Oparli się na losach trzech przyjaciół, którzy poznali się w szkole lotników w Dęblinie, razem przeżyli wybuch II wojny światowej, potem przedzierali się przez Rumunię do Wielkiej Brytanii. Tam trafili do Dywizjonu 303. Producent Jacek Samojłowicz dopina budżet. Jest przekonany, że film powstanie. Jeśli rzeczywiście się uda, będzie to kolejny krok w karierze reżysera – jego pierwszy film o tak wysokim, bo ok. 14-milionowym, budżecie.

Palkowski ma dzisiaj na polskim rynku filmowym mocną pozycję dzięki „Bogom". To „kino środka", o jakie od dawna upomina się w Europie Agnieszka Holland. Obraz artystyczny, z ambicjami, a jednocześnie docierający do widzów. Zebrał worek nagród: Lwy od jurorów na festiwalu w Gdyni i Orły od członków Polskiej Akademii Filmowej. Ale sam Palkowski, mimo wielkiego sukcesu, pozostał otwartym facetem, o którym nikt nie mógłby powiedzieć, że woda sodowa uderzyła mu do głowy. Może dlatego, że w życiu jadł chleb z niejednego pieca, że poznał zarówno smak triumfu, jak i porażki.

– Nie mogę w to uwierzyć. Skąd ci producenci mnie wymyślili? Ja sam bym sobie tego filmu nie powierzył – mówił w Gdyni, we wrześniu 2014 roku, ściskając w ręku Złote Lwy.

Wydawał się oszołomiony, zwłaszcza że jego „Bogowie" dostali też cztery inne statuetki – za scenariusz, główną rolę męską, scenografię, charakteryzację. Do tego nagrody od dziennikarzy i publiczności.

Odbierając niespełna dwa tygodnie temu Orła od widzów, a także dwie najwyższe nagrody Polskiej Akademii Filmowej – za najlepszy film roku i reżyserię – nadal sprawiał wrażenie człowieka, który się do laurów nie przyzwyczaił. Wyszedł na scenę w dżinsach i białych adidasach, nie wyciągnął z kieszeni kartki z przygotowanymi podziękowaniami. Śmiał się wzruszony, a wreszcie stwierdził: „No, dobra, idę, zanim jeszcze bardziej się skompromituję".

A przecież odniósł też sukces najważniejszy: „Bogów" obejrzało w kinach 2,2 mln widzów. W czym tkwiła tajemnica powodzenia? Zrobił dobry film, to oczywiste. Bohater – profesor Zbigniew Religa, był postacią szanowaną i popularną. Fakt. Ale było coś jeszcze.

– Chciałem, żeby widz nie wychodził z kina ze zwieszoną głową, patrząc na własne buty. Wolałem, żeby spojrzał w słońce – mówi mi Łukasz Palkowski.

Polscy filmowcy przyzwyczaili nas do bohaterów przegranych. Potrafimy pięknie opowiadać o klęskach, historia nauczyła nas rozumieć, co oznacza „gloria victis". Palkowski i scenarzysta Krzysztof Rak sportretowali człowieka, który wygrywa. Marzy, stawia sobie ambitne cele i osiąga je. Nawet jeśli po drodze upada, to potem się podnosi. W naszej sztuce filmowej to nowa jakość.

Świetny scenariusz

Zbigniewa Religę pamiętamy głównie jako starszego pana z włosami przyprószonymi siwizną. Polityka, senatora, ministra zdrowia w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego. W „Bogach" Rak i Palkowski opowiedzieli o krótkim okresie, gdy w połowie lat 80., jako czterdziestokilkuletni lekarz, zaczął pacjentom przeszczepiać serca w stworzonej przez siebie klinice w Zabrzu. To było wyzwanie rzucone Bogu, ale też nierychliwemu systemowi: budowanie szpitala w mrocznym okresie stanu wojennego, wyżebrywanie pieniędzy na remonty i nowoczesny sprzęt, antyszambrowanie w partyjnych i rządowych korytarzach. To było też zmaganie się z własnym sumieniem, z wątpliwościami wielu lekarzy, którzy pytali o definicję śmierci i prawo do eksperymentowania na pacjentach.

Łukasz Palkowski potrafił wykorzystać świetny scenariusz Raka, tchnąć w film życie, najbardziej dramatyczne chwile przetkać humorem. Czuje się, że Religę polubił. Że zrozumiał jego wielkość, ale też słabości. Może dlatego, że sam nie jest od nich wolny. I wie, jak bardzo ludzie potrzebują nadziei.

