Pohamował tym samym potrzebę szokowania słuchacza i skierował wokal ku masowemu odbiorcy, ale udowodnił też, że choć polski pop od lat jest trupem, to on praktycznie w pojedynkę wyciąga go z grobu. Dwa single – 50 mln odtworzeń na YouTubie.

Ciągle idzie do przodu. Zaczynał jako gitarzysta garażowego bandu inspirowanego muzyką funky, potem zawładnął refrenami połowy rapowej sceny, dziś przejął pierwsze skrzypce polskiego popu. Album „Fake Love" to zdecydowanie coś więcej niż popowy r&b – dzięki duetowi producenckiemu MIYO to nowoczesny, mocno elektroniczny, popowy miszmasz idealny.

Smolasty jako tekściarz i wokalista właściwie nie ma w kraju konkurencji. Nikt nie ma takiej odwagi, by robić po polsku dokładnie to, co chwyta w Stanach – i to właściwie w skali jeden do jednego. Szlak przetarli mu newschoolowi raperzy, którzy jako pierwsi zaczęli robić nad Wisłą „ameryczkę" – brawurowo łamali kolejne granice muzycznej poprawności, nie przejmując się polskimi realiami. Smolasty przełamał te granice chyba już na dobre.

Na „Fake Love" wszystko kręci się wokół kobiet: klimat, teksty, teledyski. Trudno tylko na poważnie traktować tę płytę jako debiutancką, jak reklamuje ją wydawca – choć rzeczywiście długogrającego solo Smolasty na koncie nie miał, to przecież za poprzednią płytę (krótką, tzw. EP-kę), nominowany był do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku. Pytanie więc, jaką nominację otrzyma tym razem za „udawaną miłość" i uda(wa)ny debiut.

Smolasty, „Fake Love", Warner Music Poland

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95