W odpowiedzi ruch eurosceptyków twierdzi, że Unia porzuciła swe chrześcijańskie korzenie, że europejski demos jest mrzonką neomarksistów, że jedynym realnym bytem są narody państw członkowskich. A rządy mają dbać wyłącznie o interesy własnego suwerena, nie zaś o jakąś fikcyjną wspólnotę i abstrakcyjną integrację. Stąd tęsknota za nacjonalizmem i marzenie o powrocie do rozumienia polityki jako realizowanie dość ciasno pojmowanych interesów narodowych. Tam ma swoje źródło również powrót do protekcjonizmu i postrzeganie globalizacji jako zagrożenia dla narodowej tożsamości. W takim rozumieniu nie ma już miejsca na obronę żadnych abstrakcyjnych pojęć – ani praworządności, ani ambitnych planów klimatycznych. Przeciwnie, obrona przez UE abstrakcyjnych wartości czy wytyczanie ambitnych planów rozumiane są przez tożsamościową prawicę jako zamach na suwerenność, narzucenie obcego stylu życia i porządku instytucjonalnego.
Czytaj więcej
Śledząc doniesienia o najnowszych technologiach, można mieć poczucie narastającej konfuzji.Posłużę się trzema przykładami. Oto przed kilkoma miesią...
Te dwa obozy rozjeżdżają się coraz bardziej. Między liberałami, socjaldemokratami, zielonymi czy chadecją, czyli głównymi aktorami mainstreamu, zacierają się różnice ideologiczne. Potężna dystynkcja pojawia się dopiero w porównaniu z antyeuropejską prawicą, choć także skrajna lewica w niektórych krajach bywa przeciwna Unii, globalizacji, Ameryce i NATO.
W ten sposób obie te siły oddalają się od jednej z zasadniczych idei, które stały za powstaniem UE, czyli pragnieniem: nigdy więcej wojny. Ojcowie założyciele wymyślili europejską Wspólnotę, począwszy od Węgla i Stali, przez wszystkie kolejne fazy integracji, jako pomysł na pojednanie narodów. Realizowali chadecką z założenia zasadę pomocniczości, w której Unia zarządzała kilkoma obszarami mającymi tak mocno ze sobą związać kraje europejskie, by wojna była nie do pomyślenia. Głównym wrogiem był z jednej strony komunizm, ale z drugiej pamięć o tym, do czego w Europie doprowadził nacjonalizm.
W ten sposób obie te siły oddalają się od jednej z zasadniczych idei, które stały za powstaniem UE, czyli pragnieniem: nigdy więcej wojny. Ojcowie założyciele wymyślili europejską Wspólnotę, począwszy od Węgla i Stali, przez wszystkie kolejne fazy integracji, jako pomysł na pojednanie narodów.
Tyle tylko, że pokolenie, które pamiętało II wojnę światową, już odeszło. Albo umarło, albo dożywa swych dni na emeryturze. Dla nich antywojenny cel integracji był oczywisty. Jedni – szczególnie Niemcy – mieli poczucie winy i odpowiedzialności, inni świadomość tego, że za integracją ekonomiczną i polityczną kryją się wspólne wartości. Dlatego choćby Berlin zgodził się na poważne ograniczenie własnej suwerenności poprzez przyjęcie wspólnej waluty euro.
Dziś w całej Europie liderami politycznymi są ludzie z pokolenia, dla którego te korzenie nie są tak oczywiste. Pierwsi wyłamali się Brytyjczycy, którzy uznali, że Unii wcale nie potrzebują. Więc zarówno politycy z mainstreamu, jak i piewcy nowego-starego nacjonalizmu zapomnieli lekcję historii integracji.
Czytaj więcej
Minęły już trzy lata od czasu, gdy po jednym z felietonów w „Plusie Minusie" na temat Ordo Iuris, w którym stwierdziłem, że ta organizacja proponuj...
Tu jednak na scenę wchodzi Władimir Putin i pokazuje, że oto można zmieniać granice państw za pomocą ruchu czołgów. I że coś, o czym wszyscy zapomnieli, czyli wojna, krew i przemoc, są jak najbardziej możliwe tuż obok nas. Może ta nauczka pozwoli wszystkim Europejczykom zrozumieć, po co jest Wspólnota, i wrócić do korzeni integracji?