam z siebie. Burmistrz Jackson dopominał się od prezydenta Reagana zaangażowania w sprawę FBI (teoretycznie nie mogli wkroczyć, jeżeli przestępstwo wydarzyło się na terenie jednego stanu), a z drugiej strony jego człowiek – komisarz policji Brown – nie miał zamiaru zrzekać się choćby cząstki swej kontroli. Sam Reagan i jego wiceprezydent George Bush również mieli konkretne oczekiwania wobec prokuratury. Jak najszybciej zamknijcie tę sprawę – tak można je streścić. Nie wystarczy jednak sprawczość władzy, musi ona także mieć legitymację u obywateli.
O tym dylemacie mądrze opowiadał „Mindhunter" – w wymiarze sprawiedliwości nie chodzi tylko o to, żeby śledczy byli pewni własnych decyzji, ale może nawet bardziej o to, żeby pewni ich byli także zwykli ludzie. Inaczej będą się rodziły teorie spiskowe i krążyły niestworzone plotki, jak m.in. ta o tajnej organizacji, która morduje młodych mężczyzn, by z ich narządów płciowych pobierać interferon (cokolwiek to miało być). Nieufność społeczna była tak duża, że kiedy w lokalnej szkole doszło do eksplozji gazu, fakt ten uznano za ciąg dalszy planowej eksterminacji czarnoskórych dzieci.
Może dlatego w ostatnim odcinku dokumentu niemal wszyscy bohaterowie wątpią, żeby wznowione w 2019 roku śledztwo cokolwiek zmieniło na lepsze. Ze smutkiem kręcą głowami – jest już za późno i brakuje materiałów dowodowych, które można by zbadać nowymi technologiami. Można odnieść wrażenie, że nie chodzi już nawet o prawdę, ale o żałobę, którą odebrano rodzinom ofiar za sprawą pośpiesznego i niedbałego zamknięcia sprawy.
I wygląda na to, że przede wszystkim nie zmieniła się sama Atlanta. Nawet jeśli miastem nieprzerwanie od lat 70. rządzą czarnoskórzy demokraci, to wciąż wszyscy są zbyt zajęci i nikt nie ma czasu na historię sprzed 40 lat. No, może poza Wayne'em Williamsem, który cały czas przekonuje, że został wrobiony, a zabójstwa dzieci to był jeden wielki spisek. Jak widać dzięki dokumentowi – całkiem sporo ludzi w dzisiejszej Atlancie w to wierzy.