Był pan kie­dy­kol­wiek na Ja­snej Gó­rze?

Samuel Willenberg:

A jak­że, wszyst­kie mo­je wa­ga­ry tam by­ły! Prze­cież mieszka­łem w Czę­sto­cho­wie do  13. ro­ku ży­cia. Jak tam po­je­cha­łem po woj­nie, to szu­ka­łem na  tych mu­rach, czy jesz­cze gdzieś jest wy­gra­we­ro­wa­ne „Sa­mek"... (śmiech)

Ucie­ki­nier z Tre­blin­ki, Żyd, po­wsta­niec war­szaw­ski, ate­ista z Tel Awi­wu, sta­wia po­mnik Ja­na Paw­ła II...

Chciał­bym po­da­ro­wać swo­ją rzeź­bę Ja­na Paw­ła II, któ­ra mo­gła­by sta­nąć przed ko­ścio­łem św. Au­gu­sty­na na No­wo­lip­kach w War­sza­wie, na te­re­nie by­łe­go get­ta.

Cze­mu w ogó­le wy­rzeź­bił pan Oj­ca Świę­te­go?

To by­ło w 2005 ro­ku, po śmier­ci pa­pie­ża po­czu­łem, że mu­szę to zro­bić. Ja bar­dzo sza­no­wa­łem Ja­na Paw­ła II, któ­ry ty­le zro­bił dla po­pra­wy sto­sun­ku do Ży­dów, że zro­bi­łem rzeź­bę pa­pie­ża pa­trzą­ce­go na To­rę i ta­bli­cę z de­ka­lo­giem. To był po­ryw ser­ca.

Sztu­ką za­jął się pan na eme­ry­tu­rze.

To pew­nie ge­ny.

Pa­na oj­cem był uzna­ny ar­ty­sta ży­dow­ski przed­wo­jen­nej Pol­ski Pe­rec Wil­len­berg.

Kie­dy się uro­dzi­łem, ta­ta uczył w Czę­sto­cho­wie pla­sty­ki w szko­le ży­dow­skiej. Prze­rwał to, kie­dy do­stał za­mó­wie­nie na wy­ko­na­nie pla­fo­nu w sta­rej bóż­ni­cy. Miał za to do­stać 30 ty­się­cy zło­tych!

Ma­ją­tek!

Ale, nie­ste­ty, do­sta­wał opro­te­sto­wy­wa­ne we­ksle i za­miast 1000 zł do­sta­wa­li­śmy 20 – 30 zł. By­ło bar­dzo cięż­ko, więc oj­ciec po­je­chał do pra­cy do War­sza­wy. Do­je­cha­li­śmy do nie­go, ale ta­ta zna­lazł pra­cę w Opa­to­wie, w Świę­to­krzy­skiem, gdzie ma­lo­wał sy­na­go­gę.

Ma pan 16 lat i wy­bu­cha woj­na.

A ja idę do woj­ska.

Te ciepłe kobiety wychodziły nagie z baraku do komory gazowej. Wszystko parowało, więc one szły jakby we mgle, w chmurze. Jak z innego świata

Szes­na­sto­la­tek? Jak to moż­li­we?

Mnie nie trze­ba by­ło dwa ra­zy po­wta­rzać i jak tyl­ko ja­kieś na­po­tka­ne przez nas pod Gar­wo­li­nem pod­wo­dy krzyk­nę­ły: „Chło­pa­ki, chodź­cie do woj­ska!" – to zrzu­ci­łem gar­ni­tur i sta­łem się żoł­nie­rzem.

ŻO­NA, Ada Lubelczyk Willenberg: To by­ło wy­jąt­ko­wo nie­ży­dow­skie za­cho­wa­nie!

Dla­cze­go?

ŻO­NA: Ży­dzi by­li ostroż­niej­si, nie pcha­li się tak na wa­ria­ta do woj­ska, a on ma po mat­ce Ro­sjan­ce coś sło­wiań­skie­go... (śmiech)

Wróć­my do wrze­śnia 1939.

Po­szli­śmy na wschód, aż do Kow­la, skąd wró­ci­li­śmy do Cheł­ma. Stam­tąd ru­szy­li­śmy już po­cią­giem na za­chód, na front nie­miec­ki, uje­cha­li­śmy mo­że ki­lo­metr, gdy zo­ba­czy­li­śmy czoł­gi so­wiec­kie. I za­czę­ła się re­gu­lar­na strze­la­ni­na. My za na­sy­pem, oni z dru­giej stro­ny.

