Panie pułkowniku, jak akowiec został komendantem posterunku MO w Węglówce?
Tuż po kapitulacji Niemiec powróciłem z robót przymusowych do kraju, do Turaszówki (okolice Krosna) i wkrótce trafiłem do milicji. Z polecenia powiatowego komendanta MO w Krośnie objąłem funkcję szefa posterunku MO w Węglówce. Wspomniany komendant był zaprzysiężony w bliżej nieznanej mi organizacji niepodległościowej. W ten sposób w ciągu kilku dni powstała placówka informacyjna dla antykomunistycznego podziemia na Rzeszowszczyźnie, dla „Wołyniaka" i innych.
Jesienią '45 kierownik tutejszej kopalni, z którym dobrze żyliśmy, zwrócił się do mnie z dyskretną prośbą: „Mam u siebie gościa, majora sprzed wojny, lekko jeszcze utykającego z powodu rany. Trzeba go zawieźć na Podhale". Zgodziłem się. Wziąłem powierzonego mi oficera (przedstawił się jako „Marian"), który był naturalnie po cywilnemu, wyrobiłem mu lewe dokumenty – i w drogę. Wysiadłem z pociągu w Lasku – na stacyjce przed Nowym Targiem. Major znał hasło, wymienił je z jednym z kolejarzy. Kolejarz wyprowadził nas ze stacji i przekazał „Mariana" dwóm młodym góralom. Załadowali go na dwukółkę (utykał), a ja i moi chłopcy szliśmy za nią. Tak dotarliśmy do Ochotnicy. Przed Ochotnicą Górną, w lesie, przed kościołem zatrzymaliśmy się. Jeden z łączników oddalił się i przyszedł z dwoma żołnierzami. Przedstawili się, że są od majora „Ognia". Zapewnili, że major zaraz przybędzie – przez chwilę jest zajęty. Po kilkunastu minutach przyszedł.
Jakie wrażenie zrobił na panu „król Podhala"?
Co za człowiek – mówię panu! Potężna postura, charyzma, bardzo inteligentny, wojowniczy. Jak go po raz pierwszy zobaczyłem, to już wiedziałem, że to jest prawdziwy dowódca. Byłem zafascynowany samym widokiem majora. Zdawało mi się, że on odczytuje moje myśli.
To wtedy przyłączył się pan do ogniowców?
Nie. „Marian" i „Ogień" padli sobie w ramiona, a ja wróciłem na Węglówkę. Dalej pilnowałem, żeby w kopalni ropy naftowej wszystko było w porządku, żeby nie było żadnego sabotażu, wysyłałem patrole i tak dalej. Trwało to do późnej jesieni, a może wczesnej zimy – dokładnie nie pamiętam. W każdym razie już śnieg leżał, gdy w Korczynie major, wtedy jeszcze kapitan, Żubryd rozbroił posterunek milicji.
Dostałem wiadomość, że po wykonaniu akcji Żubryd maszeruje w kierunku Węglówki, więc wycofałem się z posterunku, bo nie miałem żadnych instrukcji od przełożonych z byłej AK, czy mam dać się rozbroić, czy nie. Skutek był taki, że wszystkie posterunki w okolicy zostały rozbrojone przez Żubryda, a mój nie. I to doszło do UB.
Wzywa mnie szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa. Idę z myślą, że może nic nie mają jeszcze. Pyta: „Słuchaj, jak ty to robisz, że tobie się udaje wychodzić cało z rąk Żubryda?". Odpowiadam: „Całkiem po prostu: pilnujemy się i uciekamy". Wyglądało na to, że uwierzył. Jednak w końcu stycznia '46 dostaję wiadomość, że muszę uciekać. Załadowałem broń, przyłączyło się do mnie czterech rzekomych milicjantów i pojechaliśmy do Komborni, gdzie ukrył się mój przyjaciel z korczyńskiego posterunku, który musiał uciekać przed ujęciem. Był on zastępcą „Mściciela" – dowódcy oddziału Narodowych Sił Zbrojnych. Tam się wstępnie zatrzymałem, jednak cały czas namawiałem moich podkomendnych, żebyśmy jechali na Podhale. Ale trzymały nas straszne śniegi srogiej zimy z 1945 na 1946 r. Dotarcie do „Ognia" nie było więc takie łatwe.
