Magda (mama): Krzyś ma pięć lat. Podoba mi się, że potrafi rozgraniczyć: w domu mówimy po polsku, a w przedszkolu po niemiecku.

Aylin (mama): Zanim Dilek poszła do przedszkola mówiła świetnie po turecku. Ale teraz turecki gdzieś ulatuje. Na pierwszym planie jest niemiecki. Po jej starszej siostrze widać, dokąd to zmierza. Jak powie coś po turecku, jest tragedia. Nikt jej nie rozumie (śmiech). Nie muszę dodawać, że córki rozmawiają między sobą po niemiecku.

Enas (mama): Ojciec mówi do dzieci po arabsku. Ja w obu językach. Farhad ma sześć lat. Mimo że osłuchał się w domu z arabskim, do ostatnich wakacji nic nie umiał powiedzieć. Latem spędziliśmy sześć tygodni w Libanie. I teraz gada jak nakręcony. Oczywiście, ktoś dla kogo arabski jest macierzystym językiem, rozpozna, że Farhad pochodzi z Niemiec. Co tu dużo mówić, jego wymowa jest taka, jak tutejszego dziecka, które nauczyłoby się arabskiego.

Silke (dyrektorka przedszkola): Każda placówka ma swój profil. Przedszkole, którym kieruję, pomaga rozwijać kompetencje językowe. Mamy dzieci różnych narodowości. Niektóre z historią migracyjną sięgającą kilku pokoleń. Inne mieszkają w Niemczech od niedawna. Pokazujemy naszym podopiecznym, że język to źródło radości. Kiedy idziesz do szkoły, masz potem solidny fundament. Niezależnie od tego, czy pociąga cię matematyka, przyroda czy humanistyka.

Magda: Filip jest starszy od Krzysia, ma dziesięć lat. Mówi po polsku, ale gramatykę przenosi z niemieckiego. Czasem wtrąca słowa po niemiecku. Kiedy jedziemy do mojej mamy, babcia krzyczy na niego: mów po polsku! Mnie oczywiście też zależy. Zaprowadziłam go do polskiej szkoły. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu przez trzy godziny. Ale Filip narzekał, że polska szkoła jest nudna. Musiałam go wypisać.

Enas: Fajnie by było, gdyby w berlińskich szkołach dodatkowo uczono arabskiego. Ale mieszkamy w Niemczech. Nie mogę tego oczekiwać. Niedawno czytałam artykuł, że mają być szkoły z arabskim jako językiem obcym. Dla mnie super. Ale rozumiem Niemców, którzy by się oburzali.

Aylin: W szkole mojej starszej córki dodatkowo wykładają turecki. Dwie godziny w tygodniu to niedużo. Nauczyciel jest spokojnym człowiekiem. Chodzi z uczniami na lody, urządza różne gry. Nie wiem, na ile zajęcia są poważne. Nie szkodzi. Ważne, aby dzieci dobrze się na nich czuły. Wtorek i piątek, ostatnia lekcja, to mało atrakcyjna pora. Szczególnie przed weekendem córka niechętnie zostaje dłużej. Co mam zrobić? Zachęcam: skarbie, idź, turecki to fajny język...

Silke: Zwracamy uwagę na możliwe różnice w kompetencji językowej dziecka w języku macierzystym (jeśli nie jest to niemiecki) i w niemieckim. Ale koncentrujemy się na tym ostatnim. Czterolatki, niezależnie skąd pochodzą, poddawane są specjalnym testom z niemieckiego. W ten sposób odpowiednio wcześnie ich braki językowe. To rodzaj zabezpieczenia, aby dzieci nie trafiały do szkoły ze zbyt dużymi brakami.

Magda: Praktycznie nie mówię po niemiecku. Znajomi namawiają, abym uczyła się języka z moimi chłopcami. Ale nie mogę się do niego przekonać, mam blokadę.

Enas: Moi rodzice są inni niż ja. Przepracowali tu 45 lat, ale nie znają niemieckiego. Cokolwiek muszą załatwić, spada na mnie. Chcę nauczyć dzieci, aby same dawały sobie radę ze wszystkim. Każdy musi wiedzieć, jak dbać o siebie. I musi iść do pracy. Nie zniosłabym, gdyby moje dzieci siedziały w domu. Nie tak, jak moja starsza siostra. Do tej pory wisi u rodziców na garnuszku.