Jak to się skoń­czy­ło?

Zo­sta­łem bar­dzo cięż­ko ran­ny, mia­łem cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­ne no­gi i mia­łem już ni­gdy nie cho­dzić. Niech pan zo­ba­czy tu­taj, tu mi we­szła, tam­tę­dy wy­szła, na szczę­ście nie na­ru­szy­ła krę­go­słu­pa...

Wy­glą­da strasz­nie...

Póź­niej w Tre­blin­ce kro­ił mnie ko­le­ga, bo do­sta­łem bi­cie i w tym miej­- scu zbie­ra­ła się ro­pa. Mia­łem 40 stop­ni go­rącz­ki. Na­ostrzy­łem scy­zo­ryk i mó­wię: „Al­fred, krój!". On nie chciał, ale go zmu­si­łem, czar­na ro­pa się wy­la­ła, ale się za­bliź­ni­ło. Jesz­cze do lat 80. co ro­ku mi się ta ra­na od­na­wia­ła. Prze­szło, kie­dy wy­ho­do­wa­li tę bak­te­rię i da­li mi an­ty­bio­tyk.

Wróć­my do kam­pa­nii wrze­śnio­wej.

Tra­fi­łem do szpi­ta­la woj­sko­we­go, któ­ry za­ję­li Ro­sja­nie, ale oka­za­ło się, że we­dług Rib­ben­tro­pa się za­ga­lo­po­wa­li i cof­nę­li się, zo­sta­wia­jąc to Niem­com.

Dla pa­na ozna­cza­ło to śmier­tel­ne za­gro­że­nie. Pan miał aryj­ski wy­gląd?

Za­wsze! Blond wło­sy, nie­bie­skie oczy... Oj­ciec miał czu­pry­nę jak Pa­de­rew­ski, więc go lu­dzie na uli­cy bra­li za mi­strza i żą­da­li au­to­gra­fów... W każ­dym ra­zie jak wkro­czy­li Niem­cy, to le­ka­rze nas od ra­zu wy­pi­sa­li z la­za­re­tu, że­by­śmy nie tra­fi­li w ich rę­ce. Ko­niec koń­ców ze śmier­dzą­cy­mi ra­na­mi do­je­cha­łem do do­mu.

Jak wy­glą­dał po­czą­tek oku­pa­cji?

Zdą­ży­łem wy­do­brzeć, kie­dy w grud­niu 1939 Niem­cy roz­strze­la­li 107 osób w Waw­rze, zresz­tą wśród nich spo­ro Ży­dów.

ŻO­NA: Po­tem na mu­rach po­ja­wia­ły się na­pi­sy „Po­mści­my Wa­wer".

Po tej zbrod­ni au­striac­cy żoł­nie­rze ostrze­gli nas, mło­dych, by­śmy ucie­ka­li, bo coś się szy­ku­je. I tak 1 stycz­nia 1940 ro­ku ucie­kli­śmy wszy­scy do Opa­to­wa, do ta­ty. Oj­ciec ma­lo­wał pej­za­ży­ki, a ja cho­dzi­łem po wsiach i za­mie­nia­łem to na jaj­ka, ku­ry, mle­ko, sio­stra da­wa­ła ko­re­pe­ty­cje, ma­ma ro­bi­ła za­strzy­ki – nie by­ło tak źle.

Mi­mo że miesz­ka­li­ście w get­cie?

To nie by­ło ogro­dzo­ne get­to, ale otwar­ta dziel­ni­ca. Ma­ma mia­ła pol­ską ken­kar­tę ja­ko pra­wo­sław­na, bo uda­ło się ukryć, że po ślu­bie prze­szła na ju­da­izm, ale my mie­li­śmy do­ku­men­ty ży­dow­skie. I kie­dy w 1942 ro­ku za­czę­ły się słu­chy, że bę­dą gdzieś wy­sy­łać Ży­dów, oj­ciec za­ła­twił i nam pol­skie ken­kar­ty. Sam uciekł do War­sza­wy, gdzie ja­ko Ka­rol Bal­ta­zar Pę­ko­sław­ski ma­lo­wał ob­raz­ki, a my z ma­mą po­je­cha­li­śmy do Czę­sto­cho­wy, do ko­le­żan­ki ma­my, Po­lki, któ­ra ży­ła z Ży­dem i któ­ra zna­la­zła nam po­kój.