Jak to się?panu udało?
„Mściciel" wybierał się gdzieś w Dębickie po aprowizację, no i by uprowadzić jednego z członków PPR na zakładnika. Zaproponował mi udział w wypadzie, więc pojechałem do Przecławia k. Dębicy. Ale nie podobała mi się ta cała akcja, była bardzo mało przemyślana. Ludzie „Mściciela" rozbili PGR, ja natomiast ubezpieczałem teren (w pobliżu stacjonowały jednostki KBW i NKWD). Po konfiskacie potrzebnych produktów okazało się, że nie zastano peperowca, zgarnięto więc jego żonę – niegdyś kochankę „Mściciela". Por. „Mściciel" i jego kobieta, okutani w kożuchy, zasiedli w zarekwirowanych saniach – ruszyliśmy w drogę powrotną. Młody byłem wtedy, ale jakaś intuicja mi podpowiadała, że nie tak się robi odskok zimą w obcym terenie. Przejeżdżaliśmy nocą przez Dębicę niemal kuligiem, chłopcy rozśpiewani...
Przed koszarami NKWD w Dębicy wartownik stoi, a tu jedzie taka szajka... Sowieci od razu się zorient- owali. Zaraz za Dębicą „Mściciel" wstrzymuje konwój. Konie topią się w śniegu, nie ma jak kontynuować podróży. Zatrzymaliśmy się na popas. Wszystko to nie podobało mi się. Moje uwagi w rodzaju: „Czy to jest mądre, żebyśmy teraz popasali? Zostawić tę brankę, te konie tutaj i iść dalej, wyjść z terenu niedogodnego dla partyzantów" – zostały zbagatelizowane. A resort już opanował okolicę.
Ledwo co wydostaliśmy się za wioskę jakieś 2 km – obława.
Karabiny maszynowe zaczęły grać. Było nas ok. 40 ludzi. Mówię do swoich, a już zaczęło się zmierzchać: „Tutaj nie mamy szans. Chodźcie za mną". Poszliśmy nie do przodu, jak zamierzał „Mściciel", tylko z powrotem. Ku mojemu zdziwieniu przyłączyło się do mnie również kilku jego chłopców.
A Józek Kozłowski, stary akowiec, legenda akowska, poszedł z „Mścicielem" i z tą jego branką. Naturalnie bardzo szybko to się dla nich skończyło. Natomiast ja z moimi zakopaliśmy się w śniegu w szczerym polu, korzystając z tego, że zrobiło się ciemno, i tak przesiedzieliśmy cicho ze dwie godziny. Gdy wszystko ucichło, wyszliśmy, a było nas dwunastu, przegnaliśmy patrol milicyjny i bezpiecznie przeszliśmy górami aż do Węglówki.
Ostatecznie w końcu lutego 1946 dotarłem z siedmioma kolegami szczęśliwie na Podhale. Podróż tam to osobny temat i doskonały materiał na horror.
Jak pan został przyjęty w bazie na Turbaczu?
Z otwartymi ramionami. Od czasu wyprawy z majorem „Marianem" śniłem o tym, że do nikogo nie pojadę, tylko do „Ognia". I tak się stało.
Po kilku dniach złożyłem przysięgę. Po przysiędze „Ogień" mnie „ochrzcił" – jak mawiali górale – nadał mi pseudonim „Skała". I tak się zaczęło skalne życie. Zostałem mianowany dowódcą jednego z trzech pododdziałów ochrony sztabu, podlegało mi kilkunastu ludzi. Zadanie moje polegało na likwidowaniu przestępstw pospolitych. Chodziliśmy po całym terenie i wyłapywa- liśmy bandytów. Dostawali karę, przeważnie 25 kijów na goły tyłek, i nakaz zwrotu tego, co ukradli.
