Gdzie są granice imperialnych ambicji Rosji

Wraz z kolejną rosyjską agresją wraca pytanie, jakie są terytorialne apetyty prezydenta Władimira Putina. Gdzie zatrzymają się jego czołgi, gdy już ruszą.

Aktualizacja: 20.12.2022 14:03 Publikacja: 25.02.2022 10:00

Putin zdradza objawy nie tylko obsesji imperium, ale też obsesji demografii. Przy wielu okazjach pow

Putin zdradza objawy nie tylko obsesji imperium, ale też obsesji demografii. Przy wielu okazjach powtarza, że w Rosji powinno być więcej mieszkańców, albo żali się, że jest ich za mało

Foto: Getty Images, ALEXEI DRUZHININ

Gdzie kończą się granice Rosji?

– Granice Rosji kończą się na Cieśninie Beringa z USA...

– Granice Rosji nigdzie się nie kończą!

To nie jest dowcip, lecz rozmowa rosyjskiego prezydenta z dziewięcioletnim Mirosławem, laureatem nagrody Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego w 2016 r. Nieprzyjemnie przypomina słynne oświadczenie Mieczysława Moczara skierowane, jako rodzaj samokrytyki, w sierpniu 1948 r. do Biura Politycznego partii komunistycznej w Polsce: „... a granice nasze, nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro na Gibraltarze".

Nie wydaje się jednak, by zaborczość Putina sięgała aż tak daleko. Analizując jego różne wypowiedzi, można w przybliżeniu odtworzyć granice terytoriów, jakich żądał, żąda lub zażąda dla Rosji. Przy czym nie są to żadne tajne plany, lecz publiczne wypowiedzi, które jednak do niedawna bagatelizowano. „Dziadek jest sentymentalny" – tłumaczono w Moskwie jego wywiady i orędzia tęsknotą starszego pana za czasami, gdy wbiegał do mieszkania swych rodziców w Leningradzie bez zadyszki. Ale kilkanaście tysięcy zabitych, najpierw w Gruzji, a teraz na Ukrainie, każe inaczej spojrzeć na „sentymenty" prawie 70-letniego polityka.

Weźcie sobie Lwów

Wielka Rosja, która wykształciła się w swej podstawowej formie jeszcze w XVIII wieku" – pisał Putin w 2012 roku, tuż po masowych manifestacjach przeciwko swej kolejnej prezydenturze i fałszerstwom, jakie towarzyszyły wyborom zarówno parlamentarnym, jaki i prezydenckim. Wydaje się, że już wtedy jego pomysłem na dalsze rządy była odbudowa imperium. Ale jeśli tak było, to – jak przystało na dobrze wyszkolonego oficera KGB – Putin skrzętnie ukrywał swe zamiary, konsekwentnie publikując coś, co można by nazwać „teoretycznymi podstawami putinowskiego imperializmu".

W ciągu ostatnich dwóch lat Putin na przykład coraz częściej posługuje się terminem „historyczna Rosja", który w ogólnych zarysach jest właśnie „Wielką Rosją" sformowaną w XVIII wieku.

Przebywający w USA były doradca ekonomiczny kremlowskiego lidera Andriej Iłłarionow dokonał żmudnej analizy geograficzno-historycznej licznych wypowiedzi Putina. „Zachodnie granice Rosji w przybliżeniu pokrywają się (dla Putina) z zachodnimi granicami Imperium Rosyjskiego pod koniec XVIII wieku, sformowanymi w traktacie pokojowym w Jassach, z imperium osmańskim (1791 rok) i petersburskimi konwencjami z Prusami i Austrią (1795 rok) zatwierdzającymi trzeci rozbiór Rzeczpospolitej" – doszedł do wniosku Iłłarionow. W tak wyglądającym kraju znalazłyby się państwa bałtyckie, a na wschodzie granica biegłaby po Bugu.