To wszystko z nudów

Długo szukał swojej drogi. Urodził się w Warszawie 2 marca 1976 roku. Jego matka pracowała w szkole, ojciec – w Domu Słowa Polskiego, za czasów PRL największej polskiej drukarni. Był retuszerem. Robił ręcznie to, co dzisiaj osiąga się na komputerze. A w wolnych chwilach malował. Obrazy olejne, akwarele, pejzaże, martwą naturę. Potem rozdawał te swoje prace znajomym.

– Gdy w 1985 roku przeszedł na emeryturę, cieszył się, że nadszedł czas tworzenia. I od tamtej pory nie wziął pędzla do ręki – śmieje się Palkowski. – Dlaczego? Trudno powiedzieć. Regularnie zaopatruję go w farby, sztalugi, ale jakoś nie może się zebrać. Potraktował emeryturę jak odpoczynek od wszystkiego.

Dzieciństwo Łukasza to warszawska Wola i kino Delfin mieszczące się w Domu Wędkarza.

– Między moim blokiem na Pańskiej a Domem Wędkarza była jeszcze wtedy zielona przestrzeń. Graliśmy tam w piłkę, a jak nam się znudziło – szliśmy do kina. Do Delfina często filmy wracały. „Wejście smoka" obejrzałem 18 razy. Ale na lepsze tytuły trzeba było wybrać się do Relaksu albo Skarpy. Kiedy miałem sześć–siedem lat, to była poważna ekspedycja. Nie znałem jeszcze numerów, więc jak wsiadałem do autobusu, to mnie gdzieś wywoziło. Dlatego chodziłem pieszo, pytając ludzi o drogę. Pierwszą taką wycieczkę przedsięwziąłem na „Klasztor Shaolin". Czasem chodziłem sam, czasem z kumplami. Jak wracaliśmy za późno, w domu była okropna awantura. Ale i tak po jakimś czasie wywiewało nas do Śródmieścia znowu.

Stan wojenny? Miał kilka lat, niewiele pamięta. Był po operacji ucha, nie mógł wychodzić z domu. Przez okno patrzył, jak ojciec z jego młodszym bratem lepią bałwana, gdy usłyszał głos matki. Krzyczała, że muszą wracać, bo za chwilę będzie godzina policyjna. Jeszcze coś: mieszkali na parterze i kiedy odbywały się demonstracje, ludzie często podczas zamieszania wbiegali na ich podwórko.

– Czasem wskakiwali na balkon, bardzo przepraszali, po czym wychodzili z drugiej strony, przez drzwi, uciekając przed milicją. Normą było, że znajdowaliśmy w krzakach gaz łzawiący czy petardy pozostawiane przez MO. Używaliśmy ich, nie do końca zdając sobie sprawę, że ta chmura nas też dopadnie. Śmieszne było dzieciństwo w tamtym czasie w tamtej okolicy.

Jako nastolatek Palkowski uprawiał sport. Judo, karate, kick-boxing. Nie myślał o karierze zawodniczej. To był sposób spędzania czasu. – Poza tym lepiej się biłem, a to było u mnie w szkole cenione – mówi. – Zdobywałem nawet jakieś miejsca na zawodach, dopóki mi się nie znudziło.

Sztuki walki przydawały się, kiedy wyprawiał się na Pragę, do Dziupli. – To był jedyny sklep w Warszawie z heavy metalem – wyjaśnia. – Jaskinia piractwa, które wtedy jeszcze było legalne. Ale w okolicach Ząbkowskiej można było zostać okradzionym z pieniędzy albo z tego, co się już w Dziupli kupiło.

Takie to były czasy.

Po 1989 roku, w okresie transformacji, gdy Polska wyrywała się do nowoczesności, pojawiło się w jego życiu jeszcze jedno ważne miejsce. Bazarek z komputerami, który co weekend rozkładał się na Grzybowskiej. Jego kolega ze szkoły naprawiał tam dżojstiki, kilku innych też nieźle się urządziło.

– Miałem 16 lat, niewiele pieniędzy i żadnych perspektyw, a kumple znaleźli mi na bazarku robotę. Na początku sprzedawałem gazety komputerowe i dyskietki, potem sprzęt, wreszcie prowadziłem serwis. Pracowałem tylko w weekendy, a zarabiałem lepiej od rodziców.

