Był niewidomy od urodzenia, przyszedł na świat kaleką, czekał całe życie… Kiedy słuchamy opowieści o cudach i znakach, zazwyczaj poprzedza je któreś z tych lub podobnych im zdań. Uzdrowienie nie miałoby swojej rangi, gdyby polegało na uleczeniu z przejściowej choroby – stałoby się wtedy rozwiązaniem czyjegoś prywatnego problemu, nie zawiązaniem dramatu, który dotyka (przynajmniej powinien) nas wszystkich. Znaki, jak wszystkie prawdziwe dzieła, potrzebują czasu. Muszą nabrzmiewać, jak bolesne wrzody. Cierpieniem, zniechęceniem, bólem, osamotnieniem. Kolejne dni trafiają do kosza, jak zmięte strony nie tyle niedokończonej, ile nierozpoczętej opowieści.