[b]Rz: Sama poprosiłam cię o tę rozmowę, Jerzy, a teraz trudno mi ją rozpocząć…[/b]

Dlaczego?

[b]Mamy rozmawiać o twoim życiu z ciężką chorobą – od jesieni walczysz z agresywnym rakiem – a my zdrowi nie bardzo potrafimy rozmawiać z chorymi, boimy się, że nie będziemy potrafili tej sytuacji sprostać.[/b]

Mam do swojej choroby stosunek jak najbardziej naturalny. Jeżeli ktoś nie odzywał się do mnie, ponieważ się obawiał, że mnie dotknie swoim zainteresowaniem, była to intuicja jak najbardziej fałszywa. Wsparcie było i jest mi niezbędne jak powietrze.

Kiedy dwa dni po ratującej mi życie operacji odczytałem SMS od żony jednego z moich przyjaciół: „Jurek wracaj szybko do zdrowia i do nas”, poczułem się uskrzydlony. Pisała tak, jakbym zamarudził na rybach, a tu kolacja czeka. Ten zwyczajny SMS dodał mi nadziei, że jeszcze może być w moim życiu normalnie.

[b]Teraz jesteś przed kolejną chemią i wielką niewiadomą, co dalej.[/b]

Moją chorobę rozpoznano w stadium bardzo zaawansowanym, przy którym były już przerzuty. W tej chwili leczone są właśnie one, tymczasem nie można nie tylko zahamować choroby, ale nawet jej spowolnić. Obecny etap terapii polega na tym, że do jeszcze mocniejszej chemii dołączono lek, który nie ma charakteru chemicznego – ten zestaw działa w sposób bardzo inwazyjny i precyzyjny.

[b]Jak to znosisz?[/b]

Skutkiem ubocznym leczenia jest uszkodzona skóra na rękach – pęka do krwi, muszę nosić specjalne rękawiczki, żeby nieustannie się nie urażać.

[b]To niejedyna dolegliwość, z którą się borykasz.[/b]

Mój organizm na zawsze został okaleczony i nie funkcjonuje naturalnie. Teraz muszę na przykład pewne procesy fizjologiczne regulować dużą ilością lekarstw. To oczywiście niewygodne i niezbyt przyjemne, jednak błogosławię te lekarstwa – dzięki nim mogę spokojnie przespać noc i tak przysposobić organizm, żeby w miarę normalnie funkcjonować wśród ludzi. To jest źródło mojego dobrego samopoczucia – jeśli leki zadziałają, mogę być odprężony, a nawet radosny. Choroba nie oduczyła mnie radości.

[b]A czy czegoś cię nauczyła?[/b]

Choroba uczy pokory i bardzo dobitnie pokazuje, jak bardzo zależni jesteśmy od innych. Nie wyobrażam sobie, jak bym funkcjonował, gdybym był człowiekiem samotnym. Odczuć to można w bardzo praktycznym wymiarze. Chory musi dojechać do szpitala na zabieg, a często jest tak osłabiony, że sam nie jest w stanie sobie poradzić. Jesteśmy jednak niesamodzielni również w tym sensie, że potrzebujemy obecności i bliskości drugiego człowieka. Bardzo potrzebujemy, żeby nas ktoś pocieszył, uścisnął, okazał nam swoją solidarność. Tak jesteśmy ukonstytuowani. Trzeba nam, żeby ktoś nas przytulił i powiedział: „Trzymaj się. W razie potrzeby jestem blisko”.

Choroba uczy też proszenia o pomoc, a to bywa bardzo trudne. Świadczenie pomocy jest zdecydowanie bardziej komfortową sytuacją niż jej przyjmowanie.

[b]A ty sam potrafisz przyjmować pomoc?[/b]

Na początku było mi trudno. Nie tylko nie umiałem prosić o pomoc, ale dużym problemem było dla mnie także przyjmowanie tej oferowanej. Krygowałem się, wykręcałem, bagatelizowałem swój stan, swoje osłabienie. Dzisiaj przychodzi mi to już łatwiej. Zwłaszcza że uświadomiono mi – a ja przyswoiłem sobie tę kolejną lekcję – iż otrzymywanego od innych dobra nie musimy zamykać w kręgu naszego stanu posiadania, ale możemy je obficie rozdawać, często już w innej formie. Jeżeli przyjmiemy tę zasadę i zaczniemy ją praktykować, łatwiej nam przyjmować pomoc innych.

