Dziecko „uratowane" wspólnym wysiłkiem wyroku Trybunału Konstytucyjnego, interpretującego go Ordo Iuris i lekarzy obawiających się, że prokuratura Ziobry tę interpretację podzieli, już nie żyje – organizacjom feministycznym udało się znaleźć szpital, który uznał, że nie jest rolą lekarza torturować kobietę w imię wyższych racji, którymi właściwie nie wiadomo, co miałoby być. Bo w tym konkretnym przypadku dziecko nie było „tylko" ciężko chore, ono po prostu nie miało czaszki i żadnych szans na przeżycie. Utrzymanie ciąży pozwoliłoby co prawda – jak chciał prezes Kaczyński – „by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię", ale wymagałoby to nadzwyczajnego heroizmu matki i niewyobrażalnego cierpienia całej rodziny.

Czytaj więcej

Kataryna: Gdy premier kapituluje

Nie znam sytuacji tej konkretnej kobiety, ale samo czekanie na nieuchronną i szybką śmierć dziecka jest koszmarem tak niewyobrażalnym, że nikt nie powinien się wtrącać w to, jak kobieta będzie ratować siebie przed jego skutkami. Bo w tej konkretnej sytuacji tylko ona była do uratowania i tylko jej życie powinno się liczyć. Na jej szczęście znaleźli się lekarze uznający, że zdrowie psychiczne to też zdrowie. Pozostaje nam czekać na ruch prokuratora, bo to on teraz rozstrzygnie, który ze szpitali postąpił prawidłowo – ten odmawiający ratowania zdrowia matki czy ten ratujący je kosztem nieprzedłużania agonii skazanego przez los na śmierć dziecka.

Nie znam sytuacji tej konkretnej kobiety, ale samo czekanie na nieuchronną i szybką śmierć dziecka jest koszmarem tak niewyobrażalnym, że nikt nie powinien się wtrącać w to, jak kobieta będzie ratować siebie przed jego skutkami. 

„Uratowanie" na kilka dni życia, które życiem nie miało szansy się stać, najwyraźniej zaspokoiło zbawcze ambicje prawicy, bo na podobne zaangażowanie nie może dzisiaj liczyć inne dziecko – czteroletnia dziewczynka, która na polsko-białoruskiej granicy została oddzielona od wypychanych na Białoruś rodziców i została po polskiej stronie. Ją akurat można byłoby uratować, ale w strefie oczyszczonej z aktywistów i lekarzy nikt jej nie będzie szukał. Ten, kto kiedyś znajdzie w lesie zamarznięte ciałko czteroletniego dziecka, które mogłoby żyć, będzie o nim śnił w koszmarach. Nie ma dzisiaj w Polsce gorszej pracy niż pilnowanie nadgranicznych lasów przed dobrymi samarytanami, którzy spieszą zamarzającym w lesie dzieciom na ratunek. Tego się nie robi żołnierzom. Bo żaden koncert „Murem za mundurem" tego im nie wynagrodzi.

Czytaj więcej

Kataryna: Gdzie są granice pięknoduchostwa