Za­nim tam za­miesz­ka­li­śmy, wró­ci­łem z mat­ką do Opa­to­wa po rze­czy, a w do­mu zo­sta­ły tyl­ko sio­stry: 24-let­nia Ita i 6-let­nia Ta­ma­ra. Wra­ca­my do do­mu, a tu w drzwiach krzy­czy wła­ści­ciel­ka: „Pa­nie, to by­ły Ży­dów­ki, po­li­cja je wzię­ła!". Wy­da­li je... (ci­sza)

Mu­sie­li­ście stam­tąd ucie­kać.

Te­raz pła­czę i pła­ka­łem wów­czas z mat­ką. Po­szli­śmy do par­ku pod Ja­sną Gó­rę, usie­dli­śmy na ław­ce i strasz­nie pła­ka­li­śmy, tyl­ko jak ktoś prze­cho­dził, to przy­tu­la­li­śmy się do sie­bie, jak­by­śmy się ca­ło­wa­li, że­by nikt nie za­uwa­żył. Ma­ma ka­za­ła mi ucie­kać i wró­ci­łem do Opa­to­wa. Po dwóch dniach, w no­cy, 23 paź­dzier­ni­ka 1942 ro­ku, wszyst­kich nas spę­dzi­li na targ. Ukra­iń­scy straż­ni­cy po­za­bie­ra­li chło­pa­kom bu­ty z cho­le­wa­mi i po­wieź­li nas do Tre­blin­ki.

Ale pan nie tra­fił do ga­zu.

Sie­dzia­łem na zie­mi i zdej­mo­wa­łem, tak jak nam ka­za­li, bu­ty. Wte­dy pod­szedł do mnie chło­pak z Czę­sto­cho­wy, któ­re­go nie po­zna­łem, i po­- wie­dział: „Mów im, że je­steś mu­rarz!".

Dla­cze­go?

Niem­cy roz­bu­do­wy­wa­li obóz i po­trze­bo­wa­li mu­ra­rzy. Wy­rżnę­li po­- przed­nie son­der­ko­man­ndo, bo je­den z nich za­szty­le­to­wał es­es­ma­na, więc te­raz two­rzy­li no­we. Mia­łem na so­bie ma­lar­ski ki­tel oj­ca i prze­ko­na­łem Niem­ców, że pra­co­wa­łem na bu­do­wie. Do­sta­łem kop­nia­ka i wrzu­ci­li mnie do ba­ra­ku. A sześć ty­się­cy opa­tow­skich Ży­dów po­szło od ra­zu do ga­zu. Moi ko­le­dzy, któ­rzy sprzą­ta­li ubra­nia za­ga­zo­wa­nych Ży­dów z ko­lej­nych trans­por­tów, po­szli ra­zem z ostat­nim z nich do ko­mo­ry ga­zo­wej...

Jesz­cze te­go sa­me­go dnia wie­czo­rem pod­szedł do mnie ten chło­pak z Czę­sto­cho­wy, któ­ry mi po­mógł. To był Al­fred Bem, mój są­siad z uli­cy obok. To on mi uświa­do­mił: „Sa­mek, ty je­steś w fa­bry­ce śmier­ci. Tu wszyst­kich li­kwi­du­ją!".

Co się wte­dy czu­je? Strach, prze­ra­że­nie, otę­pie­nie?

Otę­pie­nie wła­śnie. Jak­bym do­stał w gło­wę. Mia­łem tyl­ko jed­ną myśl: „Mu­szę stąd uciec, trze­ba zwiać".

Wcze­śniej jed­nak do­ko­nał pan ma­ka­brycz­ne­go od­kry­cia.

W grud­niu 1943 ro­ku zo­ba­czy­łem wśród sor­to­wa­nych rze­czy za­ga­zo­wa­nych czę­sto­chow­skich Ży­dów ubra­nia mo­ich sióstr.

Skąd pan wie­dział, że to na pew­no ich?

Kie­dy wy­bu­chła woj­na, Ta­ma­ra mia­ła trzy lat­ka, w 1942 ro­ku sześć. Cią­gle no­si­ła ten sam płasz­czyk i ma­ma mu­sia­ła do­szyć jej zie­lo­ne, pra- ­wie od­bla­sko­we, rę­kaw­ki i tro­chę ma­te­ria­łu na do­le, że­by płaszcz był dłuż­szy. To się bar­dzo rzu­ca­ło w oczy. I kie­dy sor­to­wa­łem te ubra­nia, zo­ba­czy­łem płasz­czyk Ta­ma­ry, a pod nim kwia­cia­stą suk­nię Ity. Mu­sia­ły być ra­zem do koń­ca... Prze­pra­szam, nie mo­gę...

