Cóż, trzęsę się jak osika, ale że odwaga jest ostatnią deską ratunku rodzaju ludzkiego, wyznam otwarcie: jestem tej książki, ale przede wszystkim jego, wielbicielem. Wielbicielem wielkiego Nabokova.
Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia? Ano nie. Na naszej drodze stał zastęp uzbrojonych w tęgie miny peerelowskich cenzorów. Lolita była zbyt śmiała. Nie mieściła się w gorsecie wyznaczonych w czasach Władysława Gomułki rygorów moralnych. Gomułka był pryncypialny. Wódka kojarzyła mu się z awanturą, a nagość ze świntuszeniem. Szpotański nazwał go w przypływie geniuszu gnomem i pewnie zostałby nim na zawsze, gdyby łaskawa historia nie odsunęła jego pokracznej postaci w otchłanie niebytu. Któż dziś pamięta Gomułkę? A Nabokova? Cóż za pytanie. Oto był pisarz Vladimir V. Nabokov również rosyjskim emigrantem, wykwintnym przeciwnikiem komunizmu i błyskotliwym do łez krytykiem Kraju Rad. Nie miał więc żadnych szans na literacką egzystencję między pisarskimi ochlejmordami, którzy roztopiwszy talent w spirytusie, służyli z braku alternatywy na wysuniętych rubieżach państwowej prozy i poezji.