Po co do przedszkola?

Enas: Przedszkole jest po to, aby dziecko miało kontakt z innymi. To je uczy przestrzegania zasad. Farhad trafił tu razem ze starszą siostrą. Różnica była wyraźna. Syn zna granice, których nie powinien przekraczać. Córka lubi stawiać na swoim. Była dłużej w domu i mogła sobie na to pozwolić. Im wcześniej do przedszkola, tym lepiej.

Silke: Zwykle w grupach jest 15 dzieci od trzeciego roku życia. Grupy są przemieszane wiekowo. W ten sposób młodsze dzieci uczą się od starszych. Kiedy najmłodsi trafiają do nas ze żłobka, ich kompetencje językowe skokowo rosną. Głównie dlatego, że w ich otoczeniu dużo się mówi. Nie tylko personel, ale i starsze dzieci same z siebie więcej gadają. Rosną też kompetencje społeczne.

Aylin: Mąż ma cały etat, ja trzy czwarte. Chcemy z czystym sumieniem iść do pracy i po południu odbierać córkę z przedszkola. Jako rodzice oczekujemy od placówki tego, z czym ze względu na pracę nie dajemy rady. Przedszkole zastępuje rodzinę. W sumie to smutne. Ale przynajmniej w weekendy oboje nadrabiamy zaległości.

Magda: Jestem samotną mamą. Zależało mi na umieszczeniu dziecka gdzieś niedaleko domu. Udało się. Krzyś jest przyjaznym chłopcem. W przedszkolu dobrze się czuje. Kiedy stąd wychodzi, musi wszystkich wyprzytulać. Lubi przebywać z dziećmi. U innych rodziców widzę, że przy odprowadzaniu do przedszkola jest lament. Na szczęście nie mam takich problemów.

Aylin: Dilek trafiła do przedszkola jak miała trzy i pół roku. W tym wieku mało się stąd wynosi. Ale im bliżej szkoły, tym bardziej chciałabym, aby córka nauczyła się pewnych podstawowych rzeczy. Choćby cyfr czy liter. Co też ważne, dużo ze sobą rozmawiamy. W drodze powrotnej do domu mamy 10–15 minut dla siebie. Potem, jak tata wraca przed ósmą, też pyta, jak było. Fajne jest to, że Dilek widzi w przedszkolu same pozytywy.

Enas: Farhad czasem przychodzi i opowiada, co go denerwuje. Na przykład, że ktoś go zbił. Ja mu na to, masz się bronić. Jestem twoją matką i wiem, co mówię. Ale on nie bardzo chce. Kiedy opiekunowie nie widzieli, co się wydarzyło i nie stają po jego stronie, syn się martwi. Dobra, proponuję, w takim razie porozmawiam z wychowawczynią. Prosi, abym tego nie robiła. Widzę, że czuje przed nią respekt. Szanuję to.

Silke: Pomagamy w samodzielnym działaniu i myśleniu. Dzieci powinny wiedzieć, że każdy problem można rozwiązać na wiele sposobów. Im większa kreatywność, tym łatwiej znaleźć taką formę postępowania, która najbardziej ci odpowiada. Uczymy samodzielności, nie podając gotowych rozwiązań, ale wspierając dziecko, aby samo je znalazło. Tym bardziej, że ludzie różnie się zachowują. Dobrze, aby dziecko potrafiło zasygnalizować, kiedy dane postępowanie nie jest dla niego komfortowe.

Ojczyzna, czyli co?