Jak pan to zniósł?

Wte­dy w ogó­le nie pła­ka­łem. Za­gry­złem zę­by i nie re­ago­wa­łem. W ogó­le, ani łez­ki! Ro­zu­mie pan: ani łez­ki!

Prze­trwał pan, bo Niem­cy po­trze­bo­wa­li was do ukry­cia śla­dów swo­ich zbrod­ni.

Mu­sie­li­śmy bu­do­wać, sor­to­wać ubra­nia. Nie by­łem fry­zje­rem, ale raz ka­za­li mi strzyc ko­bie­ty, któ­re szły do ga­zu. Wło­sy by­ły Niem­com po­trzeb­ne do ma­te­ra­cy do ło­dzi pod­wod­nych. Wie pan cze­mu? Bo wło­sy nie przyj­mo­wa­ły wil­go­ci. Jed­ną z tych ko­biet, 20-let­nią Rut Do­rf­man, tak za­pa­mię­ta­łem, że ją wie­le lat po woj­nie wy­rzeź­bi­łem. To by­ło strasz­ne uczu­cie...

Bo pan wie­dział, że ona idzie na śmierć?

I ja wie­dzia­łem, i ona wie­dzia­ła. Spy­ta­ła mnie: „Jak dłu­go to po­trwa?". Oszu­ka­łem ją, że tyl­ko dzie­sięć mi­nut, a trwa­ło to dłu­żej. Wie pan, to był sur­re­ali­stycz­ny, kosz­mar­ny wi­dok: te cie­płe ko­bie­ty wycho­dzi­ły na­gie z ba­ra­ku do ko­mo­ry ga­zo­wej. Wszyst­ko pa­ro­wa­ło, więc one szły jak­by we mgle, w chmu­rze, jak z in­ne­go świa­ta...

O mój Bo­że.

Tak. To by­ła tra­ge­dia. Ca­ły czas, każ­de­go dnia, czło­wiek za­sta­na­wiał się, czy prze­ży­je. Jed­no­cze­śnie za­czę­ła się obo­zo­wa kon­spi­ra­cja, któ­rej two­rze­nie by­ło bar­dzo trud­ne.

Dla­cze­go?

Jak pan jest po­śród przy­ja­ciół, któ­rym pan ufa, to ła­twiej po­dej­mo­wać ta­kie de­cy­zje, an­ga­żo­wać się. Tam, w Tre­blin­ce, sie­dzie­li lu­dzie, któ­rzy się nie zna­li. Każ­dy chciał prze­żyć i bał się, że ko­le­ga ze stra­chu do­nie­sie na cie­bie do ge­sta­po.

Mi­mo to uda­ło się wam uciec.

To by­ło 3 sierp­nia 1943 ro­ku. Ko­le­dzy rzu­ci­li gra­na­ta­mi w zbior­nik ben­zy­ny, za­czę­li­śmy strze­lać i w tym ogrom­nym za­mie­sza­niu ucie­kło mo­że ze dwu­stu więź­niów.

Wie­dział pan do­kąd ucie­kać?

Ja tak. W prze­ci­wień­stwie do mo­ich ko­le­gów mia­łem za dru­ta­mi mat­kę i oj­ca. Prze­szli­śmy ra­zem ka­wa­łek la­su, przez nie­ist­nie­ją­ce już dziś to­ry Mał­ki­nia – Sie­dlce, i szo­sę. Tak wy­szli­śmy pro­sto na wieś. Jed­ni ucie­kli w pra­wo, in­ni w le­wo, a ja prze­sze­dłem środ­kiem. Mia­łem do­bry wy­gląd i się nie ba­łem. Tak do­sze­dłem do Bu­gu i tam tra­fi­łem na spe­ku­lan­tów, któ­rzy wo­zi­li lu­dzi.

Wie­dzie­li, kim pan jest?