Skutkowało?
Przeważnie. Nawet tak bywało, że jak się któryś dowiedział, że po niego idziemy – wylatywał nam naprze- ciw, klękał, zapewniając, że wie, o co chodzi, że wszystko odda, że bieda go do rabunku zmusiła, co na pewno było częścią prawdy. Majorowi podobało się, że daję sobie radę.
Jak zmieniło się pana życie, gdy został pan dowódcą 5. kompanii?
W lecie '46 zostałem mianowany dowódcą kompanii. „Ogień" miał już za duży oddział ochrony sztabu. Zwołał więc odprawę i podzielił nas na mniejsze pododdziały – kompanie. Mnie wysłał w Limanowskie. Był to dosyć ciężki teren ze względu na to, że władał nim osławiony Wałach jako szef PUBP w Limanowej. To było straszne ziółko. Poświęciłem dwa tygodnie, żeby go zlikwidować. Ale Wałach przez ten czas nosa nie wystawił z urzędu.
Gdzieś w końcu września 1946 wzięli się za nas, szły obławy za obławą, a w Limanowskiem nie było dogodnych warunków partyzanckich. Musiałem cały czas cofać się, bo bez przerwy napierali. W końcu na rozkaz „Ognia" ewakuowałem się na Maków Podhalański, gdzie nawiązałem kontakt z tamtejszym podziemiem, a było tam grup do licha ciężkiego i trochę, nie tylko „Błyskawicy", ale i innych, zwłaszcza Narodowych Sił Zbrojnych. Musiałem jakoś z nimi współpracować, bo choć mieliśmy wspólne cele, wystrzelalibyśmy się w terenie.
W Makowskiem zaczęliśmy szybko tracić grunt pod stopami, zbyt duże siły były po drugiej stronie. Na domiar złego odniosłem ranę. Rana uległa zakażeniu i groziła mi amputacja nogi. Leczył mnie jeden z mnichów z Kalwarii Zebrzydowskiej, niestety jego maści nic nie pomagały. Napisałem list z prośbą o urlop zdrowotny, posłałem przez łącznika do mjr. „Ognia". A kolano miałem jak baniak, żadne spodnie nie wchodziły. Dostałem zgodę – ze swoim sanitariuszem „Kiepurą" i dwoma jeszcze podkomendnymi pojechałem pociągiem do Krosna, docelowo zaś na Węglówkę. W Krasnej, sąsiedniej wsi, miałem bowiem wspaniale urządzony szpitalik, ukryty w szopie, pod stogiem siana. Byłem zdruzgotany, gotowy na palnięcie sobie w łeb, planowałem pożegnanie. Tymczasem gospodyni, Dębiczakowa, rozwiązała opatrunek, przyjrzała się mojej nodze, mówiąc: „O, damy sobie radę". Staroświeckim sposobem – chleb razowy w ustach mełła, ugniatała go z pajęczyną – w ciągu dwóch tygodni przywróciła mnie na tyle do zdrowia, że mogłem już o własnych siłach kuśtykać.
Ujawnił się pan 6 kwietnia 1947 roku.
