Spokojne popołudnie, przechadzka po galerii handlowej. Na horyzoncie majaczy Empik, do którego z nudów zwykle człowiek zajrzy. W środku zewsząd atakują nas kolorowe okładki, piękne wydania, migoczące twarde oprawy. Znajdujące się na nich opisy wieją raczej nudą niż oryginalnością, ale przecież nie każda książka musi być arcydziełem, godnym zapisania w annałach klasyki gatunku.

Zaglądam do pierwszej z brzegu, otwieram na losowej stronie. W końcu czytanie to nasze narodowe dobro, duma nas rozpiera, gdy publikowany jest kolejny raport o tym, że Polacy (zwłaszcza Polki) czytają coraz więcej. Od tego przecież rozwija się wyobraźnia, człowiek pozbywa się problemów z koncentracją, przy okazji jeszcze poszerza zasób słownictwa i staje się mądrzejszy.

„– A wy co? Medytujecie? – Isaac stanął za Alexem całkiem nagi.

Dosłownie, on był nagi. Zamknęłam oczy i krzyknęłam:

– Załóż majtki!

– Jestem u siebie – odpowiedział z żalem. – Co, k***** nie widziałaś?

Rozchyliłam powieki.

– Issac, załóż te majtki. – Alex odchylił głowę, by spojrzeć przyjacielowi prosto w oczy. – Świetnie, że masz taką relację z naturą, jednak nie każdy musi widzieć twojego f****.

Czytaj więcej

Anna Nasiłowska: Byłam ofiarą wykorzystywania mojej pracy przez wydawców

– Nie macie poszanowania do matki ziemi. – Blondyn prześwietlił nas gniewnym spojrzeniem.

– Jarałeś – stwierdziłam.

– Nie – zaprzeczył.

– Jarałeś – powtórzyłam.

– Jednego blancika – westchnął. – Malutkiego.

– I wszystko jasne, dlatego lata z gołym k****** – parsknął Alex”.

Błędy zgodne z oryginałem, cenzura dodana ode mnie. To Weronika Plota, jedna ze wschodzących gwiazd polskiej sceny young adult, i fragment z jej serii „Hellish” od wydawnictwa NieZwykłe. Dostać się do jej stolika autorskiego w trakcie jakichś książkowych targów stanowi nie lada wyzwanie. Najpierw trzeba od samego rana wystać swoje w kolejce, a potem jeszcze przebić się przez tłum rozochoconych nastolatek, i to tych młodszych – 12- czy też 14-letnich. Dla nich rozliczne wydawnictwa mają jeszcze wiele innych pozycji w podobnym klimacie, a nawet gorszym, bo to, co zdecydowałam się zaprezentować, jest w gruncie rzeczy dość łagodne. Spragnione wrażeń nastoletnie czytelniczki mogą przebierać wśród rozlicznych motywów: gwałtów, używek, kazirodczych relacji, przemocowych związków. To wcale nie żart. Nierzadko pod pięknymi okładkami kryją się właśnie takie treści i tematy. Ale przecież nie dzieje się nic złego, przynajmniej czytają książki, a nie siedzą z nosem w telefonie, prawda?

Można wzruszyć ramionami i wcale się tym nie przejmować. W końcu literatura niskich lotów istniała od dawien dawna, dostarczając rozrywki, zaspokajając niższe instynkty. Chodzi jednak o skalę (na 100 najpopularniejszych książek w Polsce 20 to właśnie tytuły young adult), konsekwencje oraz nasz stosunek do takich wytworów. Jak wiele złego przynosi taka sytuacja na rynku wydawniczym, widać dopiero z odpowiedniej perspektywy, a negatywne skutki takiego stanu rzeczy objawiają się w dość nieoczekiwanych miejscach.

 Czytanie young adult powoduje głębokie szkody – zarówno u czytelnika, jak i dla kultury

Zacznijmy jednak od początku. Czytanie książek uważamy za wartość samą w sobie. W myśl zasady – nieważne, co się czyta, ważne, że cokolwiek. Każdy rodzic, który widzi, że jego dziecko spędza godziny przed komputerem, albo dostrzeże, że ogląda serial bądź film pełen brutalnych oraz wyuzdanych scen, od razu zareaguje, odcinając mu dostęp do nieodpowiednich treści. Zresztą nawet jeśli będzie po prostu zbyt wiele czasu spędzało przed ekranem, to odpowiedzialna matka lub ojciec będą starali się znaleźć mu inne zajęcie. Ale książki? Niezależnie od ich treści wierzymy w to, że dzięki przewracaniu kolejnych kartek spłyną na nas wielkie i wspaniałe dary, po prostu staniemy się lepsi, choćby przy okazji i trochę nieświadomie. Wszyscy cieszą się z tego, że dzieci czytają i w końcu odłożyły na bok telefony.