Tak i po­mo­gli mi. By­łem ran­ny w  no­gę, ale do­sze­dłem do sta­cji w  Kost­kach nie­da­le­ko So­ko­ło­wa Pod­la­skie­go. Tam dziew­czy­na w skle­pie, Po­lka, ostrze­gła mnie, że Niem­cy szu­ka­ją ucie­ki­nie­rów. Po­zna­wa­li ich po tym, że by­li­śmy ły­si al­bo mie­li­śmy bar­dzo krót­kie wło­sy.

Jak pan so­bie po­ra­dził?

Po­mo­gła mi ta dziew­czy­na, wsa­dzi­ła w kie­szeń 20 zło­tych. No to ja chcia­łem od ra­zu ku­pić so­bie 15 pa­pie­ro­sów i za­pał­ki. „To pa­nu za­brak- ­nie na bi­let" – po­wie­dzia­ła i da­ła mi te pa­pie­ro­sy za dar­mo. Po­sze­dłem się prze­spać na po­lu, ra­no z opuch­nię­tą, po­ha­ra­ta­ną no­gą do­czła­pa­łem na sta­cję. Znów mi po­mo­gli.

Kto tym ra­zem?

Po­pro­si­łem ja­kąś ko­bie­tę, że­by mi ku­pi­ła bi­let, a ja po­pil­nu­ję jej ba­ga­żu i bę­dę do niej mó­wił „stry­jen­ko". W Sie­dl­cach zna­la­złem le­ka­rza, któ­re­mu po­wie­dzia­łem, że ucie­kłem ze sta­la­gu z Prus Wschod­nich, on za­jął się mo­ją no­gą, na­kar­mił mnie i ru­szy­łem do War­sza­wy. Za­trzy­ma­łem się w Rem­ber­to­wie u ja­kiejś go­spo­dy­ni. Wie­czo­rem wró­cił jej syn –  ja­kiś ban­dy­ta – i za­czę­li­śmy się ob­wą­chi­wać. Mó­wi: „Jak­byś miał  pie­- nią­dze, to za­ła­twił­bym ci do­ku­men­ty...". A ja mu na to, że mam sto do­la­- rów. „A skąd?". „A zła­pa­łem jed­ne­go ży­dzia­ka nad Bu­giem..." (śmiech)

Uda­ło się?

Wszyst­ko mi za­ła­twił, jesz­cze resz­tę przy­niósł! Przez zna­jo­mych z Czę­sto­cho­wy do­wie­dzia­łem się, że oj­ciec jest w War­sza­wie. No to na bez­czel­ne­go po­sze­dłem do ma­gi­stra­tu i Niem­cy po­wie­dzie­li mi, że Ka­rol Bal­ta­zar Pę­ko­sław­ski miesz­ka przy ul. Gró­jec­kiej 104! Co się oka­za­ło? Do­zor­ca za­ła­twił oj­cu le­gal­ne pa­pie­ry! Był tyl­ko je­den kło­pot: ta­ta miał aryj­ski wy­gląd, ale bar­dzo źle mó­wił po pol­sku, z ży­dow­sko-ro­syj­skim ak­cen­tem.

Jak so­bie z tym po­ra­dził?

Na­pi­sa­li mu w ken­kar­cie, że jest nie­mo­wą. I tak go zna­la­złem... Prze­pra­szam, nie mo­gę mó­wić, ale to spo­tka­nie z oj­cem... To by­ło nie­sa­mo­wi­te, bo je­go po­kój przy­po­mniał mi dzie­ciń­stwo, za­pach farb i ter­pen­ty­ny. A wszę­dzie na szta­lu­gach świę­te ob­ra­zy: Ma­ry­ja, Je­zus...

W koń­cu ma­lo­wał Ży­dów.

Wła­śnie to sa­mo mu po­wie­dzia­łem: „Ta­ta, tu znów ma­lu­jesz Ży­dów!". (śmiech)

Z cze­go pan żył?

Jak mi trosz­kę od­ro­sły wło­sy, to za­czą­łem cho­dzić po skle­pach z de­wo­cjo­na­lia­mi i sprze­da­wać te ob­ra­zy. I bra­li je! Kie­dyś na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu spo­tka­łem przed wy­sta­wą dwie pa­nie za­chwy­ca­ją­ce się ta­ki­mi ob­raz­ka­mi, za­wio­złem je więc obie do oj­ca. By­ły za­chwy­co­ne! „Tyl­ko ja bym chcia­ła, że­by Pan Je­zus nie był ry­ży, ale blond". One za­czę­ły po­sy­łać nam płót­na i ta­ta ma­lo­wał dla księ­dza, do ko­ścio­łów, wszę­dzie.

