Na początku lat 90. były w Polsce dwa zauważalne środowiska liberałów gospodarczych. Gdańskie, skupione wokół Janusza Lewandowskiego, i warszawskie – wokół Janusza Korwin-Mikkego. Pan współtworzył to drugie.



Mariusz Dzierżawski:

Na pewno nie było to środowisko jednorodne. Z jednej strony byli liberałowie, dla których zdecydowanie najważniejszy był wolny rynek, a z drugiej strony konserwatyści, też podzielający wolnorynkowe ideały, jednak nietraktujący ich aż tak pierwszoplanowo.



Po której stronie pan stanął?



Ja byłem po prostu fanem Janusza Korwin-Mikkego. Później związałem się z grupą konserwatywną, choć nie pamiętam już do końca tamtych sporów ideologicznych. Konserwatyści nawiązywali do przedwojennego Stronnictwa Polityki Realnej, reprezentowali więc ideały chłodnego realizmu, uważali, że należy się dogadywać z władzą, czyli ówcześnie z Wałęsą. Liberałowie za to nie chcieli iść na takie kompromisy.



Co mówiliście o gospodarce?



Na początku prezes był naszym najwyższym autorytetem, również w sprawach wolnego rynku. Korwin-Mikke przedstawiał bardzo efektowne koncepcje: podatki podymne, pogłówne, łanowe... Do tego tych, którzy by nie płacili pogłównego, chciał odseparować w Bieszczadach, bo nie zasługują na ochronę państwa, itd. Potem mój brat Krzysztof zaczął dużo czytać klasyków: Jana Baptystę Saya, Adama Smitha, Josepha Schumpetera, i przedstawił program bardziej trzymający się ziemi, np. domagał się od rządzącego wtedy Balcerowicza zaprzestania wprowadzania coraz bardziej skomplikowanego systemu podatkowego. Program ten nawiązywał oczywiście do tych samych klasycznych ideałów wolnorynkowych, jednak był bardziej realistyczny.



Ten bardziej pragmatyczny program zaczęliście upowszechniać?



Krzysztof wkrótce stał się znanym publicystą i ekspertem Centrum im. Smitha. Zaczęło wtedy też działać Koło Ekonomiczne przy warszawskim oddziale UPR. Spotykaliśmy się co tydzień albo co dwa i rozważaliśmy różne kwestie praktyczne. Największy posłuch mieli wtedy właśnie Krzysztof i Andrzej Fiderkiewicz, absolwent ekonomii na Uniwersytecie Moskiewskim, człowiek doskonale oczytany w klasyce ekonomii.

Z tego, co rozumiem, już w 1992 roku szukał pan z bratem bardziej pragmatycznej drogi wprowadzania wolnorynkowych ideałów?

Nie chodziło nam o sam pragmatyzm. Po prostu szukaliśmy pomysłów, które dałoby się najzwyczajniej w świecie zrealizować. Ważne było dla nas tylko, by zrobić tak, żeby ten wolny rynek działał.

Ten bardziej pragmatyczny program zaczęliście upowszechniać?

Krzysztof wkrótce stał się znanym publicystą i ekspertem Centrum im. Smitha. Zaczęło wtedy też działać Koło Ekonomiczne przy warszawskim oddziale UPR.

Jakich mieliście mistrzów?

Kiedyś zaprosiliśmy do Polski Miltona Friedmana. Jednak o ile podobała mi się jego publicystyka, to jego monetaryzm był dla mnie nie do przyjęcia.

Dziś środowiska konsekwentnych zwolenników wolnego rynku są w Polsce na marginesie. Na początku lat 90. było inaczej?

Na pewno UPR nie była partią masową... Mieliśmy poczucie, że jesteśmy elitą, która sprawniej posługuje się logiką niż pozostali. Pamiętam, jak w 1993 roku ówczesny premier Jan Krzysztof Bielecki przyjechał do podwarszawskiego Brwinowa, w którym się wychowywałem. Poszliśmy z bratem na to spotkanie i razem zdemolowaliśmy całą argumentację Bieleckiego. Mieliśmy poczucie wielkiej przewagi intelektualnej nad nim.

Bielecki też był liberałem, tyle że z Gdańska.

Moim zdaniem oni byli bardzo niekonsekwentni. Do tego poszli w stronę radykalnie pragmatyczną. Myślę, że oni wszyscy wybrali po prostu konfitury, a nie wolny rynek.

A Leszek Balcerowicz?

W tamtych czasach byliśmy z nim w kontakcie. Na pewno był on czasami niesprawied- liwie atakowany, jednak mam wrażenie, że on zupełnie nie rozumiał wielkich rzeczy, jakich dokonał. Ten cały cud dokonał się rękami i nogami milionów polskich przedsiębiorców. Balcerowicz, likwidując inflacyjny dodruk pieniądza, cud ten tylko umożliwił. Ale już wcześniej przecież to Rakowski i Wilczek wprowadzili ustawę o wolności gospodarczej, która w 1988 roku była najbardziej liberalną ustawą w całej Europie. Później ta wolność była tylko ograniczana...

Jest dziś szansa, by tę wolnorynkową wizję gospodarki jeszcze w Polsce wprowadzić?

Mój brat Krzysztof pod koniec życia (zmarł w 2004 roku) przygotował z gronem współpracowników z Centrum im. Smitha tzw. projekt ustawy o likwidacji bezrobocia, choć faktycznie to był projekt reformy finansów publicznych. Projekt ten jest cały czas żywy, a wspierają go ciągle Centrum im. Smitha i Instytut Jagielloński.

Ale potrzeba jeszcze woli politycznej...

Jedyną partią, która była skłonna poprzeć ten projekt, było PSL. Uczeni ludowcy byli przeciwni, ale większość posłów PSL to drobni przedsiębiorcy, a im się on jak najbardziej spodobał. Ten projekt jest adresowany do tej grupy społecznej. Tylko jej uaktywnienie może doprowadzić do wprowadzenia tak potrzebnych nam wszystkim zmian.

Mariusz Dzierżawski jest z wykształcenia matematykiem. W latach 1991 – 1995 wiceprezes Unii Polityki Realnej. W 1995 roku podjął nieudaną próbę obalenia ówczesnego prezesa Janusza Korwin-Mikkego, co zakończyło jego przygodę z UPR. Twórca Stronnictwa Polityki Realnej, które weszło w skład Akcji Wyborczej Solidarność. Obecnie członek Rady Fundacji PRO – Prawo do Życia i pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „STOPABORCJI".