Zaraz po śmierci majora [21 II 1947] skontaktowałem się z „Powichrem" w sprawie kontynuacji walki. Powiedział mi: „Chłopie, nie mamy szans". Chociaż był zastępcą „Ognia", nie miał cech przywódczych. No i wróciłem na Węglówkę, by się ujawnić, ale nie tu, bo istniało ryzyko, że dostanie mnie Wałach. Udałem się do Krosna. A poradził mi jeden mecenas, jak przeprowadzić wszystko: „Słuchaj, istnieje jedna szansa, jeśli z niej nie skorzystasz – zastrzelą cię na schodach. Weź kilku świadków z PPR i stań z nimi przed komisją". Zrobiłem tak. Wśród świadków był nawet sekretarz PPR. Powiedzieli wartownikowi, że przyprowadzili partyzanta do ujawnienia. Weszliśmy. Nie było doradcy NKWD (jadł w restauracji), położyłem broń na stole. Spisują ankiety, wpada Sowiet, enkawudzista, i bez ostrzeżenia oddaje strzał w moim kierunku. Pudłuje. Ubowcy odebrali mu pistolet, szepnęli coś na uboczu, widocznie uświadomili mu, że to za głośna sprawa, żeby ją tak załatwiać. Wyszedłem. Ale spokoju już nie zaznałem. Inwigilowali mnie co drugi dzień.
Dlaczego zdecydował się pan walczyć z komunistami?
Dlaczego? Byłem wychowany w takim duchu przed wojną w harcerstwie. Ojciec i dziadek byli legionistami. Śpiewało się w domu pieśni strzeleckie, że krew się w człowieku gotowała – no i jak można było nie walczyć, no jak? Takie pokolenie. Należałem do tego straconego pokolenia. Przecież moją rodzinę wywieźli na Sybir.
A przecież nie musiałem iść do celi śmierci. Ubecy obiecywali gruszki na wierzbie. Po rozbiciu „Wiarusów" istniała przecież jeszcze Żandarmeria z ks. Gurgaczem, chcieli koniecznie mnie zwerbować do rozbicia jej, konkretnie Światło. Specjalnie przyjeżdżał do Krosna, żeby mnie skaptować.
Przycisnęli mnie przed samym aresztowaniem w 1950. Wezwali mnie do Krosna, gdzie urzędował prokurator, byli Wałach i Światło, przedstawili się i komunikują mi: „To jest twoja ostatnia szansa. Jeżeli zdecydujesz się na współpracę, jesteś wolny. Będziesz miał życie jak w Madrycie". Broniłem się, jak umiałem: „Panowie, ja jestem chory, nie dam rady, dajcie mi spokój. A druga sprawa – górale i tak mi nie uwierzą". W odpowiedzi usłyszałem: „Stworzymy taką legendę, że ci uwierzą". Pytam: „Jakim sposobem?". Wszystko mieli od A do Z przemyślane: „Damy ci dwóch ludzi, pojedziesz do Ochotnicy Górnej pod kościół – rąbniesz ich na oczach wszystkich". „Jak to tak?" – zdumiałem się. „Stać nas na to" – usłyszałem w odpowiedzi. Trudno mi sobie wyobrazić, do czego oni byli zdolni.
Pewnie nie żartowali...
Tak, tak. Trzech partyzantów komuniści powiesili w Dębicy w dzień targowy, na rynku. Jeden z nich miał zagipsowane usta.
Przecież tak robili Niemcy!
Tak. A mój kolega Józek Kozłowski przed śmiercią przez powieszenie powiedział do księdza: „Dziękuję Ci, Panie Boże, za tę łaskę".
Większość ludzi nie wytrzymuje tortur. Jak pan je wytrzymał?
Śledztwa były srogie, a najmądrzej torturowali Rosjanie – NKWD. Wystarczył im iskrownik z jakiegoś czołgu czy jakiegoś innego wysokoprężnego silnika. Przywiązywali albo wkładali człowieka w dyby, do jednej ręki drucik, do drugiej – i kręcili korbką. Do dziś dreszcz przebiega po plecach. Jak ja to wytrzymałem? Początkowo zdawało się, że człowiek nie wytrzyma, ale trzeba było i już. Przechodziłem to nie tylko ja. Gdybym był sam, może bym nie wytrzymał.
A sadzali pana na stołku odwróconym do góry nogami?
Nie, ale robili mi tzw. kołyskę: wiązali nogi blisko siebie, ręce blisko siebie na stopach, a później wieszali na drążku, opierając jego końce o dwa krzesła – jak szynkę w wę-
dzarni.