Silke: Przedszkole nie funkcjonuje w próżni. Jest częścią lokalnej społeczności. Funkcja dyrektorska to rodzaj węzła komunikacyjnego między instytucją prowadzącą, rodzicami, wychowawcami i otoczeniem. Próbujemy je włączyć w codzienność naszej placówki. Na przykład, w okolicy jest dom opieki dla osób starszych. Od czasu do czasu organizujemy spotkania: mieszkańcy ośrodka przychodzą do nas w odwiedziny. W ten sposób dzieci poznają różne strony życia. Mogą się przekonać, że starsi ludzie wciąż mogą być sprawni, ale też są tacy, którzy niedomagają fizycznie, lub jeszcze tacy, którzy są jakby mniej obecni psychicznie. W ośrodku jest kilka alpak. To niezwykle spokojne zwierzęta. Żyją w tamtejszym ogrodzie. Któregoś razu alpaki też przyszły w odwiedziny. Dzieci mogły je karmić, pasły się w naszym ogródku. To przykład otwartości, która buduje więzi z otoczeniem.

Aylin: Urodziłam się w Berlinie. Tu się wychowałam, kształciłam i teraz pracuję. Berlin to moje miasto. Kiedy brat miał 22 lata, wyprowadził się do Bremy. Byliśmy pewni, że wróci. Ale ożenił się i został. Wiadomo, na miłość nic się nie poradzi (śmiech). Kiedy jadę go odwiedzić i zostaję powiedzmy tydzień, zaraz myślę, jak on tu może mieszkać? Tęsknię za Berlinem. Podobnie jest w Turcji. Tam też czuję się obca. Dopiero na miejscu człowiek widzi, jak jest: kiedy mówię po turecku, zaraz ludzie wiedzą, że jesteśmy z Niemiec. I od razu ceny robią się lirę czy dwie wyższe. Zgoda, mamy tam dom. To jest nasz dom. Ale trzy, cztery tygodnie i ogarnia mnie zmęczenie. Korzenie zapuściłam w Berlinie.

Magda: Przyznam szczerze, że jestem tu tylko ze względu na dzieci. Jakby to ode mnie zależało, dawno bym spakowała walizki i wróciła do Polski. Jestem ze Zgorzelca, w sumie niedaleko. Nie chciałam siedzieć z rodzicami i dzieckiem w trzypokojowym mieszkaniu. Koleżanka mnie namówiła: zobaczysz, tu będziesz miała lepiej! Zaoferowała pomoc z papierami. No i zostałam. Dostaję zasiłek, tak zwane Harz IV. Dzieciom jest tu lepiej niż w Polsce. Krzyś chodzi na piłkę, Filip na judo. Urząd płaci, choć część spada na mnie. Niestety, trzeba się poświęcić dla dzieci. Powiem wprost, wybrałam lepszą przyszłość dla synów. W Polsce długo jeszcze nie będzie takich możliwości... Fakt, czasami się męczę. Są chwile, że potrzebuję perfekcyjnego niemieckiego. Ale moje dzieci powoli dorastają. Niebawem mi pomogą.

Enas: Ostatnio ciągle słyszę „muzułmanie", „Arabowie". Obcy ludzie zaczepiają mnie na ulicy: wy czarnogłowi, islamiści, wy terroryści! Kiedyś czekałam na metro. Było krótko po zamachach na redakcję „Charlie Hebdo". Stałam ze szwagierką, która nosi chustę. Podchodzi mężczyzna i mówi: „Jestem Charlie!". A szwagierka mu na to: „I co z tego?" Pewnie myślał, że nie znamy niemieckiego. Czasem ludzie nas prowokują. Ale oczywiście nie wszyscy. Niemcy to mój kraj. W Berlinie się urodziłam. Moje rodzeństwo też. Jesteśmy bardziej niemieccy niż arabscy. Dużo bardziej! Kiedy myślę o Berlinie, nie chcę mówić „Niemcy". Bo Berlin to także ja. Niestety, ostatnio głupio się tu czuję. Że muzułmanka terrorystka. Nie! Prawdziwy muzułmanin nie jest terrorystą. Ale powiedz to komuś, kto i tak nas nienawidzi.

Aylin: Moje dzieci są czwartym pokoleniem rodziny, które mieszka w Berlinie. Trzecim urodzonym w Niemczech. Mąż jest raczej tureckojęzyczny, więc dopinguje dziewczyny. Nie odpuszcza. Nieraz widzę, jak stoją i myślą nad jakimś słowem. No i w końcu zaczynają guglać (śmiech). Tak to jest. Mam nadzieję, że córcie znajdą w Berlinie superszkołę i pracę. Praca za sensowne pieniądze, a jeszcze jeśli człowiek ma coś upatrzonego, co mu się podoba, jest na wagę złota. Kiedyś było łatwiej. Może jak one dorosną, znów się poprawi?