Gdy słyszę takie stwierdzenia, jestem przekonana, że ich autor nie ma do czynienia ze współczesną beletrystyką. Dalej tkwi w starych dobrych czasach, gdy nawet tytuły słabe trzymały jakiś poziom. Inaczej trudno mi uwierzyć, że można serio przekonywać o tym, iż pochłanianie takich fragmentów, jak ten przytoczony powyżej, może naprawdę przynieść nam wymierne profity. Jeżeli od czytania takiej miernoty faktycznie miałaby się polepszać wyobraźnia, to ja wcale nie chce mieć jej rozwiniętej. Zbyt duże to koszty dla mojej psychiki.

Jednak zaraz ktoś będący współczesnym wcieleniem pozytywisty rzuci mi na stół komplet badań poświadczających korzyści płynące z czytania. I znów pojawią się te same formułki o koncentracji oraz rozwoju. Niemniej z tymi badaniami są problemy. Przede wszystkim analizuje się w nich głównie dzieci i młodzież, co do których trudno się spierać, że w ich przypadku czytanie przynosi stosowne profity, choć byłoby lepiej, aby nie sięgały po twory okupujące listy bestsellerów. Ponadto rzadko kiedy wspomina się w nich o tym, jakie książki były przedmiotem badania, co właściwie czytały osoby biorące w nim udział. Brakuje nam badań na temat tego, czy czytanie literatury miernej, nieodpowiedniej, kiepsko napisanej, pełnej błędów stylistycznych i ortograficznych, gdzie chodzi głównie o seks i brutalne sceny, nie powoduje dużych szkód dla naszego mózgu.

Ponadto milcząco zakłada się, że czytanie wygląda tak jak kiedyś, czyli czytelnik rozsiada się wygodnie w fotelu i duma nad kolejnymi kartkami. A przecież żyjemy w erze audiobooków, które lecą w tle, i często wychwytujemy z nich jedynie co nieco, tak by za bardzo się w akcji nie zgubić. Ale to pół biedy. Takiego obcowania ze słowem pisanym (w tym wypadku raczej mówionym) można bronić. Wystarczy jednak wejść na BookToka (społeczność na platformie TikTok skupiona wokół zainteresowania książkami, literaturą i czytelnictwem), żeby zobaczyć, jak dziś młodzi i ci trochę starsi faktycznie obcują z literaturą. A więc – słuchanie książek na trzykrotnym przyśpieszeniu, omijanie opisów, bo są zbyt męczące, narzekanie na to, że jak jest ściana tekstu na stronie, to trudno się skoncentrować, porady na temat tego, jak radzić sobie ze zbyt skomplikowanymi opisami, byle tylko skończyć daną pozycję szybko i od razu przejść do następnej. Czy to jeszcze w ogóle jest czytanie (słuchanie) książek? Nad tym mądre głowy cieszące się z tego, że młodzi tak kochają czytać, już się nie zastanawiają.

Zostawmy badania i książki jako pożyteczne narzędzie dla rozwoju naszych umiejętności. Kto w taki sposób chce traktować czytanie, licząc na to, że dzięki niemu poprawi swoje wrodzone atrybuty, niech lepiej poszuka innych metod. Jesteśmy zresztą dopiero na początku szeregu problemów. Skąd właściwie biorą się twórczynie young adult? Często ściąga się te książki z Wattpada, internetowej platformy, na której użytkownicy mogą publikować, czytać i komentować swoje opowiadania, wiersze, fan fiction oraz inne teksty literackie. Czy może być coś złego w tym, że spełnia się marzenia młodych aspirujących pisarek? Początkującym z reguły płaci się mało. Choćby z racji wieku i braku doświadczenia w kontaktach z wydawcami stoją na słabszej pozycji. Young adult bardzo dobrze się sprzedaje. Sądząc po tym, co widziałam na stronicach powieści, można przy tym zaoszczędzić na korekcie i redakcji, bo co rusz znajdywałam tam błędy. Najwyraźniej odbiorcy przywykają jednak do wyrobów wątpliwej jakości. Marketingu też za bardzo robić nie trzeba – wyśle się kilkanaście egzemplarzy recenzenckich do booktokerek i dziewczyny już same podadzą wieści o tytule dalej, w świat.