Wiedza informatyczna wchodziła mu do głowy błyskawicznie, nieźle poznał komputerowy światek i zaraz po maturze, z kilkoma kolegami pojechał na Wybrzeże. Mieli tam otworzyć filię firmy Diskland, w której pracowali, i przejąć znaczną część hurtowego handlu w Trójmieście. – Udało się w trzy miesiące – mówi. – Sprzedawaliśmy twarde dyski, procesory, w detalu całe komputery. Mieliśmy biuro, sklep. Spędziłem tam rok.

Kiedy pytam, dlaczego nie został w branży i nie jest dzisiaj liczącym się biznesmenem, słyszę po raz kolejny: „Bo mi się znudziło".

Nauka na planie

Wymyślił sobie, że będzie grafikiem komputerowym. Zakochał się w 3D, chciał robić efekty specjalne do filmów. Wrócił do Warszawy i zgłosił się do agencji na ogłoszenie wyczytane w „Wyborczej".

– Niewiele umiałem, ale przyjęli mnie na dwutygodniowy okres próbny i zaraz na początku, łącząc ręcznie rysowaną grafikę z 3D, zrobiłem okładkę płyty muzycznej, z którą firma nie dawała sobie rady – wspomina. – Dostałem umowę na czas nieokreślony i dużą podwyżkę.

Jednak praca grafika też go nie satysfakcjonowała, nie mógł znieść ograniczeń, cenzury, ciągłego podlegania innym. Myślał o malowaniu, pisaniu. Zmienił kilka agencji. A kiedy wpadła mu do ręki książka Łysiaka „Dobry", pomyślał, że urodził się po to, by ją zekranizować. Pojechał na egzamin do PWSFTViT w Łodzi. I oblał.

– Jakbym się wtedy dostał, toby źle o tej szkole świadczyło. Byłem kompletnie nieprzygotowany – mówi dziś szczerze.

Zapisał się do Akademii Filmu i Telewizji, chcąc naukę w tej płatnej szkole potraktować jak korepetycje. Ale okazało się, że trafił na wykładowców, którzy potrafili go zainspirować. Świetnie wspomina zajęcia z Józefem Gębskim, Tomaszem Filipczakiem, Wiesławą Czapińską, Zygmuntem Królem. Już wiedział, że to jego droga, ale AFiT nie skończył. – Jeszcze im chyba wiszę czesne za jakiś semestr – śmieje się.

Jeździł co drugi weekend do Łodzi na zajęcia na kierownictwie produkcji. Na reżyserię już nie zdawał, bo zaczął pracować w filmach jako asystent. Wcale nie u wielkich mistrzów. Raczej u kolegów, którzy kończyli filmówkę. Pytam, gdzie tak naprawdę nauczył się reżyserii.

– Najważniejsza była dla mnie lektura analiz filmów Antonioniego, jakie napisał Grzegorz Królikiewicz. Dzięki nim nauczyłem się myślenia na temat konstruowania fabuły. A poza tym – praktyka. I to nie w charakterze asystenta. Trzeba robić filmy samemu. Pracować z aktorami, podejmować decyzje, nie bać się.

Zrealizował 40-minutowy film „Nasza ulica" o chłopcu zaszczutym w czasie II wojny światowej.

– Ukazało się wtedy wznowienie opowiadań Himilsbacha – wspomina. – Spodziewałem się knajackich żartów, czegoś w stylu jego ról. Tymczasem po przeczytaniu trzystronicowego opowiadania o śmierci dziecka poczułem się tak, jakby ktoś dał mi w pysk. Chciałem tę historię opowiedzieć innym. Napisałem scenariusz. Dodałem kilka postaci z innych opowiadań Himilsbacha, kilka zdarzeń.

Kinematografia przeżywała kryzys, ale producentka Kama Jańczyk wycisnęła jakieś pieniądze od drobnych inwestorów. Niewiele tego było – raptem 30 tysięcy. A mimo to film powstał na taśmie, obok piątki dzieci zagrały Anna Dymna i Ewa Szykulska. Zabrakło im dwóch puszek taśmy na zrealizowanie kilku ważnych scen. Nie mogli zaangażować montażysty, więc Palkowski nauczył się programu do montażu i sam film ułożył. Ale nie narzekał. Nie było jeszcze PISF, programu 30 minut. Wiedział, że tacy jak on, bez dyplomu z Łodzi czy Katowic, są na straconej pozycji. Więc i tak miał szczęście, że „Nasza ulica" powstała, a potem dostała nawet nagrodę na Festiwalu Filmów Żydowskich.