Mimo że Putin pretenduje do terytorium całej Ukrainy, to jego „historyczna Rosja" nie obejmuje zachodniej części tego kraju, a właściwie terenów zwanych dawniej wschodnią Galicją (Lwów, Iwano-Frankowsk, Tarnopol). Pod koniec XVIII wieku te ziemie znalazły się pod austriackim zaborem, a potem Rosja (zarówno carska, jak i imperium Stalina) dwukrotnie sparzyła się, próbując je podbić. Najpierw w czasie pierwszej wojny światowej, a potem drugiej.

Iłłarionow uważa, że w środowisku byłych kagiebistów – w którym formowały się idee Putina – dominuje przekonanie, iż przyłączenie zachodniej Ukrainy do ZSRR było „dużym błędem Stalina". Tereny te stały się bowiem „rozsadnikiem zarazy, która zniszczyła Związek" – chodzi rzecz jasna o narodowy ruch ukraiński. Już kilkanaście lat temu przebywający wówczas w Warszawie obecny wiceprzewodniczący rosyjskiego Senatu Konstantin Kosaczow (bliski rzeczonemu środowisku) wywołał skandal w Fundacji Batorego, opowiadając, że Ukraina powinna zostać połączona z Rosją. Zachodnia część Ukrainy miała jednak dostać autonomię, „gdzie będą mogli sobie gadać w tej swojej gwarze (chodziło o język ukraiński – red.)".

Ale co tam Kosaczow. Mnie samemu przydarzyła się podobna przygoda jeszcze w 1996 roku (!), za rządów Borysa Jelcyna. W czasie przyjęcia w polskiej ambasadzie w Moskwie jeden z obecnie wyższych rangą rosyjskich urzędników, znany z nadużywania alkoholu i kompletnie pijany, uwiesił mi się na ramieniu i zaczął przekonywać: – My byśmy wzięli Ukrainę, ale nie chcemy Lwowa. Zróbcie z nim coś, weźcie go sobie.

Czytaj więcej

Andrzej Łomanowski: Bitwa o Leningrad wciąż trwa

Cerkiew jako kulturowa dominanta

Niechęć do zachodniej Ukrainy Putin ubrał jednak w inne słowa. Według niego Rosję i Ukrainę łączy „ten sam naród i ta sama wiara". Pisał to przy różnych okazjach od 2012 roku, a powtórzył jeszcze raz w poniedziałkowym wystąpieniu uzasadniającym uznanie „Republik Ludowych" w Doniecku i Ługańsku. „Jedna wiara" oznacza dla niego prawosławie, które przy wielu okazjach nazywał „rosyjskim kodem kulturowym, rosyjską kulturową dominantą". Tymczasem zachód Ukrainy jest zdominowany przez Kościół greckokatolicki, przez stulecia prześladowany przez moskiewskie prawosławie.

Tak naprawdę jednak byli kagiebiści mają po prostu uraz do terenów, na których stawiano opór władzy sowieckiej, dlatego boją się zachodniej Ukrainy. Ciekawe, że jednocześnie nie odstręcza ich wizja włączenia do imperium państw bałtyckich, gdzie „leśni bracia" równie zaciekle i długotrwale walczyli w partyzantce.

Wydaje się, że wyjaśnienie może być następujące. Granice Imperium Putinum daje się odtworzyć – choć z pewnym trudem – za to nie jest jasne, jak ono miałoby zostać zorganizowane. Być może „historyczna Rosja" nie byłaby jednolitym państwem, ale konfederacją państw (przynajmniej formalnie). Część ekspertów uważa, że dla Putina szczytem rozwoju rosyjskiej państwowości było scentralizowane imperium Stalina, gdzie wszystkie decyzje podejmowała Moskwa, ale zachowano dekoracje w postaci republik narodowych. A być może obecnie tworzyłby ją „moskiewski" trzon otoczony przez państwa wasalne.

W każdym razie tak pociesza się chyba Aleksander Łukaszenko, który dwa tygodnie temu w wywiadzie dla rosyjskiej telewizji wymieniał państwa, które „wejdą do Związku" (czyli znajdą się pod ściślejszym zarządem Kremla). Wśród nich była oczywiście Białoruś, ale też Ukraina, Kazachstan, Armenia i inne państwa postsowieckie. Wejdą, zachowując swe granice i pewnego rodzaju tożsamość (bo chyba nawet nie autonomię), ale pozostaną na mapach.