Jakbym widział gestapo w akcji...
Tak, pobierali od nich nauki.
No ale to przecież Polacy panu robili.
Przeważnie Ruscy, ale Polacy też.
A czy spotkał pan ludzkiego ubeka?
Nie. Nie chcę na ich temat w ogóle mówić. Jak wprowadzili stan wojenny, podpalili dom mojej pierwszej zmarłej żony.
Według pana da się wybaczyć ubowcom to, co uczynili swoim rodakom? Jak pan to czuje dzisiaj?
Nie jestem godny, żeby wybaczać. Niech im Pan Bóg wybaczy. Zasłużyli, na co mieli, i koniec.
Spędził pan trzy miesiące i trzy dni w celi śmierci w rzeszowskim zamku Lubomirskich – co przeżywa kaesowiec? Co robi, by nie oszaleć?
W celi śmierci oprócz partyzantów przeważnie byli starsi ludzie, skazani za kolaborację z Niemcami, za wydawanie Żydów i tak dalej. Byli w większości zdziwaczali, dostawali pomieszania zmysłów. Nie dziwię się, gdy musieli przesiedzieć tak kilka miesięcy. Robiłem wszystko, by nie oszaleć, najczęściej marzyłem. Wymyślałem najrozmaitsze historie, wyobrażałem sobie, co mnie czeka w przyszłości, dzięki temu nie zwracałem uwagi na to, co jest naprawdę. Nie wierzyłem w to, że mam umierać.
Wdzięczny jest pan Bierutowi za skorzystanie z prawa łaski?
Nie jestem pewny, że to Bierut skorzystał z prawa łaski. W 1950 Rejonowy Sąd Wojskowy w Rzeszowie skazał mnie na karę śmierci, na skutek amnestii z 1947 zamienioną na 15 lat więzienia. Wywieziono mnie do Wronek. Był rok 1951. Poznałem tam Stasia Skalskiego. Siedział w sąsiedniej celi, spotykaliśmy się na spacerze. Mówił do mnie w żartach: „Ty ogniowcu zasrany".
Po sześciu tygodniach przychodzą po mnie: „Wychodź z celi!". Wepchali mnie do pociągu, przykuli do ławki. Czterech konwojentów. Przywieźli mnie znów do Rzeszowa, tu usłyszałem wyrok: kara śmierci. Uzasadnienie prokuratora było takie: „Ujawnił się po to, żeby się głębiej zakonspirować".
To moje ujawnienie się, świadectwo robotników były władzy nie na rękę. Ci właśnie robotnicy napisali petycję do Bieruta, podpisali ją wszyscy, nawet sekretarze partii, cała załoga kopalni w Węglówce. W ciągu dwóch tygodni przyszła odpowiedź z kancelarii prezydenta, że sprawa jest w toku. Odpowiedź z aktem ułaskawienia nigdy nie nadeszła, ale stało się coś innego: w Warszawie odbyła się nadzwyczajna rewizja mojego procesu – zamieniono mi jeszcze raz karę śmierci na 15 lat więzienia. Wniosek z tego, że zawdzięczam życie górnikom. Do dzisiaj dziękuję im na każdej Barbórce.
Był pan torturowany, represjonowany. Dobrze pan zrobił, podejmując walkę zbrojną z polskimi pachołkami Stalina?
Dzisiaj jestem strzępem człowieka, już nie jestem żołnierzem wyklętym. Jestem staruszkiem i tak się czuję. Ale gdyby dzisiaj zaistniała taka sytuacja, że moja ojczyzna potrzebuje wsparcia, to na kolanach – poszedłbym na kolanach. Mimo wszystko, mimo różnych przeżyć. Nie ma dla mnie gorszej sprawy jak zniewolenie ojczyzny. Są ludzie, którzy pytają: „Co dało powstanie warszawskie, co dały wasze działania?". Dały. Honor ojczyzny tego wymagał. Tak byliśmy wychowani.