Tak było z dwoma, następującymi jedna po drugiej, wypowiedziami sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Gdy skandal, jakie wywołała pierwsza z nich, został nieco uspokojony zapewnieniami, że za wszystko odpowiadają dziennikarze, którzy źle przetłumaczyli i zrozumieli głębokie myśli kard. Parolina, on sam udzielił drugiej, jeszcze bardziej skandalicznej wypowiedzi, która już została przetłumaczona odpowiednio. W obu przypadkach mowa była o „uprawnionej obronie", do której Ukraińcy – zgodnie z nauczaniem Kościoła – mają prawo, i o granicach, jakich przekraczać w niej nie należy. I w obu Parolin zawarł tezy kuriozalne.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: W każdym z nas jest potencjał zła

Pierwsza dotyczyła dostarczania broni. Sekretarz stwierdził, że Ukraina ma prawo się bronić, że w związku z obawą eskalacji inne kraje nie angażują się po jej stronie bezpośrednio, jednak – dodał – są kraje, które przekazują broń. „To jest straszne – skomentował – bo może spowodować eskalację, nad którą nie będzie się dało zapanować. Ale zasada obrony uprawnionej pozostaje". Niestety, kardynał nie wyjaśnił,a dziennikarz nie dopytał, jak wobec tego dokonywać ma się obrona, jeśli dostarczanie broni jest straszne. Nie padło też pytanie o to, czy za potencjalną eskalację nie odpowiada kraj, którego nazwy w Watykanie się nie wymienia, żeby nie zepsuć relacji z patriarchą Cyrylem.

I czy przypadkiem łączenie słusznej pomocy zaatakowanemu ze strasznym aktem eskalacji nie jest intelektualnym i moralnym nadużyciem, które przypisuje odpowiedzialność za zbrodnie nie zbrodniarzowi, ale temu, kto pomaga skrzywdzonemu. Dziwnym trafem zresztą w ten sam sposób, co Parolin, mówią rosyjscy propagandziści, którzy przekonują, że wojna już dawno by się skończyła, gdyby nie dostarczana przez Zachód broń.

I czy przypadkiem łączenie słusznej pomocy zaatakowanemu ze strasznym aktem eskalacji nie jest intelektualnym i moralnym nadużyciem, które przypisuje odpowiedzialność za zbrodnie nie zbrodniarzowi, ale temu, kto pomaga skrzywdzonemu.

Kilka godzin później w rozmowie z dziennikarzami sekretarz udzielił drugiej, jeszcze bardziej radykalnej odpowiedzi. Stwierdził, że choć Ukraina ma prawo się bronić, to „odpowiedź zbrojna w stopniu proporcjonalnym do agresji, jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego, może doprowadzić do rozszerzenia się konfliktu, który może mieć katastrofalne i śmiertelne konsekwencje". I znowu nie padły pytania o to, jak w takim razie ma prawo „nieadekwatnie" się bronić Ukraina. Nikt nie dopytał też kardynała, czy jednak przypadkiem za eskalację konfliktu nie odpowiada jedynie agresor, a nie broniąca się ofiara...

I żeby nie było wątpliwości, nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek w Watykanie wyciągnął wnioski z tych wypowiedzi, by ktokolwiek miał za nie przeprosić, sprostować je, wyjaśnić. Nic z tego. Polskie media katolickie próbowały o nie dopytywać, ale w Watykanie zapadła cisza, co oznaczać może, że wszyscy się z nimi zgadzają. A smutnym tego potwierdzeniem jest kolejny „profetyczny" gest Stolicy Apostolskiej, zgodnie z którym krzyż podczas XIII stacji drogi krzyżowej mają nieść wspólnie rodzina rosyjska i ukraińska, a sam ten gest ma przybliżać do przebaczenia.

Czytaj więcej

Watykan wobec wojny. Bolesny sprawdzian dla Franciszka

Tym razem nie wytrzymał już nawet arcybiskup Światosław, zwierzchnik Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej, który ostro skrytykował pomysł. „Teksty i gesty XIII stacji drogi krzyżowej są niezrozumiałe, a nawet obraźliwe, zwłaszcza w kontekście spodziewanej drugiej, jeszcze bardziej krwawej ofensywy wojsk rosyjskich na nasze miasta i wsie" – podkreślił arcybiskup. Pytanie, czy ktoś w Watykanie to usłyszy. Czy może dialog z Cyrylem i Rosją zagłusza już nawet zwyczajną ludzką uczciwość?