W każdym razie ciekawe, że o ile o Ukraińcach (i tym, że są prawie Rosjanami) Putin mówi dużo, o tyle prawie w ogóle nie wypowiada się o Białorusinach. Zdaje się, że ich tożsamość z Rosjanami jest dla niego tak oczywista, że nie ma o czym mówić.

Drugi krąg piekła dla Polaków

Jeśli jednak dosłownie przyjmować wypowiedzi Putina o granicach Rosji z XVIII wieku (które tak skrupulatnie przebadał Iłłarionow), to okaże się, że na południu, gdzie są państwa zakaukaskie, sytuacja wygląda dziwnie. W owym czasie bowiem rosyjska granica biegła daleko na północ od Kaukazu, poza nią znajdowały się wszystkie obecne autonomiczne republiki, np. Inguszetia, Kabardyno-Bałkaria, znaczna część Czeczenii czy Dagestanu. Nie ma więc mowy o obejmowaniu Gruzji, Armenii czy Azerbejdżanu.

Nawet jednak „trzecia rosyjska stolica", czyli Soczi, w którym tak lubi przebywać Władimir Putin, oraz jego pałac pod Gelendżykiem (wykryty przez Fundację Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego) znajdą się poza jej granicami. Podobne zamieszanie jest na wschodzie, czyli na Syberii. Dlatego można założyć (chyba słusznie), że Putin zamierza przyłączać, ale już nie zamierza niczego nikomu oddawać.

Wróćmy jednak do wewnętrznej organizacji imperium. Poza domysłami mamy wypowiedzi innych poza Putinem polityków rosyjskich. Ci zaś rysują nie tylko trochę inne granice, ale i inną naturę państwa. Na przykład Władimir Żyrinowski co jakiś czas powtarza, że należy przyłączyć północny Kazachstan wprost do Rosji, bo to „pradawna ziemia ruska". Podobnie wypowiadali się inni (głównie o Ukrainie), domagając się aneksji nowych ziem, a nie jakichś form pośrednich w postaci związków czy konfederacji.

Takie żądania jednak napotkały opór w środowisku dawnych kagiebistów, a jest to bez wątpienia grupa nie tylko najbliższa sercu prezydenta, ale i rządząca dziś Rosją. Jeden z (chyba) byłych oficerów współczesnego rosyjskiego kontrwywiadu FSB, a także były „premier Doniecka", obecnie deputowany Dumy Aleksander Borodaj twierdzi, że nie można wszystkiego anektować. – Nie sądzę, by ten problem pozostawał aktualny. Obecna sytuacja demograficzna nie pozwala, byśmy mogli sobie włączać różne „prowincje", dlatego, że ciężko byłoby utrzymać w nich narodową tożsamość – powiedział. A chodziło mu o to, że Rosjanie szybko wymierają i włączanie nowych terytoriów do obecnego państwa mogłoby doprowadzić do tego, że Rosjanie znaleźliby się w mniejszości. W ten sposób wyraźnie ukazał różnicę między budową imperium (otoczonego wianuszkiem wasali) a rozszerzaniem władztwa Rosji jako państwa etnicznego.

Borodaj odpowiadał swemu „staremu towarzyszowi", wiceprzewodniczącemu Dumy i szefowi rosyjskiej delegacji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy Piotrowi Tołstojowi. A ten z kolei proponował odbudowanie bardziej solidnego imperium niż tylko do granic XVIII-wiecznej Rosji, bo i z Wielkim Księstwem Finlandzkim, Królestwem Polskim, państwami Azji Środkowej. Po pewnym czasie sam zrezygnował z państw bałtyckich i Finlandii, mówiąc: – Jak odbudujemy imperium, sami przypełzną.

Niezależnie od wyboru idei imperium (nacjonalistyczne versus uniwersalne), jak się wydaje, z nas również zrezygnowano, ale tylko dlatego, że przygotowano nam „drugi krąg piekła".