ŻO­NA: Oni po­tem mó­wi­li, że ni­gdy im się tak do­brze nie po­wo­dzi­ło, bo lu­dzie w cza­sie oku­pa­cji by­li bar­dzo re­li­gij­ni i wie­rzy­li, że te ob­ra­zy po­mo­gą im prze­trwać woj­nę.

Ta­ta tak do­brze za­ra­biał, że star­cza­ło nie tyl­ko nam, ale jesz­cze po­sy­łał pie­nią­dze mat­ce.

Jak pan tra­fił do po­wsta­nia?

Miesz­ka­łem wte­dy w Śród­mie­ściu, na Na­to­liń­skiej, i kie­dy wy­bu­chło po­wsta­nie, to z re­wol­we­rem i dwo­ma gra­na­ta­mi po­bie­głem do  VII Zgru­po­wa­nia AK „Ru­czaj", któ­ry zdo­by­wał cze­skie po­sel­stwo przy Ko­szy­ko­wej. Wszy­scy wie­dzie­li, że je­stem Ży­dem, że ucie­kłem z Tre­blin­ki. Wal­czy­łem przy Na­to­liń­skiej, pla­cu Zba­wi­cie­la, na Mo­ko­tow­skiej w gru­zach zna­la­złem dwie ukry­wa­ją­ce się Ży­dów­ki. Niech pan czy­ta, tu jest list, ja­kiś czas te­mu jed­na z nich po­je­cha­ła do Tre­blin­ki, ku­pi­ła mo­ją książ­kę i na­pi­sa­ła do mnie.

Na po­cząt­ku był pan w AK.

Po­tem prze­sze­dłem, zresz­tą za zgo­dą do­wódz­twa AK, do ko­le­gów – syn­dy­ka­li­stów z le­wi­co­wej Pol­skiej Ar­mii Lu­do­wej, nie my­lić z AL. I z ni­mi wal­czy­łem do koń­ca po­wsta­nia na Śród­mie­ściu i Czer­nia­ko­wie. Przy wyj­ściu z po­wsta­nia ucie­kłem z ko­le­gą Zyg­mun­tem Straw­czyń­skim do wój­ta z Bło­nia, zna­lazł nam kwa­te­rę w Ko­py­to­wie i tam do­cze­ka­łem wy­zwo­le­nia.

ŻO­NA: Igo, pro­szę cię, mu­si­my koń­czyć, je­ste­śmy umó­wie­ni, a ty pa­nu na­wet nie po­zwa­lasz dojść do sło­wa!

Daj mi tę książ­kę, chcę coś po­ka­zać!

ŻO­NA: Igo...

No daj mi tę książ­kę, pro­szę cię!

ŻO­NA: Mój mąż ma naj­wyż­sze pol­skie od­zna­cze­nia, do­stał od pre­zy­den­ta Ka­czyń­skie­go, ale to ja po­win­nam je do­stać za to, że ty­le lat z nim wy­trzy­mu­ję... (śmiech)

A dla­cze­go Igo?

Już mó­wię...

ŻO­NA: Nie, to by­ło py­ta­nie do  mnie! On miał ta­ki pseu­do­nim w po­wsta­niu i jak go po­zna­łam po woj­nie, to wszy­scy mó­wi­li do nie­go „Igo" i tak zo­sta­ło.

Mu­szę pa­nu jesz­cze po­ka­zać...

Pa­nie Sa­mu­elu, pań­ska żo­na mnie za­bi­je...

Ona? Nie, ona pa­na nie za­bi­je.

ŻO­NA: Za­bi­ję obu!

Chcia­łem tyl­ko spy­tać o lo­sy po­wo­jen­ne, ale...

ŻO­NA: Ja to wszyst­ko opo­wiem kró­cej. W 1946 ro­ku mąż nie­le­gal­nie, przez Al­py, prze­pro­wa­dzał gru­pę mło­dzie­ży ży­dow­skiej do  Pa­le­sty­ny. W Rzy­mie prze­czy­tał w pol­skiej ga­ze­cie, że je­go oj­ciec umarł. Wie­dząc, że mat­ka jest sa­ma, zo­sta­wił tę gru­pę i wró­cił do Pol­ski.

Do­sta­łem pasz­port i wró­ci­łem le­gal­nie.

