Dla obu z zaangażowanych stron debata ta dotyczy kwestii fundamentalnych. Z jednej strony chodzi o fundamentalne prawo do życia i uznanie, że dotyczy ono każdego, kto należy do gatunku ludzkiego, niezależnie od stanu jego zdrowia, wieku czy etapu rozwojowego; z drugiej zwraca się uwagę na fundamentalne znaczenie autonomii człowieka i zawarte w zakazie aborcji ograniczenia wolności osobistej kobiet czy wręcz narzędzie kontroli społecznej. Nie ukrywam, że moim zdaniem argumenty te nie są równej wagi, nie mają identycznego znaczenia, ale mam świadomość, że jeśli na uprawnienia człowieka spoglądać z perspektywy utylitarnej, to ostatecznie trudno uzasadnić tezę, że każdej istocie należącej do gatunku ludzkiego należy się prawo do życia lub że prawo to jest uprawnieniem istotniejszym niż autonomia jednostki.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Darwin w kraju Solidarności

Te dwa stanowiska na długo pozostaną więc sprzeczne, co w części krajów oznacza nie tylko debatę filozoficzną, ale także realny spór prawny. Jeśli uznajemy, że każda istota ludzka ma prawo do życia, to trudno sobie wyobrazić pełną akceptację prawa, które uznaje, że do 24. tygodnia ciąży kobieta ma prawo do aborcji; jeśli dla odmiany ktoś uznaje, że istota w łonie matki nie posiada żadnego statusu moralnego albo jej status jest zdecydowanie niższy niż nawet autonomia matki, to trudno sobie wyobrazić, by zaprzestał działań na rzecz zmiany prawa zakazującego aborcji. Jednolity system moralny naszych zachodnich społeczeństw już nie istnieje i niewiele wskazuje na to, by w najbliższym czasie (a może kiedykolwiek) można go było odbudować. Wiara społeczeństw postoświeceniowych, że „postęp" jest nieunikniony, a pewien model myślenia zaniknie, jest tak samo naiwna, jak wiara części konserwatystów religijnych, że dzięki sprawnej edukacji i prawu da się wyeliminować ze społeczeństwa zwolenników innych modeli życia i myślenia. Obie strony (umownie rzecz ujmując, bo mam świadomość, że w istocie wielu ludzi wcale nie uważa się za stronników żadnej ze stron), pozostaną i będą próbowały realizować swoje postulaty, z których i jedne, i drugie opierają się na pewnych założeniach, a kompromis między tak radykalnie odmiennymi założeniami nie jest – przynajmniej nie na stałe – możliwy.

Jeśli mamy żyć w jednym społeczeństwie – a innego wyjścia nie mamy – musimy nauczyć się używać języka, który nie będzie dodatkowo antagonizował, dzielił, stygmatyzował, wykluczał. I uwaga ta dotyczy obu stron.

Co z tego wynika? Po pierwsze to, że w tym sporze nic nikomu nie jest dane na zawsze. Sąd Najwyższy w USA, by pokazać przykład spoza kontekstu polskiego, właśnie zabiera się do rozważania sprawy Dobbs przeciw Jackson Women's Health Organization. Od tego wyroku zależy, czy uchwalone w 2018 r. w stanie Missisipi prawo zakazujące aborcji po 15. tygodniu ciąży, z wyłączeniem pewnych absolutnie wyjątkowych sytuacji, jest konstytucyjne. Wcześniejsze wyroki Sądu Najwyższego jasno wskazywały, że do momentu, gdy płód może przeżyć poza organizmem matki (mniej więcej 24. tydzień) aborcja jest konstytucyjna, jednak prawnicy reprezentujący stan przekonują, nie bez racji, że linia ta jest nieprecyzyjna, do tego czysto arbitralna, a jej określenie może być powierzone stanom. Jeśli konserwatywny (a większość w nim stanowią właśnie konserwatyści) Sąd Najwyższy uzna ich argumentację, to prawne status quo zostanie zmienione i ruszy lawina zmian. I w Polsce – choć u nas akurat w drugą stronę – gdy zmieni się układ, może być podobnie. To zaś oznacza konieczność pracy nad wzmacnianiem swojego stanowiska.

I po drugie, co też istotne, jeśli mamy żyć w jednym społeczeństwie – a innego wyjścia nie mamy – musimy nauczyć się używać języka, który nie będzie dodatkowo antagonizował, dzielił, stygmatyzował, wykluczał. I uwaga ta dotyczy obu stron.

Czytaj więcej

Tomasz Terlikowski: Lęk przed nieznanym jest naturalny