[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/haszczynski/2009/10/31/coz-to-za-zycie/]Podyskutuj na blogu z autorem tekstu, który po 10 latach odwiedził bohaterów małej rewolucji[/link][/b][/wyimek]

Uczestników małej rewolucji z 25-tysięcznego Arnstadt, leżącego 250 km na południowy zachód od Berlina, odwiedziłem pierwszy raz w dziesiątą rocznicę ich buntu. Teraz, po kolejnych dziesięciu latach, przyjechałem do Arnstadt, by zobaczyć, co zmieniło się w ich życiu. Ówczesny burmistrz, który do rewolucji przyłączył się, gdy było pewne, że skończy się zwycięstwem, nadal jest burmistrzem i nadal chodzi w eleganckich garniturach. Pani doktor, mimo że ma 75 lat, wciąż prowadzi praktykę lekarską i z zapałem przegląda kolejne akta Stasi. Były lider opozycyjnego Nowego Forum i jego żona nie doczekali się stałego, dobrego zajęcia w zjednoczonych Niemczech. A ten, który porwał ich wszystkich do protestu, jest bezrobotny i pełen niechęci do kapitalizmu.

[srodtytul]Poszukiwany: autor ulotek[/srodtytul]

Pod koniec września 1989 roku służbę bezpieczeństwa w miasteczku rozwścieczyły ulotki, które w nocy pojawiały się na murach. Wzywały „wszystkich obywateli Arnstadt” do udziału w pokojowej demonstracji przeciw „despotycznej polityce komunistycznej partii SED”. Nie były to kopie, każdą napisano oddzielnie. Oprócz apelu o udział w wiecu na Targu Drzewnym (Holzmarkt) w ostatnią sobotę miesiąca na ulotkach był też wiersz.

„Cóż to za życie?/ gdzie prawda staje się kłamstwem / gdzie fałsz berło dzierży/ Cóż to za życie?/ gdzie wolność martwa na świat przychodzi?/ gdzie wszystko wydaje się stracone/ Cóż to za życie? / gdzie starcy rządzą / gdzie ludzie na granicach zdychają”.

Ulotki pisał na pożyczonej od kolegi maszynie Günther Sattler. 24-letni prosty chłopak, syn milicjanta, który w państwie robotników i chłopów szkolił się na ślusarza, kucharza i rzeźnika, a pracował jako palacz i zarabiał tyle, ile kosztowała niezła kurtka. Dusił się w NRD, ale uważał, że musi żyć tu, a nie wyjeżdżać. Nie znał dysydentów, wśród kolegów niewielu było takich, z którymi można było szczerze porozmawiać, co się myśli o władzach. Działał sam. Dlaczego zdecydował się na ulotki? Mówi, że rozrzucali je przecież rewolucjoniści, o tym uczył się na lekcjach o ruchu robotniczym.

Mimo gorączkowych poszukiwań, mimo kontroli maszyn do pisania w całym mieście, mimo wzmożonej aktywności donosicieli – Stasi nie odnalazła autora ulotek. Nie znał go też nikt z ludzi, którzy na jego wezwanie przyszli 30 września 1989 roku na Targ Drzewny. Sattler obserwował protest z okna mieszkania swojego kolegi. Demonstrowało kilkuset ludzi, agenci Stasi szacowali, że od 150 do 300, a jeden z uczestników zanotował w pamiętniku, że 700.

Kilka godzin po demonstracji na Targu Drzewnym w Arnstadt nastąpiło wydarzenie ważne dla całej NRD i RFN, szef zachodnioniemieckiej dyplomacji Hans-Dietrich Genscher ogłosił, że tysiące Niemców ze Wschodu, którzy koczowali w ambasadzie w Pradze, mogą wjechać do RFN. Droga na Zachód była wolna. Ale w samej NRD do obalenia muru było daleko. W Arnstadt odbyło się jeszcze kilka demonstracji, ta z 7 października zakończyła się brutalnym atakiem milicji i aresztowaniami.