ŻO­NA: I tu się za­czy­na mo­ja tra­ge­dia... (śmiech) Szu­ka­łam miesz­ka­nia dla cio­ci, wuj­ka i dla mnie. Przy­szłam do or­ga­ni­za­cji sy­jo­ni­stycz­nej, po ko­le­żan­kę, a tam sie­dział ta­ki ład­ny pol­ski ofi­cer, bo on był wte­dy bar­dzo ład­ny i bar­dzo pol­ski, a ja go spy­ta­łam, czy sły­szał o ja­kimś miesz­ka­niu. A on do mnie: „Mam dwa po­ko­je w Ło­dzi, ale mu­sisz wyjść za mnie za mąż". A ja by­łam ta­ka ma­ła dziew­czy­na, pół twa­rzy za­sła­niał mi be­ret... (śmiech). A wu­jek rze­czy­wi­ście zna­lazł miesz­ka­nie przy tej sa­mej uli­cy co on, spo­ty­ka­li­śmy się i od 63 lat się z nim mę­czę.

Jak pa­ni prze­ży­ła woj­nę?

ŻO­NA: Mia­łam 14 lat, kie­dy ucie­kłam na aryj­ską stro­nę. Prze­cho­wa­li mnie Po­la­cy.

Osta­tecz­nie w 1950 ro­ku emi­gru­ją pań­stwo do Izra­ela.

ŻO­NA: Z je­go ma­mą. W 1960 ro­ku ro­dzi się na­sza cór­ka, któ­rej da­li­śmy na imię Orit. R – jak Ra­che­la, po mo­jej ma­mie, I – jak Ita i T – jak Ta­ma­ra, je­go sio­stry. Czy­li RIT. Do­da­li­śmy O i wy­szło Orit, co po he­braj­sku zna­czy Świe­tla­na. I ona rze­czy­wi­ście wnio­sła świa­tło, zwłasz­cza do ży­cia je­go mat­ki, któ­ra po woj­nie by­ła cał­ko­wi­cie za­ła­ma­na.

Nie żył ta­ta, stra­ci­ła dwie cór­ki i ca­łą ra­dość ży­cia. Za to, jak się uro­dzi­ła Orit, ma­ma oży­ła, to by­ła me­ta­mor­fo­za.

ŻO­NA: My­li­ła się cza­sem i mó­wi­ła do niej Ta­ma­ra, jak do cór­ki.

Mó­wi­li­ście po pol­sku?

Oczy­wi­ście! Cór­ka mó­wi po pol­sku bar­dzo do­brze, zresz­tą i wnucz­ka też mó­wi.

ŻO­NA: Cór­ka, Orit Wil­len­berg­-Gi­la­di, jest ar­chi­tek­tem, za­pro­- jek­to­wa­ła Am­ba­sa­dę Izra­ela w Ber­li­nie, a te­raz chce­my, by w Tre­blin­ce sta­nę­ło mu­zeum, któ­re za dar­mo za­pro­jek­to­wa­ła. Bar­dzo nas bo­li, że do Tre­blin­ki nikt nie przy­jeż­dża oprócz grup ży­dow­skich, i stąd po­mysł na mu­zeum – cen­trum kul­tu­ry, na któ­re zresz­tą Ży­dzi z ca­łe­go świa­ta zbio­rą pie­nią­dze.

Trud­no uciec od sto­sun­ku Po­la­ków do Ży­dów w cza­sie woj­ny.

ŻO­NA: Mnie ura­to­wa­li Po­la­cy, pań­stwo Ma­jew­scy, woj­nę prze­ży­łam ja­ko Kry­sia. Igo do dziś tak do mnie mó­wi.

Ja też ży­ję dzię­ki Po­la­kom, w cza­sie woj­ny po­ma­ga­li mi wie­lo­krot­nie, a jed­no­cze­śnie to Po­la­cy wy­da­li mo­je dwie sio­stry. Mo­że by ży­ły...

Jed­ni Po­la­cy wy­da­li pań­skie sio­stry...

...a in­ni ura­to­wa­li mi ży­cie. Bo lu­dzie by­li róż­ni prze­cież.

ŻO­NA: Mo­ja pol­ska cio­cia ukry­wa­ła mnie, na­ra­ża­jąc ży­cie ca­łej ro­dzi­- ny, a mia­ła trzy­let­nią có­recz­kę. I ca­ły czas drża­ła ze stra­chu nie przed  Niemca­mi, a przed Po­la­ka­mi. Bo Niem­cy nie roz­po­zna­wa­li Ży­dów, a Po­la­cy tak, na­wet tych z aryj­skim wy­glą­dem.

