Ostatnio amerykański sekretarz (nomen omen) wojny zapowiedział, że jego kraj będzie bronił wyłącznie własnych interesów. Nazwał to „twardym realizmem”, a i u nas ten rzeczownik wchodzi w modę. W „Plusie Minusie” rozprawił się z nim Tomasz P. Terlikowski. Ja, równolegle zacząwszy pisać o „realizmie”, sprawdzam jeszcze to hasło w słownikach. Polskie dają definicję podobną jak anglojęzyczne: to trzeźwość osądu, liczenie się z rzeczywistością. Same zalety, więc o co mi chodzi? Właśnie o to, że wezwaniu do realizmu trudno się oprzeć. Nikt zaś nie powie „bądźmy idealistami”. Znać po tym, że idealizm (w myśl słowników nieraz lekceważący rzeczywistość, niezdolny krytycznie ją oceniać) nie jest przyjemną etykietką. Ktoś, komu przypnie ją głosiciel rzekomego realizmu, odruchowo zapyta siebie, kim jest. A mógłby się przecież najpierw zastanowić, jak tamten rozumie rzeczywistość. Pojęcie „realizmu” pozwala więc manipulować.