Czytaj więcej

Winda makabrycznej przeszłości

Oczywiście, mało która autorka wyłowiona z Wattpada zdobędzie splendor i rozpoznawalność, która przypadła w udziale Weronice Marczak i jej „Rodzinie Monet”. I tak zostają ze straconymi złudzeniami, choć z silnym przeświadczeniem, że są pisarkami z ogromnym talentem. Na szczęście w kolejce czekają następne, półki bowiem nie znoszą próżni. Na nowe dzieła czekają nie tylko nastolatki, lecz także dorosłe kobiety, czytające bez ustanku. To przecież słyszymy od specjalistów – że panie czytają więcej. Szkoda że nie lepiej, gdyż wybierają zazwyczaj poradniki, young adult i coraz popularniejsze romantasy (gatunek literacki, który łączy elementy powieści fantasy i romansu). Tam to się dopiero dzieje. Seks, przemoc i brutalność wylewają się z każdej strony. A my musimy coraz bardziej uważać w księgarniach, aby nie naciąć się na pornografię ukrytą pod ładną okładką z dodatkiem barwionych brzegów.

Można jednak powiedzieć: „no i co z tego? Prawo popytu i podaży nikomu krzywdy nie robią”. Abstrahując od tego, że gdybyśmy kształtowali naszą kulturę, relacje społeczne i naukę zgodnie z prawem popytu i podaży, dalej żylibyśmy w epoce kamienia łupanego – bo największe osiągnięcia ludzkości nie powstawały dlatego, że ktoś ich potrzebował i był gotów za nie zapłacić – z przykrością trzeba stwierdzić, że czytelnicy wielu książek gatunku young adult robią krzywdę sobie i nam. Sobie, ponieważ pochłaniają przemocowe schematy i emocje, których próżno szukać w realnym życiu. Niby to tylko literacka fikcja, w księgarniach pełno jest też kryminałów, thrillerów, a nikt przecież od czytania takich rzeczy ani nie zaczyna zabijać, ani nie staje się psychopatą. Ano właśnie. Rzeczywiście mało kto z nas będzie miał okazję być megainteligentnym śledczym rozwiązującym kryminalne zagadki bądź przedstawicielem palestry starającym się skazać kolejnego zwyrodnialca. Niemniej prawdopodobieństwo tego, że uwikłamy się w jakąś uczuciową relację, jest o wiele większe. Praktycznie każdy z nas będzie miał takie doświadczenie. A jeśli wcześniej za sprawą takiej, a nie innej literatury wyrobiliśmy sobie upodobanie do takich, a nie innych stanów emocjonalnych, których samo wyobrażenie przy czytaniu dało nam nie lada przyjemność, to i w realnym życiu będziemy ich wypatrywać.

Fikcja literacka fikcją literacką, ale doznawane przy niej emocje są już całkiem rzeczywiste. Tego rodzaju uniesień nie odczuwa się przy zapoznawaniu się z opisem morderstwa czy innego brutalnego ataku, tam raczej pociągają nas tajemnica i rozwiązanie zagadki – gdy zostanie ona odkryta lub ujawniona, nie potrzebujemy niczego więcej, nie musimy szukać wokół siebie kolejnej zbrodni. Emocje wyprodukowane przy romansach rządzą się innymi prawami, a rozdźwięk między tym, co znane z książek, a stanem faktycznym – tym, jak wygląda związek – w najlepszym razie prowadzi do samotności, natomiast w najgorszym do wikłania się w relacje z bardzo nieodpowiednimi osobami.

Dlaczego zaś odbiorcy young adult robią też krzywdę nam, innym czytelnikom? Popularność oraz nadprodukcja ich ulubionego gatunku niszczą literaturę. Zarówno tę wysokich lotów, jak i popularną. Nie chodzi nawet o to, że faktycznie dobrzy autorzy nie mogą się wybić, ponieważ są za drodzy w stosunku do aspirujących pisarek z Wattpada. Przez tego typu wytwory nasza literatura po prostu cofa się w rozwoju. Od XIX wieku pisarze starali się w jak najlepszy sposób ująć różnorodne stany ludzkiej psychiki, wypracować do tego jak najlepszy język, metodę wyrazu, stopniowo udoskonalając warsztat. Można powiedzieć, że dziś ich wysiłki poszły do kosza, gdyż obecnie do wyrażania różnorodnych stanów ludzkiego ducha używa się po prostu kursywy. Postać wątpi, zastanawia się, coś tam sobie w duszy powiada? Kursywa. Czasami dla większego wyrafinowania pojawi się też wielokropek. Problem z głowy, można przejść do kolejnej książki, a monolog Molly Bloom z „Ulissesa” trzeba wyrzucić do kosza. Jaki bowiem czytelnik wytrwałby do jego końca? Na pewno nie taki, który wychował się na literaturze young adult, która stopniowo przyzwyczaja go do coraz gorszego stylu, do coraz gorszego języka, gdzie nie używa się słów prostych, lecz byle jakich, takich, aby czytelnik nie musiał się za bardzo męczyć.