Choroba uczy nas też zaufania do innych, choćby do lekarzy. W pewnym momencie muszę przyjąć do wiadomości, że moje życie jest w ich rękach i nie jestem w stanie skontrolować wszystkiego, co się wokół mnie dzieje.

[b]Człowiek chory zdany jest na przyjmowanie pomocy w najbardziej intymnej przestrzeni swojego ciała. Poradziłeś sobie z tym?[/b]

Poradziłem sobie, musiałem sobie poradzić. Bardzo pomogły mi pielęgniarki w szpitalu, były troskliwe i taktowne. Pomagały mi tak długo, jak mój stan tego wymagał, później jednak – za co jestem bardzo wdzięczny – zaczęły się domagać, żebym wstawał, chodził do toalety, sam siebie obsługiwał w zakresie higienicznym, co wcale nie było łatwe. Rzeczywiście, przyjmowanie pomocy w najintymniejszej przestrzeni swojego ciała i fizjologii bardzo dobitnie pokazuje nam, że w pewnym momencie musimy wszystko wypuścić z ręki. To doświadczenie jest bardzo dotkliwe, momentami miażdżące, zwłaszcza kiedy spada na nas nagle, kiedy wydaje się nam, że nic nam nie zagraża, że świetnie panujemy nad sytuacją i swoim życiem. A prawda jest taka, że nie zależymy od samych siebie. Jesteśmy bytem kruchym, ułomnym, przemijającym i choroba z całą mocą uwydatnia i unaocznia nam tę prawdę. Wielokrotnie rozważałem te sprawy na przykładzie tekstów Platona czy stoików. Teraz muszę im stawić czoło w sposób jak najbardziej praktyczny.

[b]Czy filozofia, która jest twoim „zawodem” i pasją, przychodzi ci tutaj z pomocą?[/b]

W sytuacji śmiertelnej choroby, z jaką się obecnie borykam, filozofia okazuje się boleśnie niewystarczająca. W takim momencie najcenniejsza jest realna obecność bliskiego człowieka. Idąc na spotkanie z tobą, odebrałem SMS od córki: „Damy radę, Ojczulku, ze wszystkim damy radę”. A kiedy po operacji wybudziłem się z narkozy, zobaczyłem na szafce obok łóżka piękny kolaż zrobiony przez córkę, a ułożony z różnych sytuacji naszego wspólnego życia zatrzymanych na zdjęciach. Obrazek opatrzony był napisem: „Kochamy Cię, Tatusiu, do zobaczenia jutro”. Błyskawicznie to zrobiła – powycinała ze zdjęć fragmenciki i skomponowała w niezwykłą całość, oprawiła i przyniosła mi do szpitala. Ten widok napełnił mnie radością i nadzieją.

Ofiarna obecność bliskich i przyjaciół, którzy mnie odwiedzają i otaczają, często bardzo konkretną, troską, to wielki dar. Dla mnie bezcenną pomocą jest również wiara – siłę czerpię z mojej osobowej relacji z Bogiem i z Kościołem.

[b]Mówisz o swojej osobowej relacji z Bogiem... Czy nie pytasz Go, dlaczego spadła na ciebie ta straszna choroba, nie masz do Niego o to żalu?[/b]

Ani przez chwilę nie miałem żalu do Boga. Od samego początku, kiedy dowiedziałem się, że mam nowotwór, było dla mnie jasne, że to doświadczenie, które Bóg mi przeznaczył. Nie było żadnego buntu czy pytania: dlaczego ja? Mogę powiedzieć z całkowitą wewnętrzną uczciwością, że od początku byłem pojednany z tym doświadczeniem.