A jed­no­cze­śnie pań­stwo przy­ję­li w 1994 ro­ku pol­skie oby­wa­tel­stwo, przy­jeż­dża­cie tu bar­dzo czę­sto...

ŻO­NA: Świat nie wie, że to w Pol­sce za prze­cho­wy­wa­nie Ży­dów by­ła ka­ra śmier­ci dla ca­łej ro­dzi­ny. Jeź­dzi­li­śmy przez wie­le lat do Pol­ski z gru­pa­mi mło­dzie­ży i mu­sie­li­śmy im dłu­go tłu­ma­czyć, dla­cze­go tu by­ły obo­zy, dla­cze­go tu był Ho­lokaust. Że to nie z po­wo­du Po­la­ków, ale dla­te­go, że tu ży­li Ży­dzi. Mu­si­my wy­ja­śniać tej mło­dzie­ży, że w obo­zach oprócz Niem­ców nie by­ło Po­la­ków, ale Ukra­iń­cy, Ło­ty­sze, in­ni.

Jed­nej rze­czy nie po­tra­fi­my im wy­ja­śnić. Jak to jest, że kie­dy po woj­nie Ży­dzi pró­bo­wa­li wró­cić do swo­ich do­mów, to Po­la­cy ich wy­ga­nia­li, by­ło wie­le mor­derstw. Te­go na­praw­dę nie by­ło ni­gdzie in­dziej i te­go nie po­tra­fię wy­tłu­ma­czyć. Ja ro­zu­miem, że woj­na przy­nio­sła strasz­li­we zdzi­cze­nie, ale to jed­nak nie tłu­ma­czy ta­kich rze­czy.

Jak się pan od­naj­du­je w tym świe­cie?

Miesz­ka­my w Izra­elu i uwa­żam, że to jest oj­czy­zna wszyst­kich Ży­dów, wspa­nia­le się tam ży­je, ale ja jed­no­cze­śnie już przed woj­ną by­łem pa­trio­tą.

Pol­skim?

Oczy­wi­ście! Ta­ta był wiel­kim zwo­len­ni­kiem Pił­sud­skie­go. W dniu uro­dzin mar­szał­ka szło się do sy­na­go­gi z or­kie­strą i ra­bin za­wsze za­czy­nał tak sa­mo: „Ko­cha­na mło­dzie­ży, ze­bra­li­śmy się tu­taj, by uczcić dzień uro­dzin na­sze­go mar­szał­ka Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go". A po­tem woj­sko, po­wsta­nie, mam dwa krzy­że wa­lecz­nych, Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri.

Prze­le­wał pan krew za swo­ją wol­ność, ale i za Pol­skę, gdzie jest pan uwiecz­nio­ny w jed­nym z ko­ścio­łów.

Rze­czy­wi­ście, w cza­sie oku­pa­cji cza­sem po­zo­wa­łem oj­cu i jak ktoś pój­dzie do ko­ścio­ła św. Sta­ni­sła­wa w Sie­dl­cach, to znaj­dzie fra­so­bli­we­go Je­zu­sa z mo­ją twa­rzą.

A in­ny ob­raz Pe­re­ca Wil­len­ber­ga miał tra­fić do Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Osta­tecz­nie tra­fi tam ko­pia, a ob­raz zo­sta­nie na Mar­szał­kow­skiej.

Oj­ciec przy­czy­nił się do cu­du. W po­wsta­niu miał 70 lat i sie­dział w piw­ni­cy na Mar­szał­kow­skiej z tłu­mem lu­dzi. Był wrze­sień, lu­dzie by­li już zde­spe­ro­wa­ni, bo nad ni­mi prze­wa­la­ły się ka­no­na­dy, strze­la­ni­ny, huk, a oni w cia­snym schro­nie. I wte­dy oj­ciec na­ma­lo­wał przy zej­ściu do tej piw­ni­cy twarz Chry­stu­sa z pod­pi­sem „Je­zu, ufam To­bie". Tam na­wet żoł­nie­rze przy­cho­dzi­li to oglą­dać! To by­ło coś nie­zwy­kłe­go, a w tych lu­dzi ja­kiś no­wy duch wstą­pił, opty­mi­stycz­ny.