Degradacja postępuje. Tak jak komedie romantyczne zabiły melodramat filmowy, tak romantasy dobija fantastykę. Dobra beletrystyka przestaje się liczyć na rynku wydawniczym, a naprawdę ciekawe powieści popularne (nawet w stylu pulpowym) nie znajdują uznania czytelników. A nawet więcej – tytuły, które kiedyś uznano by za rozrywkowe, stają się daniem dla wyrafinowanego czytelnika, bo większość zbyt szybko się przy nich nudzi i męczy.

Przez young adult literatura cofa się w rozwoju

Każdy z nas słyszał powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje. Niemniej Rzymianie mawiali tak dlatego, że według nich każdy człowiek wie mniej więcej, czym jest dobry gust. David Hume w kwestiach estetycznych mówił o sądzie smaku i choć było to odczucie subiektywne oraz indywidualne, kształtowane przez osobiste doświadczenia, a nie przez jakieś obiektywne zasady i standardy, to mimo wszystko wierzył, że można go kształtować i udoskonalać, o ile będziemy obcować z najlepszymi reprezentantami danego gatunku.

Istnieją zatem pewne narzędzia do tego, aby ocenić to, czy dana sztuka jest dobra lub zła. Od wieków dysponujemy kryteriami pozwalającymi oceniać, czy dane dzieło reprezentuje sobą jakąś wartość. Niestety, w kulturze doszło do istotnej oraz głębokiej zmiany, przez którą pozbawiliśmy się autorytetu tego rodzaju narzędzi. A young adult, romantasy i inne podobne wymysły są jej skutkiem, a nie przyczyną. Mimo doniosłych deklaracji książki nie służą już nam jako nośniki treści, wartości, nie spoglądamy na nie jak na możliwość zerknięcia w inne strony rzeczywistości. Są pożytecznym narzędziem, towarem podobnym do ładnej torebki na wystawie. Mają nam sprawiać przyjemność i poprawiać samopoczucie. Opcjonalnie rozwinąć jakąś przydatną umiejętność, dzięki której lepiej spiszemy się w pracy, bo łatwiej będziemy się koncentrować. Inne rzeczy przestały się liczyć.

Wystarczy zerknąć do internetu, aby ujrzeć to, jak dziś dyskutuje się o książkach. Dominują opisy subiektywnych doznań, sprawozdania z emocji towarzyszących lekturze. Zamiast argumentów mamy krótkie frazy: podobało mi się/nie podobało mi się. W jednym z niedawnych numerów „Plusa Minusa” Przemysław Batorski pisał o tym, że powinniśmy trochę przystopować z czytaniem i zamiast tego skoncentrować się na dyskutowaniu o książkach, bo tak naprawdę nie potrafimy już o nich rozmawiać.

Czytaj więcej

Jak się porozumieć, gdy zmysły zawodzą? Recenzja „Lekcji greki” noblistki Han Kang

Święte słowa. Pewnie zyskałyby spore uznanie, gdybyśmy traktowali książki z taką estymą, jaką deklarujemy. Dla wielu z nas są one jednak tylko kolejnym elementem dającym zadość naszemu ego. Skąd inaczej brałaby się taka popularność takich grup na Facebooku, jak „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki”, gdzie uczestnicy licytują się w tym, ile książek przeczytali w ciągu roku? Albo tych wszystkich rankingów czytelnictwa, gdzie liczy się przede wszystkim ilość, a nie jakość? A gdy już do nich zajrzymy, przejrzymy listę przeczytanych tytułów, to pożoga i nic więcej. No, może jeszcze wstyd.

Czas najwyższy przestać fetyszyzować czytanie dla samego czytania. To łatwe cieszyć się z tego, że ludzie cokolwiek czytają. Wydawnictwa zarabiają, politycy mogą pojawić się na jakiejś gali i poklepać naród po plecach, a przy tym dodać, że będą pracować nad tym, aby lektury szkolne były jeszcze przystępniejsze dla młodych, żeby dawały im jeszcze więcej przyjemności i radości. Niech się nie męczą. W końcu politycy też nie będą się męczyć i głowić nad tym, żeby społeczeństwo nie tyle czytało, ile czytało rzeczy dobre (co, zaznaczę wyraźnie z podkreśleniem, nie oznacza koniecznie, że mają to być zawsze pozycje trudne i z najwyższej półki. Literaturę drugorzędną też można robić pierwszorzędnie).

Porzućmy złudzenia. Statystyki z bibliotek są bezwzględne. Kto czyta byle co, wcale za jakiś czas nie sięga po lepszą literaturę. Pozostaje ciągle na tym samym poziomie. Nie zauważono też bogatszej wyobraźni i lepszego poziomu koncentracji u miłośniczek romantasy. Trzeba pogodzić się z faktami. Przecież nikt rozsądny nie uznaje słuchających disco polo za melomanów, podobnie jak fanów filmów pornograficznych za kinomanów. Pora na to, aby podobne kryteria zastosować do czytelników literatury niskich lotów.