Pytam, dlaczego nie zaniósł tego filmu do szkoły, nie zgłosił jako dyplomu.

– To już nie miało dla mnie znaczenia, choć szkoła mi pomogła, bo pożyczyła szeroki obiektyw – odpowiada.

Takie kino, inspirowane włoskim neorealizmem, chciał robić. Ale wtedy właśnie Maciej Pieprzyca zaproponował mu współpracę przy telewizyjnej „Barbórce":

– Zrozumiałem, że świat trudny i biedny nie musi być depresyjny. Nigdy nie przepadałem za Śląskiem, a nagle, dzięki Maćkowi, spojrzałem na niego inaczej. Dwa tygodnie spędziliśmy na Nikiszowcu. To było miejsce, w którym jak ludzie do mnie mówili, to rozumiałem tylko przekleństwa. Taka warszawska Praga razy dziesięć. A Maciek tam widział słońce. Patrzyłem na jego stosunek do ludzi i do rzeczywistości. To mnie zmieniło. Dostrzegłem, że nawet jak jest źle, ludzie wciąż potrafią się uśmiechać. Przedtem byłem blisko takich tematów, jak „Nasza ulica", chciałem mocno uderzać w świat, pokazywać jego okrucieństwo wobec bezbronnych. A nagle pomyślałem, że w nocy trzeba szukać światła. I już z tą myślą powstał „Rezerwat".

Debiutant płaci za sukces

Na pomysł tego filmu wpadł Marcin Kwaśny, który zagrał w „Rezerwacie" główną rolę.

– Marcin przeprowadził się na Pragę i tam napisał pierwszą, 40-stronicową wersję scenariusza, coś w rodzaju praskich „Dwóch ludzi z szafą" – opowiada Palkowski.

Od razu poczuł, że to fantastyczny materiał. Przerobił go po swojemu. „Naszą ulicę" zrobił za 30 tys. zł, miał nadzieję, że na „Rezerwat" uda się zebrać 100 tys. Kama Jańczyk współpracowała wtedy z Maciejem Ślesickim, właścicielem Paisa Films. Zainteresowała go projektem. Wtedy też powstał Polski Instytut Sztuki Filmowej. Na pierwszej sesji dostali dofinansowanie i tak mieli na realizację 1,5 mln złotych. Film powstawał w bardziej profesjonalnych warunkach, choć i tak było tylko 26 dni zdjęciowych. – Mieliśmy w sobie entuzjazm i świetnie się razem czuliśmy – śmieje się Palkowski.

Jednak w czasie montażu wpadł w rozpacz. Wydawało mu się, że nie da się tego materiału posklejać.

– Pierwsza „układka" była nie do oglądania – przyznaje. – Nudna, schrzaniona po całej linii. Byłem załamany. Nie zdałem egzaminu. Z montażystą usiedliśmy u niego w domu na cztery miesiące. Katowaliśmy te materiały, przepisywaliśmy scenariusz, szukaliśmy ujęć nawet przed „Akcją!" i po „Stopie". Mieliśmy poczucie, że ratujemy się przed katastrofą. Masę rzeczy pozmienialiśmy.

Świat trudny i biedny nie musi być depresyjny. Nawet jak jest źle, ludzie potrafią się uśmiechać

Na festiwalu w Gdyni Palkowski dostał w 2007 roku nagrodę za debiut. Zasłużenie. Swoje wyróżnienie dorzucili dziennikarze. Zrobił film o odchodzącym świecie i o tym, co w życiu najważniejsze.

– Chciałem opowiedzieć o odkrywaniu w sobie człowieczeństwa – mówi reżyser.

W „Rezerwacie" młody fotograf osiedla się na Pradze. Tam, gdzie inteligenci z lewobrzeżnej Warszawy rzadko się zapuszczają. Jest wśród miejscowych przybyszem z zewnątrz. Sam też traktuje nowych sąsiadów z dystansem, przypatruje im się trochę jak zwierzętom w zoo. Próbuje uwieczniać na zdjęciach podwórkowych pijaczków, z ukrycia fotografuje awanturę, która wybucha między seksowną sąsiadką fryzjerką a jej facetem. Ten fotoreportaż ma być jego trampoliną do kariery.

