Reklama

Irena Lasota: USA to nie Chiny, a jednak chcą iść tą samą drogą

Przerost biurokracji w USA był widoczny na każdym kroku. Sytuacja aż prosiła się o reformę, ale ewolucyjną, a nie rewolucyjną.
Google Ustaw „Rzeczpospolitą” jako swoje ulubione źródło informacji w Google
Irena Lasota: USA to nie Chiny, a jednak chcą iść tą samą drogą

Foto: REUTERS/Kylie Cooper

Reklama
Reklama
Reklama

Nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek spotkam w Stanach przestraszonych, choć niewinnych ludzi. I nagle, w ciągu niecałych 100 dni prezydentury Donalda Trumpa, jedni ludzie zaczęli uważać na to, gdzie i co mówią, a inni zaczęli po prostu się bać. Oczywiście, Waszyngton może być szczególnym miastem ze względu na liczbę pracowników federalnych, ale wbrew powszechnej opinii rząd posiada swoje instytucje w każdym z 50 stanów, gdzie również wprowadzono zwolnienia grupowe, co jest nawet bardziej odczuwalne niż w dużych miastach. Amerykanów od ponad 70 lat charakteryzowało poczucie bezpieczeństwa, nawet nie tyle w zakresie polityki zagranicznej, ile przede wszystkim w tym, co dotyczy życia codziennego, zawodowego i rodzinnego. Przeciętny Amerykanin, taki zwyczajny, należący do klasy średniej – wyższej czy niższej – wierzył, że to normalne żyć na kredyt, zaciągać nawet dwie hipoteki na dom, kupować coraz to nowszy samochód, też na kredyt, a ponieważ wykształcenie miało zapewnić dobrobyt, studenci zaciągali niskoprocentowe pożyczki, które spłacali latami. To znaczy jedni spłacali, a inni nie i jednym z niepopularnych pomysłów prezydenta Bidena było umorzenie większej liczby studenckich długów. Pomysł, na szczęście, został odrzucony przez Kongres, ale niesmak pozostał.

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama