Spalona trybuna honorowa dla działaczy PZPR; wojska ściągane do miasta z całej Polski; ciągłe bitwy na ulicach, skwerach, skrzyżowaniach; antyreżimowe napisy na murach; tajne drukarnie produkujące dzień i noc zakazaną bibułę; setki mieszkań, w których latami ukrywają się tacy działacze podziemia, jak Kornel Morawiecki, Władysław Frasyniuk czy Adam Lipiński; tysiące ludzi zaangażowanych w pomoc dla nich, organizujących skrzynki kontaktowe czy kanały przerzutowe. Oto Wrocław, jedno z najbardziej bojowych – jeśli w ogóle nie najbardziej bojowe – miast w Polsce w ciemnych latach stanu wojennego.

Festung Breslau

Festung Breslau – nazwę pochodzącą z czasów II wojny światowej nadali Wrocławiowi Niemcy, ale w latach 80. nabrała ona zupełnie innego wymiaru. Festung, czyli „twierdza", zaczęło oznaczać miasto, którego komuniści w żaden sposób nie mogą zdobyć, bo jego mieszkańcy czują się wolni.

Nie przez przypadek przecież to tu Solidarność Walcząca organizowała swoje spektakularne demonstracje. Działacze dolnośląskiej Solidarności tuż przed wybuchem stanu wojennego wsławili się akcją, w czasie której odebrali PRL-owskiemu reżimowi 80 milionów złotych (majątek związku zdeponowany w banku), by przeznaczyć je na działalność opozycji. NZS wywoływało strajki i protesty na uczelniach, Pomarańczowa Alternatywa kpiła z systemu na ulicznych happeningach. A były jeszcze: Studencki Komitet Solidarności, Akademicki Ruch Oporu, lewicowe PPS-RD i wiele innych grup.

No i zwykli mieszkańcy. Ci, którzy uczestniczyli w manifestacjach, ci, którzy wpierali protestujących (np. chowając uciekających z zadym chłopaków i dziewczyny), i ci, którzy po prostu trzymali język za zębami, gdy wiedzieli, że u znajomych ukrywa się jakiś działacz podziemia albo sąsiad chowa pod łóżkiem kilogramy bibuły.

Nie ma się więc co dziwić, że gdy komunizm wreszcie upadł, wielu działaczy wrocławskiego podziemia wkroczyło na scenę polityczną wolnej Polski i zajęło na niej znaczące miejsce.

Przypomnijmy losy niektórych z nich.

Kryminał albo emigracja

Kryminał albo emigracja – tak swoją przyszłość wyobrażał sobie student wrocławskiej Akademii Ekonomicznej Adam Lipiński.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Budujemy miasto"

Samorządy i deweloperzy są skazani na współpracę przy realizacji inwestycji

OGLĄDAJ RELACJĘ

Jako dzieciak z Legnicy z bliska obserwował bazy sowieckich żołnierzy i nasiąkał naturalną niechęcią do nich, choć w domu nikt o opozycji mu nie opowiadał. O jej istnieniu dowiedział się z Radia Wolna Europa. A w 1977 roku w ręce 21-latka wpadło podziemne pisemko, właściwie ulotka, „Podaj dalej". Na dole strony podany był kontakt do człowieka, który nie krył się z antykomunistyczną działalnością. To Leszek Budrewicz, członek Studenckiego Komitetu Solidarności, organizacji działającej przede wszystkim w Krakowie i we Wrocławiu. Młody Lipiński nawet się nie zastanawiał. Zaczytany w pismach socjologicznych i filozoficznych, studiujący na mocno zideologizowanej Akademii Ekonomicznej, szukał kontaktu ze światem wolnej myśli. Środowisko, w którym się wtedy obracał, do takich nie należało. Studentów i pracowników AE szybko pozyskiwała partia komunistyczna oferująca swoim członkom i sympatykom atrakcyjne stypendia oraz możliwość kariery w państwowych firmach i aparacie władzy. Wokół siebie Lipiński widział marazm. A chodzenie na układy i kolaboracja mierziły go.

Z bijącym sercem zapukał do drzwi Budrewicza. Ten najpierw pokazał mu, gdzie stoją esbecy obserwujący non stop jego mieszkanie. Wtedy Lipiński zrozumiał, że jeśli zdecyduje się wejść w tę robotę, czekają go częste kontakty z milicją i tajnymi służbami, czyli przyszłość w wersji „kryminał".