Silke: W przedszkolu podajemy mięso, ryby i dania wegetariańskie. Kucharką jest zresztą pani z Polski. Wieprzowina jest rzadko. Dzieci, które jej nie jedzą, dostają wtedy kurczaka. Mamy dziecko hinduskie, które jest wegetarianinem, kilkoro innych nie je wieprzowiny. Dzieci są przyzwyczajone, bo to nie jest żaden wyjątek. Szybko uczą się, że ludzie są różni. Jeśli jednak temat się pojawi, po prostu rozmawiamy. To nie jest powód wykluczenia.

Enas: Z Libanem nie mamy nic wspólnego. Moi rodzice uciekli z północnej Palestyny do Tyru w 1948 roku. Na początku lat 70. ojciec przyjechał do Berlina. Zanim sprowadził mamę, w Libanie wybuchła wojna. Trzech wujów zamordowali Izraelczycy. Dziadka i ciotkę też. Jeśli ktoś mnie pyta, skąd pochodzę, odpowiadam, że z Palestyny. To są moje korzenie. Nie tracę nadziei, że kiedyś tam wrócimy. Tylko w Palestynie nie jestem obca. To prawda, że nigdy tam nie byłam. Powiem zupełnie szczerze, mieszkanie w izraelskich hotelach, wydawanie u nich pieniędzy, to nie dla mnie. Ale jeśli Palestyna znowu będzie kiedyś nasza, pakuję manatki i wracam. Zgoda, tam mielibyśmy inaczej. Pewnie nie zawsze byłaby woda. Albo prąd z pewnością nie przez cały dzień. Ale ludzie i tak jakoś żyją. Więc dlaczego ja miałabym nie dać rady?

Magda: Dzieci uwielbiają jeździć do babci do Zgorzelca. Ale Berlin jest ich domem. Patrząc na to, jak się wychowywałam, chciałam, żeby lepiej wspominały dzieciństwo niż ja. Mama nie miała dla mnie czasu. Tata też ciągle gdzieś pracował. Jako dziewczynka chciałam tańczyć, ale nie było na to warunków finansowych. No i czasu nie było. Przyznam szczerze, że ja też nie mam na to wszystko czasu. Ale staram się. Z wielu rzeczy rezygnuję. Podam przykład. Niedawno się przeprowadziłam. Poprzednich znajomych usunęłam z mojego życia. Nawet sąsiadów. Polacy są skomplikowani, rozumie pan, co chcę powiedzieć? Ale brakuje mi kontaktów. Słowem, poświęcam się dla dzieci. No i teraz one bardziej czują się berlińczykami niż Polakami. Są Niemcami...

Enas: Farhad oczywiście nie powinien zapominać o korzeniach. Może się go pan zapytać. Wie, że jest Palestyńczykiem. Od małego. Nawet z tym swoim kulawym arabskim.

Aylin: Mam nadzieję, że moim dzieciom będzie łatwiej w życiu niż mnie. Choć mimo wszystko w Berlinie jest dobrze. Ciągle jeszcze jest dobrze.

Rozmowy przeprowadzone w styczniu 2017 roku w przedszkolu miejskiego stowarzyszenia „Kindergaststätten Berlin Süd-West" (KBS-W). Stowarzyszenie zrzesza 37 publicznych placówek w południowo-zachodniej części Berlina. Przedszkola KBS-W są bezpłatne. Rodzice dopłacają wyłącznie do kosztów wyżywienia, miesięcznie w przeliczeniu ok. 100 zł. Imiona dzieci, rodziców i dyrektor placówki zostały zmienione.

Stanisław Strasburger jest pisarzem i menedżerem kultury. Zajmuje się wielokulturowością, pamięcią zbiorową oraz EU-topią. Jest autorem książek „Opętanie. Liban" i „Handlarz wspomnień". Mieszka na przemian w Berlinie, Warszawie i Bejrucie.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95