Czytaj więcej

Wojowniczka Nadia Sawczenko

Bałkany czy tylko Karpaty

W ultimatum przedstawionym w grudniu NATO Putin domagał się wycofania wojsk i infrastruktury sojuszu atlantyckiego do Odry. Natychmiast stworzyłoby to „szarą strefę bezpieczeństwa" – od granic Rosji (czy może już Imperium Putinum) do zachodniej granicy Polski. Co oczywiście oznacza, w warunkach prącej do przodu i agresywnej Rosji, że na tym terenie powstałaby wymarzona przez Putina „strefa wpływów". No i my znaleźlibyśmy się w niej wraz z innymi państwami Europy Środkowej. Niektórzy politolodzy, jak choćby Dmitrij Trienin, uważają, że utworzenie takiej „strefy" jest już obecnie „kierunkiem oficjalnej polityki rosyjskiej".

Inni ostrzegają, że apetyt Putin ma nielichy, gdyż chciałby objąć swym patronatem również państwa byłej Jugosławii, które 70 lat temu pod wodzą Josipa Broza-Tito nawet Stalinowi stawiły zwycięski opór. – My nic nie mamy do Chorwacji, ale na przykład nie chcemy, by na Słowacji stacjonowali Amerykanie – mówił mi niedawno związany z Kremlem politolog Siergiej Markow, zawężając putinowską irredentę do terenów po obu stronach Karpat.

Zabawną zagadką jest, co Putin w ostateczności miałby zamiar zrobić z utraconą zdobyczą Józefa Stalina, czyli NRD. Pozostawić bezwarunkowo w granicach Niemiec, czy może również obłożyć jakimiś żądaniami? I co w takim razie z Berlinem, którego w całości nawet Stalin nie opanował. Na razie prezydent nic na ten temat nie mówi, a i Niemcy się nie dopytują.

Pozostaje problem (jeśli można to nazwać problemem), po co w ogóle przywódca Rosji prowadzi politykę odbudowania imperium. Przy czym sam temu oczywiście zaprzecza – ostatnio 22 lutego na spotkaniu z prezydentem Azerbejdżanu, mówiąc, że „nikt nie zamierza tego robić" – jak przystało na dobrze wyszkolonego byłego oficera KGB. Zdradza go jednak cały czas zachwyt, z jakim otoczenie bliższe i dalsze przyjmuje jego posunięcia. – Choć on tego nie deklaruje, nie znam jego osobistych poglądów, to w zasadzie jakby odbudowuje imperium (...). Czas już zdjąć piętno z pojęcia imperium i zdawać sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy – mówił latem 2021 roku słynny rosyjski reżyser Karen Szachnazarow, domagając się uznania dla prezydenta.

Imperium można budować z różnych przyczyn. Władisław Surkow, były rosyjski urzędnik, który był m.in. zarządcą okupowanego przez Rosję Donbasu, uważa, że Rosja jest skazana na ekspansję, gdyż inaczej rozerwie ją eksplozja od środka. Skumulowane niezadowolenie społeczne, którego nie można rozładować z powodu kiepskiej jakości zarządzania, musi zostać skierowane na podboje zewnętrzne. Przy czym twierdzi on, że rosyjska elita sprawująca władzę ani nie umiała, ani nie umie niczego innego robić, jak tylko rozszerzać granice swych włości. Zabawne, bo podobne stwierdzenie wypowiedziane ponad sto lat temu przez profesora historii Pawła Milutina (przyszłego ministra spraw zagranicznych rządu tymczasowego) zaprowadziło go na zesłanie. Co prawda tylko z Moskwy do Tuły. Ale Milutin potępiał te obyczaje rządców swego kraju, gdy tymczasem Surkowowi bardzo się one podobają.

Inaczej wytłumaczył intencje Putina jego kolega po fachu ze Stanów Zjednoczonych. Jeden z byłych agentów CIA, wśród których portal Yahoo News prowadził ankietę o polityce rosyjskiego prezydenta, Ronald Marks („posiada doświadczenie z pracy w Rosji"). Amerykanin porównał Putina z cesarzem Bizancjum Justynianem (rządził w VI wieku). – Mimo upadku Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie Justynian miał wciąż w pamięci czasy świetności i po ponad stu latach ruszył do odbijania jego terenów – powiedział. Podobnie widzi Putina część zachodnich i rosyjskich ekspertów, stawiając na irracjonalne pobudki jego działalności, czy to z powodu tęsknoty do imperium Stalina czy imperium Romanowów.