Ale stara Praga, mały skrawek ziemi, o którym zapomniała nowoczesność, okaże się utopijnym marzeniem o prawdziwej wspólnocie. Bo tych pijaczków, kioskarkę, starego człowieka z fotograficznego zakładu, nawet blond fryzjerkę, za którą ogląda się każdy chłop z okolicy, łączy niezwykła solidarność. Wszyscy oni – niebogaci i niewykształceni, trzymają się niepisanych praw, których się nie łamie. Tutaj można zwinąć przechodniowi portfel, ale swojego oszukać nie wolno. A jak komuś dzieje się krzywda, trzeba stanąć za nim murem.

– Chcieliśmy pokazać świat, który znika – mówi reżyser.

Palkowski polubił mieszkańców Konopackiej i Stalowej. – Ci fantastyczni ludzie zaczęli nas traktować jak element krajobrazu. Czuliśmy się jak u siebie – wspomina.

Oddał im tę przyjaźń: zaprosił aktorów amatorów na premierę filmu, w kinie przygotował wystawę zdjęć dzieci fotografujących Pragę.

Potem jednak zachłysnął się sukcesem „Rezerwatu" . Jeździł przez półtora roku z festiwalu na festiwal. Europa, Stany, stosy wrażeń. Tu przyjęcie, tam spotkanie. Nie ukrywa, że czas nie upływał mu wtedy „na sucho". Popłynął.

– Przyjemne życie, ale nagle ocknąłem się potwornie zmęczony, bez żadnego projektu – mówi.

Wstać po upadku

Wyreżyserował osiem odcinków serialu „39 i pół" i dostał propozycję nakręcenia filmu „Wojna żeńsko-męska" według scenariusza Hanny Samson. Odmówił.

– Pół roku się trzymałem, aż wreszcie kiedyś, na rauszu, zgodziłem się – mówi. – Tęskniłem za planem. Chcieliśmy szybko strzelić film, bawiąc się estetyką zbliżoną do „Urodzonych morderców". Mieliśmy sporo pomysłów, z których niewiele zostało. Zdjęcia przesunięto o rok, w nas wszystko zdążyło już zdechnąć. A błąd podstawowy polegał na tym, że ja się za takie rzeczy nie powinienem brać.

Film o bezrobotnej dziennikarce, która próbuje utrzymać się na powierzchni, walcząc przy okazji z nadwagą i nie umiejąc ułożyć relacji z córką – okazał się artystycznym fiaskiem. Palkowski nie próbował sobie wmawiać, że wszyscy wokół się nie znają. Spojrzał na film i na siebie z dystansu.

– Mieliśmy trochę ambicji. Chcieliśmy stworzyć karykaturę świata konsumpcyjnego, pokazać absurd tabloidyzacji. To wszystko pomieszaliśmy z sosem komedii romantycznej i stworzyliśmy potworka – mówi. – Zrozumiałem, że nie wolno wchodzić w projekt z założeniem, że będzie hit. Nauczyłem się pokory. Po „Rezerwacie" dostawałem laurki, tu zostałem zmiażdżony. Bardzo wartościowa lekcja. Mogłem się usprawiedliwiać, że scenariusz był nie taki, a producent i dystrybutor wiedzieli lepiej od nas, co może przyciągnąć ludzi do kin. Ale takie tłumaczenia nie mają sensu. Nie ma co zwalać odpowiedzialności na innych. To ja się pod filmem podpisuję. Przegrana była moja.

Jednak zaraz Palkowski dodaje, że przy mającej sześciomilionowy budżet „Wojnie żeńsko-męskiej" też się sporo nauczył. Choćby na błędach. Tylko że potem znów wpadł w czarną dziurę. Już nie był zdolnym facetem od „Rezerwatu", tylko kiepskim twórcą nieudanej komedii romantycznej. Przyszły lata chude. Brak kasy, życie z dnia na dzień, hulanki, przed którymi nie powstrzymywały go inne obowiązki.

Zgodził się wyreżyserować „Galerię". Seriale zawsze go ratowały w trudnych sytuacjach. Robił po kilka odcinków i rezygnował. W „Plebanię" wszedł kiedyś na dziesięć dni, gdy wyłączyli mu w wynajętym mieszkaniu prąd. Zapłacił rachunek i skończył pracę. Wyreżyserował po kilka odcinków „Złotopolskich", „Na dobre i na złe", „Wiadomości z drugiej ręki". Zawsze z doskoku. – Ten „doskok", to traktowanie telewizji jak chwilowej deski ratunku, było błędem – mówi. – Seriale ćwiczą rękę i dają trochę pieniędzy. Z fabuł żyć się nie da.