Szybko wszedł w działalność SKS. Został oficjalnym rzecznikiem organizacji na swojej uczelni, werbował nowych działaczy, organizował kolportaż bibuły i niezależne seminarium ekonomiczne. To wtedy poznał m.in. koleżankę z uczelni Aleksandrę Natalii, późniejszą posłankę PiS, która w 2010 roku zginęła w katastrofie smoleńskiej, oraz działacza krakowskiego SKS Bronisława Wildsteina. W latach 70. tłumów w opozycji nie było. Z Lipińskim współpracowało kilkanaście osób – na kilka tysięcy studentów akademii.

Lipiński pielgrzymował po akademikach. Chodził od pokoju od pokoju, oferował bibułę i informacje o działalności pozycji. Reakcje były różne – od entuzjazmu, życzliwości, przez obawę, strach, obojętność, po wrogość i wołanie milicji. Na tę jego aktywność uczelnia zareagowała błyskawicznie – najpierw była komisja dyscyplinarna, potem wyrzucenie z akademika. Pozwolono mu jednak dokończyć studia. Był na ostatnim roku i władze AE wolały wypchnąć go poza mury uczelni niż rozkręcać aferę polityczną i ściągać na siebie dodatkowe kłopoty.

Po studiach Lipiński znów znalazł się w Legnicy. Zatrudnili go w zakładach odzieżowych „Hanka" – to miało być zesłanie i odcięcie go od kontaktów z wrocławską opozycją. Nie udało się. Lipiński w każdą niedzielę jeździł do Wrocławia. Zajmował się produkcją i kolportażem bibuły. W Legnicy został rzecznikiem Komitetu Samoobrony Społecznej. Ponieważ władze uznały, że roznosi ideową zarazę w mieście, przeniesiono go najpierw do Banku Gospodarki Żywnościowej we Wrocławiu, a potem do Banku Spółdzielczego w Świętej Katarzynie.

A tam dopadła go nieoczekiwana sława. Pewnego dnia milicyjnym wozem przyjechała po niego grupa esbeków i na oczach ludzi czekających na przystanku autobusowym manifestacyjnie wyprowadzili go z banku. Historia stała się głośna w miasteczku. Dwa dni w więzieniu było niską ceną za popularność, jaką zdobył. A było to jeszcze przed Sierpniem '80.

Po wybuchu strajków sierpniowych Lipiński włączył się w działalność tworzącego się wolnego związku zawodowego. Krzysztof Turkowski, wiceprzewodniczący NSZZ Solidarność na Dolnym Śląsku, zaproponował mu, by zorganizował wydawnictwo regionalnej Solidarności. I tak Lipiński zaczął kierować Oficyną Wydawnicza „Solidarność" Zarządu Regionu Dolny Śląsk. Z etapu prymitywnego druku na ramkach w podziemiu przeszedł na w miarę nowoczesne, oficjalnie działające maszyny drukarskie i pracę wydawniczą na naprawdę dużą skalę.

Wydawał i związkowe gazety, i ambitną literaturę. Pierwsza książką, którą opublikował, był zbiór opowiadań Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Skrzydła ołtarza". Drukując, redagując i organizując pracę wydawniczą, przeżył 16 miesięcy karnawału Solidarności.

Wyłaniające się z mgły dwa bagnety – to był pierwszy widok, jaki Lipiński zobaczył 13 grudnia 1981 roku, wychodząc na dworzec w Lubinie. Do domu nie mógł wrócić, wylądował więc u kolegi. Rano spotkał się z dwoma innymi kolegami. Jeden z nich okaże się potem konfidentem, a drugi popełni samobójstwo.

Po kilku dniach Lipiński wrócił do Wrocławia i założył Akademicki Ruch Oporu. ARO działał od grudnia 1981 do czerwca 1982, kiedy rozeszły się drogi Kornela Morawieckiego i Władysława Frasyniuka. Ten ostatni poprosił Lipińskiego, by zbudował sieć poligraficzną dla podziemnego Regionalnego Komitetu Strajkowego. ARO został wchłonięty przez nową strukturę, a Lipiński został jej szefem. Pół roku później wpadł Frasyniuk, Lipiński zorganizował kolejną strukturę: Ruch Społeczny Solidarności.

