Janseniści różnych maści co jakiś czas muszą urządzić sobie sesję moralnego oburzenia. I tak stało się przy okazji pewnej imprezy (jubilatowi składam najserdeczniejsze życzenia kolejnych 50 lat życia), na której – poza artystami i dziennikarzami – byli też politycy różnych opcji. I nieźle się razem, w swoim towarzystwie, bawili. Dwa dni później zdjęcia z imprezy ujawnił jeden z tabloidów i zaczął się festiwal moralnych potępień. Jedni byli pełni oburzenia (to jeszcze mogę zrozumieć), że posłowie powinni być wówczas na posiedzeniu Sejmu (tyle że puste ławy sejmowe widzę dość często), inni podkreślali, że oni na imprezy ze „zdrajcami", „sługusami obcych mocarstw", „totalitarystami" czy „autorytarną władzą" (odpowiednie – w zależności od poglądów – wykreślić) nie chodzą i że brzydzą się samą taką możliwością. Nie zabrakło także takich, których napełniło oburzeniem, że politycy i dziennikarze bawili się na tej samej imprezie, bo, jak wiadomo, i jedni, i drudzy nie kończyli tych samych studiów, nie należeli do tych samych organizacji młodzieżowych i zapewne poza kamerą nigdy ze sobą nie rozmawiali...

Normą jest przecież to, że rozmawiamy ze sobą, spotykamy się na imprezach i nawet pijemy razem wódkę z ludźmi o różnych poglądach

Wszystko to niestety uświadamia, że to, co normalne, staje się powoli – za sprawą mediów, grzmiących na siebie i eskalujących emocje polityków, ale i rozgrzanej do czerwoności, podzielonej na wrogie plemiona, także za sprawą specyfiki social mediów, opinii publicznej – czymś niedopuszczalnym. Normą jest przecież to, że rozmawiamy ze sobą, spotykamy się na imprezach i nawet pijemy razem wódkę (ja akurat nie piję, bo zdecydowanie nie lubię) z ludźmi o różnych poglądach, że rozmawiamy, a nawet przyjaźnimy się także z ludźmi, których światopogląd jest nam obcy, niekiedy radykalnie. Obracanie się wyłącznie w swoim środowisku, odrzucenie wszystkich, którzy myślą inaczej, jest nie tylko dowodem ciasności myślenia, ale także preludium groźnych społecznie podziałów, by nie powiedzieć wręcz pewnej formy wojny domowej, którą – i to trzeba przyznać zupełnie otwarcie – inne państwa w swojej dyplomacji i polityce zagranicznej wykorzystają bezlitośnie.

Czytaj więcej

Borys Budka, Sławomir Neumann i Tomasz Siemoniak
Siemoniak i Budka oddali się do dyspozycji Tuska. Neumann straci miejsce na listach

To głębokie przekonanie, że rozmawiać i pić ze sobą nie można, bierze się zaś z moralizmu właśnie, który prowadzi nas do wniosku, że nasza racja nierozłącznie wiąże się z moralnością – jeśli mam rację, to jestem dobrym człowiekiem. W efekcie każdy, kto myśli inaczej niż my, kto ma inny system wartości albo inaczej ocenia rząd czy opozycję, Kościół czy państwo, historię Polski i świata, ten już nawet nie tylko się myli, ale jest po prostu zły, niemoralny. A złych ludzi, a także ich sojuszników, trzeba szukać, demaskować i piętnować, żeby nam się plemię nie rozlazło.

Jeszcze groźniejsze – i to zarówno dla polityków, jak i mediów – jest ujawnienie, że niemała część ze sporów i afer, jaka się rozgrywa na naszych oczach, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. To pewien spektakl, medialno-polityczny show, gdzie wypowiedzi służą nie tyle prezentowaniu opinii czy realnemu zmienianiu świata, ale podkręcaniu emocji elektoratu. Bez nich nie wygrywa się wyborów, ale jeśli politykę sprowadzić wyłącznie do owych emocji, to przestanie być ona sztuką rządzenia państwem. Prawdziwa polityka toczy się – jeśli oczywiście sami uczestnicy owego show w niego nie uwierzą – w ciszy gabinetów, podczas narad i gdy podejmowane są decyzje. A żeby mogły one zapadać, to politycy muszą, a przynajmniej powinni, ze sobą rozmawiać, spotykać się, a i niekiedy lubić. To dość oczywiste. Jeśli owe kanały komunikacji się zerwie, a show pożre politykę, to państwo jest w realnym zagrożeniu.