„Galerię" sformatował. TVP zaproponowała mu zrobienie serialu dla młodzieży, który mógłby konkurować z Polsatowską „Pierwszą miłością". Miał iść zamiast „Plebanii".

– Inspirował mnie Monty Python – opowiada Palkowski. – Ale po miesiącu zdjęć ktoś z telewizji uznał: „Po co zmieniać widownię »Plebanii«"? Przecież to jest 3 mln widzów". I serial już nie mógł być tak odjechany. Wymieniono nas na ludzi lepiej radzących sobie z tradycyjną estetyką.

Tamten czas Palkowski podsumowuje krótko: „Położono na mnie krzyżyk". Telefon milczał, nie miał roboty, pieniądze się skończyły. Dno. I nagle przyszła propozycja wyreżyserowania „Bogów".

– Dwaj wariaci – producent Piotr Woźniak-Starak i Krzysztof Rak – przysłali mi scenariusz – śmieje się Palkowski. – Zacząłem czytać, zobaczyłem nazwisko Religi i przestraszyłem się, że to kino polityczne. Na szczęście myliłem się. Szybko zrozumiałem, że dostałem materiał dający szansę na zrobienie dobrego filmu.

Zdecydował się w jedną noc. I rzucił się do pracy.

– Rozmawiałem z lekarzami, spotykałem się z dawnymi współpracownikami profesora Religi – mówi. – Nie interesowały mnie fakty. Te były znane. Z opowieści ludzi, wspomnień, anegdot próbowałem zbudować sobie obraz człowieka. Okazało się, że był to facet, którego od gwiazdy rocka różnił jedynie wykonywany zawód. Miał kawalerską fantazję, ultrahulaszczy temperament. I był profesjonalistą. Wszyscy mówili mi to samo: „Zbyszek jak pił, to pił. Jak pracował, to pracował".

Ekipa zadomowiła się w Zabrzu, w Aninie. Chcieli być jak najbliżej prawdy. Wszyscy – asystenci, aktorzy.

– Ja uczestniczyłem w czterech operacjach – wspomina reżyser. – To nieprawdopodobne uczucie. Obserwujesz chirurgów, pacjenta podłączonego do aparatury. I nagle zdajesz sobie sprawę, że patrzysz na rozkrojone ciało jak na manekina. Masz przed sobą mechanizm, a coś, co nazywasz człowiekiem, uciekło i mieszka w maszynie, która pompuje krew. I to coś wraca, kiedy znów zaczyna bić serce. Jeśli kiedykolwiek miałem do czynienia z duszą, to był ten moment.

„Bogowie" postawili go na nogi. Sprawili, że inaczej spojrzał na własne życie.

– Mam za sobą hulaszcze lata – mówi szczerze. – Nie ustabilizowałem się, żyłem w wynajętych mieszkaniach, a kurczące się oszczędności też zostawiają siniak na mózgu. Jasne – świetnie się bawiłem, zdobyłem sporo doświadczeń, a doświadczenia, każde, są cenne. Przekładają się na to, kim jesteś. Ale powiedziałem sobie: dość. Kiedyś obudziłem się rano i pomyślałem, że chciałbym wyburzyć ścianę, przy której stoi łóżko. Nie mogłem tego zrobić. Bardzo mi ta niemoc zaczęła przeszkadzać. Zrozumiałem, że nie mam swojego azylu. A zaczynam tego potrzebować. Chcę już mieć coś, co nazwę domem. Zbudować jakiś trwały związek. Jestem bardziej dojrzały. Choć ciężko się przyznać, że dawno skończyłem 16 lat. Bo do tej pory myślałem, że mam właśnie tyle.

Nauczył się jeszcze jednego: kończąc film, trzeba myśleć o następnych projektach. Reżyseruje dla telewizji serial. Ma scenariusz, który pisał jeszcze przed „Bogami". To historia kieszonkowców z Bazaru Różyckiego w latach 1928–1945. Coś w stylu polskiego „Dawno temu w Ameryce". Historia nieprawdopodobna, ale autentyczna. Marzy mu się film o Beksińskim, na podstawie „Portretu podwójnego". I wreszcie ten ostatni projekt – wielka produkcja o Dywizjonie 303. Wyszedł na prostą. Jest dobrze.

– Życie mi się podoba – mówi Łukasz Palkowski. – I próbuję tego nie spaprać. Chciałbym, żeby podobało mi się dalej.