W podziemiu założył miesięcznik „Konkret," „Przegląd Myśli Niezależnej", „Nową Republikę", wydawnictwo Kret. Przez dwa i pół roku się ukrywał. Nocował w ponad dwudziestu mieszkaniach, pomagała mu sieć łączników, korzystał ze stałego wsparcia sporej grupy ludzi, którzy zachowując zasady najwyższej konspiracji, chronili go i umożliwiali działalność. Ale to było uciążliwe i kosztowne, kiedy więc władze ogłosiły amnestię, postanowił się ujawnić. Ale działał dalej. Organizował druk i kolportaż. Aż do upadku komuny, kiedy założył Stowarzyszenie Centrum Demokratyczne. Jako jego szef nawiązał kontakt z Jarosławem Kaczyńskim i dalej już razem budowali Porozumienie Centrum.

Radykalizm w genach

Grzegorz Schetyna do opozycji trafił kilka lat później niż Lipiński, ale jest od niego kilka lat młodszy.

Patriotyzmem i antykomunizmem nasiąkał już w rodzinnym domu. Jego tata jako żołnierz Okręgu Lwowskiego Armii Krajowej wykonywał wyroki na zdrajcach. U Schetynów słuchało się Wolnej Europy. Kiedy Grzegorz miał osiem lat, rodzice zabrali go do Warszawy na rocznicę Powstania Warszawskiego. Kiedy miał lat 12, pojechał pod Monte Cassino. Potem odwiedzał jeszcze Lwów i Cmentarz Łyczakowski.

W okresie karnawału Solidarności jego starszy brat Janusz prowadził Wszechnicę Książkową. Kiedy wybuchł stan wojenny, brat razem z żoną trafili do obozu internowania, a ich dziecko zostało samo. Grzegorz nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Przeżył szok.

W 1981 roku zaczął studia na Uniwersytecie Wrocławskim i od razu zaangażował się w działalność Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Kiedy strajkowali studenci Wyższej Szkoły Inżynieryjnej w Radomiu – poszedł na strajk solidarnościowy na Uniwersytecie Wrocławskim. Po jednej z demonstracji złapała go milicja i spędził noc na dołku. Od tego momentu nie miał już właściwie innego wyjścia, jak tylko zaangażować się w opozycję. Zaczął od najbardziej radykalnej organizacji – Solidarności Walczącej.

W 1983 roku miał 21 lat. Zaproszono go na tajne spotkanie, na którym zobaczył żywą legendę Wrocławia – ukrywającego się od dwóch lat przywódcę Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego. I na tym spotkaniu Kornel pyta młodego chłopaka, co sądzi o sytuacji politycznej, co powinni robić i co on sam może zrobić dla organizacji. Schetyna był pod wrażeniem. Już sam fakt, że mógł porozmawiać z szefem organizacji, a ten był ciekaw jego poglądów i traktował go jak partnera, było dla niego niezwykłym doznaniem. Poczuł się dowartościowany i jeszcze silniej wciągnął się w działalność podziemia.

Zajął się kontaktami między Wrocławiem a innymi miastami – Katowicami, Gdańskiem, Poznaniem, Warszawą. Organizował i ochraniał tzw. spotkania miast. Przez jakiś czas zajmował się koordynacją.

Na te ściśle tajne spotkania przyjeżdżali ukrywający się działacze: Andrzej Kołodziej z Gdańska, Maciej Frankiewicz z Poznania, Antoni Kopaczewski z Rzeszowa czy Jadwiga Chmielowska z Katowic. W każdym spotkaniu uczestniczyło zwykle osiem–dziesięć osób. Wszyscy byli zakonspirowani. Każdy mógł być śledzony. Gdyby doszło do wpadki, byłby to ogromny cios dla organizacji. Aresztowano by całą czołówkę SW.

Najpierw trzeba więc było zabezpieczyć im dojazd do Wrocławia: ustalić, kto na jakiej stacji wysiada, jak jest ubrany, kto go odbierze, jakie są hasła, adresy, lokale kontrolne. Każdego trzeba było przepuścić przez kilka tzw. śluz, czyli mieszkań, w których się sprawdzało, czy obiekt nie jest śledzony. Wokół każdej śluzy działał nasłuch SW, który kontrolował, czy wokół nie kręcą się agenci SB.