Imperium na stulecie

O dziwo, racjonalizm w jego działaniu odnaleźli Ukraińcy. Część kijowskich ekonomistów uważa bowiem, że Putin przejęty jest ideą amerykańskiego laureata Nagrody Nobla Paula Krugmana. Jeden z wniosków wysnuwanych z „nowej geografii ekonomicznej" Amerykanina jest taki, że „optymalnym dla wytwórczości towarów i usług jest terytorium z ludnością 250–300 mln osób". Dla Rosji oznaczałoby to, że „gdyby miała liczbę ludności na poziomie byłego ZSRS, to jest rzędu 280 milionów, mogłaby być ekonomicznie efektywna, nawet nie integrując się ze światowym porządkiem gospodarczym" – tak z kolei sądzi jeden z moskiewskich ekonomistów.

Perspektywa rzucenia wyzwania „amerykańskiemu porządkowi świata" musi być bardzo kusząca dla byłego oficera KGB wychowanego w nienawiści/niechęci/nieufności do USA (choć w swej nonsensowności zupełnie irracjonalna). To by też tłumaczyło nie tylko jego obsesję imperium, ale i obsesję demografii. Prawie przy każdej okazji Putin bowiem mówi, że w Rosji powinno być więcej mieszkańców, albo żali się, że jest ich za mało. Z drugiej strony – skąd wziąć odpowiednią liczbę ludzi w kraju z rosnącą śmiertelnością (z różnych przyczyn) i chroniczną biedą wielu obywateli.

Wyjście jest jedno – przynajmniej dla Putina – budowa imperium. Ponieważ Rosja nie jest zbyt kusząca ekonomicznie (wyjątek stanowią koncerny drenujące jej bogactwa naturalne), a jej gospodarcze inicjatywy integracyjne dla byłych państw sowieckich rozłażą się w szwach. Jednak są jeszcze bagnety, a jak nauczał Włodzimierz Lenin, „wojna to kontynuacja polityki tylko innymi środkami".

Amerykański polityk Kurt Volker (były specjalny wysłannik prezydenta USA ds. Ukrainy) uważa, że czas obecnie przyspiesza, a rok 2022 będzie decydujący. Jego zdaniem w stulecie utworzenia ZSRS Putin zamierza odbudować rosyjskie imperium, w jego skład wejdzie Białoruś, część Ukrainy (Krym i Donbas), północny Kazachstan, część Gruzji i część Mołdawii. Amerykanin najwyraźniej skłania się ku irracjonalnym wytłumaczeniom działań Putina i wizji „etnicznego imperium", czyli Rosji, do której zostaną dołączone tylko tereny zamieszkałe przez Rosjan (albo za takie uznaje je Kreml, odmawiając żyjącym tam ludziom etnicznej odrębności, na przykład Białorusi). Taki obrót spraw usunąłby problem zmarginalizowania Rosjan w samej Rosji przez mniejszości, ale nie dałby w żadnym wypadku pożądanych 250 mln mieszkańców, by rzucić wreszcie wyzwanie Ameryce.

„Rosja nie ma żadnych granic; w Rosji jest tylko horyzont" – śpiewa Igor Rasteniew z Petersburga, rodzinnego miasta Putina.

Czytaj więcej

Medialny blitzkrieg Putina

Gdzie kończą się granice Rosji?

– Granice Rosji kończą się na Cieśninie Beringa z USA...

Pozostało 99% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
Jakub Ekier: Zabójcy z ust do ust
Plus Minus
„Bad Boys: Ride or Die”: Chłopaki już tak mają
Plus Minus
Pamięć jest najważniejsza
Plus Minus
Prowincjusz i rewolucja w filozofii
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Plus Minus
Irena Lasota: Rozbiór Rosji