[b]Co to znaczy być pojednanym z taką chorobą?[/b]

Byłem pojednany w tym sensie, że kiedy lekarze powiedzieli mi o rozsianym w moim ciele nowotworze, nie miałem poczucia katastrofy, nie czułem, żeby świat mi się zawalił, rozsypał. Przyjąłem to w absolutnym pokoju. I w taki sposób przeżywam to nadal. Oczywiście, na co dzień przeżywam sytuacje bardzo uciążliwe, niekiedy upokarzające, ponieważ jestem teraz człowiekiem fizycznie upośledzonym i to upośledzenie daje znać o sobie w sposób bardzo dla mnie przykry.

[b]W takich momentach także się nie buntujesz?[/b]

Nie buntuję się, ale czasem czuję się osaczony swoją niesprawnością. Nie trwa to jednak zbyt długo, muszę szybko reagować, doraźnie radzić sobie z okaleczeniem, które jest skutkiem choroby zasadniczej.

[b]A kiedy kolejne chemioterapie nie dają rezultatów?[/b]

Męczą mnie zabiegi chemioterapii. I deprymuje mnie, że pomimo inwazyjnego leczenia nie jest lepiej, wręcz przeciwnie – jest coraz gorzej. Choroba nie tylko nie została zatrzymana, ale nadal się rozwija. Absolutnie na pewno chcę żyć. Jestem bardzo wkorzeniony w życie tu i teraz. Niemniej jest możliwe, a nawet wielce prawdopodobne, że Bóg ma wobec mnie inne plany.

[b]Czy najbliżsi również są pojednani z twoją chorobą?[/b]

Prawdę powiedziawszy: nie wiem. Wiem natomiast, że moja choroba ogromnie nas zjednoczyła. Myślę tutaj nie tylko o mojej żonie i córkach, ale też o swojej siostrze i jej synach. Zawsze byliśmy sobie bliscy, jednak teraz ta bliskość jest wyjątkowa. Niemniej to są dla nas wszystkich bardzo trudne chwile, a jeśli choroby nie da się zahamować, przyjdą jeszcze trudniejsze. To wielkie napięcie żyć u boku człowieka, który jest śmiertelnie chory i któremu nie można w sposób zasadniczy pomóc, czyli sprawić, żeby nie był chory.

[b]Ty i twoi bliscy rozmawiacie o tym otwarcie?[/b]

Rozmawiamy otwarcie, ale też nie poświęcamy tej sprawie przesadnie dużo miejsca. Trzeba zachować jakiś umiar. W gruncie rzeczy tu nic nie jest przesądzone – wszystko się może zdarzyć, bo ta choroba jest nieobliczalna. Jesteśmy zdania, że trzeba w miarę możliwości normalnie żyć. I mnie się zdaje, że tak żyjemy. Każde z nas, nie wyłączając mnie, ma swoje sprawy i obowiązki. W tej chwili tłumaczę książkę, mam nadzieję, że będzie mi dane tłumaczyć następne, które czekają w kolejności. Zobowiązałem się do napisania kilku tekstów. Życie toczy się codziennym trybem. I chwała Bogu.

[b]Nie masz ochoty zarzucić tej codzienności i zająć się sprawami niecodziennymi, wyjątkowymi? Niektórzy tak właśnie robią.[/b]

Moja choroba nie sprawiła, żebym chciał uciec od życia, które dotąd wiodłem. Przeciwnie, pomogła mi raczej je docenić. W miarę możliwości żyję tak jak przed chorobą. Moje obecne życie stanowi ciąg dalszy tamtego. Istotną różnicą są pobyty w szpitalu i brak zajęć ze studentami. Nie kryję, że kiedy jestem na uniwersytecie i widzę młodzież, przeżywam nostalgię za czasem, kiedy uczyłem. Nie mam natomiast gorączkowej potrzeby zajmowania się jakimiś wyszukanymi rzeczami. Czekam niecierpliwie na lato. Chciałbym pojechać w nasze ukochane miejsce nad morze. Chciałbym wybrać się z przyjacielem na ryby.

[ramka][srodtytul]Jerzy Wocial [/srodtytul]

był filozofem, wykładał w Instytucie Filozofii UW. Jako publicysta współpracował z „Rz”, należał do rady redakcyjnej miesięcznika „Więź”; wiele lat działał w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Zmarł 31 maja 2009 r.[/ramka]