Doprowadzenie do spotkania jednej tylko osoby wiązało się z ogromnym ryzykiem – Kornel Morawiecki był wtedy najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Polsce. A organizacja spotkania całej grupy wymagała pracy kilkunastu osób, dużej ilości sprzętu i bardzo precyzyjnego planu.

Potem Schetyna pomagał budować struktury SW w Poznaniu. Tam poznał Rafała Grupińskiego. Regularnie woził do niego torby z bibułą i nocował u niego. Ale nie tylko – przez dwa lata Grupiński wykorzystywał go do nagrywania audycji Radia Solidarności Walczącej. Potrzebował głosu, który byłby nieznany miejscowym esbekom, i Schetyna spadł mu jak z nieba. Razem prowadzili też szkolenia dla drukarzy.

Dziś Schetyna mówi, że Solidarność Walcząca dała mu dobrą szkołę: uczył się w niej odpowiedzialności za innych. Wiedział, że jest częścią ekipy, że jego niestaranność czy nonszalancja mogą sprawić wiele problemów innym. Nauczył się być konsekwentnym, zorganizowanym, przewidywać scenariusze rozwoju wypadków.

W połowie lat 80. zaczął odtwarzać podziemne struktury Niezależnego Zrzeszenia Studentów. W NZS działał aż do Okrągłego Stołu, którego wcale nie był entuzjastą. We Wrocławiu wspominają jedno spotkanie z Lechem Wałęsą w 1989 roku. Schetyna był jedną z dwóch, trzech osób, które zadawały historycznemu przywódcy „S" trudne pytania, a przy rytualnym pytaniu Wałęsy „kto mnie popiera", podniósł rękę przeciw.

Opozycjonista od dziecka

Lipiński antykomunizmu uczył się z Wolnej Europy, Schetyna z tradycji rodzinnej, ale nikt chyba nie zaczął działalności opozycyjnej tak wcześnie jak Mateusz Morawiecki.

Pewnie dlatego, że nie miał wyjścia. Już jako dziecko przysłuchiwał się rozmowom ojca, Kornela Morawieckiego, z kolegami w domku w Pęgowie, gdzie zbierali się antykomuniści. W trzeciej klasie podstawówki nie poszedł na pochód 1-majowy. Rodzice mu zakazali. Wtedy spotkały go pierwsze represje. Razem z kolegą zostali postawieni przed klasą i pokazani jako ci, którzy nie rozumieją idei 1 maja. A potem za karę Mateusz musiał rysować dużo szlaczków z zeszycie, czego nie cierpiał.

Jako 11-latek z wujkami drukował bibułę w podwrocławskim Wilczynie. Był to dom na wsi, odległy od następnego o jakieś 200 metrów. Jego właścicielem był Roland Winczorek, dawny żołnierz AK i NSZ. W drugiej połowie lat 70. powstała tam tajna drukarnia.

Wtedy jeszcze Mateusz traktował to wszystko, co się wokół niego dzieje, jak przygodę, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi. Ale wiedział jedno – nie może o tym nikomu mówić. Musi zachowywać zasady konspiracji i musi być lojalny.

Kiedy miał 12 lat, już w pełni świadomie, wraz z kolegami zorganizował na 1 maja 1980 roku akcję zrywania czerwonych flag. Na placu Bema, placu Jedności Narodowej we Wrocławiu zerwali i połamali drzewce kilkudziesięciu sztandarów. Karnawał Solidarności przeżył we Wrocławiu, mieście odkomunizowanym i tętniącym wolnością.

13 grudnia 1981 roku o czwartej rano obudził go łomot do drzwi. Oddział zomowców z wrzaskiem wpadł do mieszkania Morawieckich. Oślepiło go ostre światło latarek. Zomowcy wrzeszczeli: „Gdzie jest ojciec?!", zaglądali pod kołdrę, pod którą spały dzieci i ich mama. Przerażona pani Morawiecka krzyczała: „Zostawcie nas!". 14-letni chłopiec musiał zachowywać się dzielnie. Ojciec się ukrywał, a on został jedynym mężczyzną w rodzinie. Odtąd zomowcy odwiedzali ich regularnie. Rewizje powtarzały się nawet co kilka dni. W sumie było ich kilkadziesiąt w ciągu roku.

