Kiedyś – pokazał to Polański w „Pianiście" – było to morze ruin. Dziś z okna na Prostej z lewej widać dachy budynków Muzeum Powstania Warszawskiego, z prawej i na wprost bloki, które wyrosły na ruinach getta. Jeszcze niedawno powojenną zabudowę przeplatały puste place. Dziś prawie nie ma po nich śladu. Zajęli się nimi warszawscy deweloperzy. Pobudowali biurowce i apartamentowce, z których wieczorami wylewa się na ulice tłum anonimowych ludzi, o których można powiedzieć, że są zewsząd, ale nie z getta. Getto zaczynało się kawałek dalej, jakieś 200 metrów ode mnie, na linii ulicy Żelaznej. To tam Niemcy postawili mur odgradzający parszywą część ludzkości od tej zdrowej; przynajmniej tak o tym wtedy myśleli. Nie jacyś anonimowi naziści. Niemcy! Rodacy i wielbiciele Goethego i Wagnera, których sercami i umysłami zawładnęli na kilka lat złoczyńcy. Dziś niektórym jest za to wstyd. Inni udają, że to nie oni, ani ich ojcowie; że właściwie to nie ich wina.