Mateusz dorastał ze strachem o ojca, ale z czasem sam stał się obiektem inwigilacji. Często zabierali go – wciąż jeszcze chłopca – na przesłuchania. W siedzibie SB na Łąkowej był kilkanaście razy. Za każdym razem przez co najmniej pięć godzin. Esbecy próbowali go zastraszyć, ale chłopak był dobrze przeszkolony w zasadach opozycyjnego BHP i wiedział, że jedyna dozwolona odpowiedź brzmi: „nie wiem", „odmawiam odpowiedzi".

„Pamiętaj, gówniarzu, że twoją młodszą siostrę mogą zgwałcić nieznani sprawcy!" – słyszał. Kiedyś przez wiele godzin ubek wrzeszczał do niego: „Siadaj!". „Wstawaj!". „Siadaj". „Wstawaj". Czasami okładali go pięściami. W 1982 roku po jednej z demonstracji zomowcy pobili go tak, że ślady zostały mu na wiele tygodni.

Pewnego dnia esbek zasiadający za wielkim biurkiem położył na stole pistolet. „Mogę cię zabić, skurwysynu, jak nie zaczniesz gadać, jak możemy dotrzeć do ojca". Chłopak był przerażony, ale pary z gęby nie puścił. W 1986 roku zgarnięto go z ulicy do samochodu. Jak zwykle tajniacy dopytywali o kontakty z ojcem. Nagle samochód skręcił w nieznanym mu kierunku. „Jedziemy za miasto. Do lasu" – usłyszał. Podjechali do lasu, esbecy kazali mu wysiąść z samochodu. A było to już po zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki. Mateuszowi zrobiło się zimno. Przez głowę przemknęły mu najczarniejsze myśli. Na szczęście skończyło się na kopniaku w tyłek i strachu. Zostawili go samego w lesie.

Rok później, kiedy jego ojciec wpadł i siedział w więzieniu, Mateusz wspiął się na rusztowanie budynku przy placu Kościuszki i zawiesił transparent „Uwolnić Kornela". Jeszcze na górze dopadło go trzech esbeków. Jeden wrzasnął: „Zaraz dostaniesz kopa, potkniesz się, zlecisz na dół i zostanie plama!". Nie spełnił gróźb, ale skuł go i zawiózł na Łąkową. Mateusz został w pokoju sam z trzema tajniakami. Pierwszy cios dostał w brzuch. Potem w splot słoneczny. I tak przez pół godziny. Bili go pięściami i kopali.

* * *

Dziś Mateusz Morawiecki jest wicepremierem, człowiekiem numer dwa polskiego rządu, odpowiedzialnym za strategię gospodarczą państwa.

Grzegorz Schetyna stoi na czele największej partii opozycyjnej, a do niedawna był wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych w rządzie PO–PSL.

Adam Lipiński jest jednym z najbliższych współpracowników najważniejszego człowieka w państwie, Jarosława Kaczyńskiego oraz ministrem ds. równiego traktowania i społeczeństwa obywatelskiego w Kancelarii Premiera.

Dwie legendy wrocławskiego podziemia: Kornel Morawiecki i Władysław Frasyniuk, w wolnej Polsce nie odegrały być może tak istotnej roli jak w latach stanu wojennego, ale mimo to odcisnęli silne piętno na rzeczywistości politycznej naszego kraju. Frasyniuk był aktywnym politykiem w latach 90., szefem Unii Wolności i Partii Demokratycznej. Kornel Morawiecki zaś, odkąd w 2015 roku został marszałkiem seniorem Sejmu, stał się postacią rozpoznawalną dla większości Polaków, a dla wielu z nich – autorytetem.

Inni działacze wywodzący się z antykomunistycznej opozycji też zaznaczyli się na politycznej scenie: Bogdan Zdrojewski był ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej i eurodeputowanym; Józef Pinior – eurodeputowanym wybranym z list PO; Rafał Dutkiewicz, jeden z najbardziej znanych prezydentów miast, ciągle próbuje flirtów z dużą polityką.

W latach 80. Wrocław był twierdzą „Solidarności". Szkołą patriotyzmu dla wielu ludzi. I choć dziś działają oni pod różnymi politycznymi sztandarami, łączy ich jedno: wszyscy wywodzą się z antykomunistycznej opozycji. Wrocławska szkoła walki o wolność dała im dobrą zaprawę.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95