Arnstadt, najstarsze miasto w Turyngii, błyszczy teraz fasadami odnowionych kamieniczek w pastelowych kolorach, szczyci się kilkunastoma salonami samochodowymi i nowymi fabrykami światowych koncernów od Alcatela po Boscha i Rolls-Royce’a.

20 lat temu można było marzyć o własnym wartburgu, a Stare Miasto było szare i popadało w ruinę. Tu, jak mówi wielu mieszkańców, spełniła się przepowiednia kanclerza Helmuta Kohla o kwitnących krajobrazach, które miały się pojawić po zjednoczeniu Niemiec w byłej NRD.

Arnstadt jak rzadko które miasto nadaje się do rozważań o tym, co zakwitło, a co zwiędło w Niemczech Wschodnich przez dwie dekady od upadku muru berlińskiego. Mieszkańcy tego prowincjonalnego zakątka zbuntowali się wcześniej od mieszkańców większości dużych miast w NRD. Odważnych było aż kilkuset, w tym kilku zdecydowanych liderów, którzy zakładali opozycyjne Nowe Forum. Główny bohater działał z ukrycia. I do dzisiaj taki pozostał. Stoi z boku i kontestuje rzeczywistość.

Teraz słowa, którymi 20 lat temu wezwał do buntu, znalazły się na pomniku ku czci tamtych wydarzeń w Arnstadt.

[srodtytul]Te same twarze [/srodtytul]

Günther Sattler ma 45 lat, niewiele się zmienił przez ostatnie dziesięć, nadal króciutko ostrzyżony, wysoki, szczupły, trochę posiwiał i rysy mu się wyostrzyły. Sieć barów przekąskowych, imbissów, które zakładał w mieście, padła w 2001 roku. Ostatni był przy dworcu, tam, gdzie wieszał pierwsze ulotki z wierszem „Cóż to za życie?”.

Żyje z zasiłku i z długami. Zaciągnął je, by przygotować miejsce spotkań – dla dzieci z miejscowych szkół, dla znajomych, dla ludzi, którzy po prostu chcą rozmawiać, słuchać piosenek i poezji. Odnowił w tym celu XVIII-wieczny zakład stolarski w pobliskim Plaue, z budynkami z pruskiego muru, w pięknym ogrodzie. To miejsce nazywa się Birkenhof, brzozowy dwór, od brzozy, która rośnie na dziedzińcu. W tym skansenie zebrał stare przedmioty – lampy naftowe, zegary, narzędzia rolnicze, stare zdjęcia, reklamy i szyldy. W lokalnym przewodniku Birkenhof określono jako „muzealny klejnot”. Klejnotu prawie nikt jednak nie ogląda, bo Sattler nie chce i nie umie prowadzić działalności gospodarczej.

Mieszka w Birkenhofie sam. Kobiety odchodzą, gdy pieniądze się kończą, mówi, odpalając papierosa od papierosa. Odeszła jego partnerka, z którą był związany, gdy postanowił się zbuntować przeciwko władzom NRD. Nakryła go, gdy przepisywał na maszynie ulotki, i zrobiła awanturę. „Jak można tak ryzykować” – krzyczała i opuściła go. Po upadku muru berlińskiego wróciła, by po kilkunastu latach znowu odejść. Na dobre. Ich 23-letni syn jest w wojsku. Chce dzięki armii skończyć medycynę i pracować jako lekarz sportowy.

– Nie podoba mi się czysty, drapieżny kapitalizm – to zdanie słyszę od Sattlera i od innych, zawiedzionych bohaterów tamtej rewolucji. On nadal tworzy poezję, w podobnym stylu. „Znowu mógłbym napisać «Cóż to za życie», ale nic by się przez to nie zmieniło, wszystko zostanie po staremu/ Wciąż widzę te same twarze, stały się harde i poważne/ a kłamstwo, złość i rozpacz znowu tu są, w wielu miejscach”.

– Sattlerowi nie powodzi się tak źle, ma dom w Plaue. A długi? No cóż, kto nie ma długów? Nigdy nie jest tak, że wszyscy wygrywają. To tylko przywódca postkomunistycznej Lewicy Gregor Gysi obiecuje na plakatach „Bogactwo dla wszystkich” – mówi burmistrz Hans-Christan Köllmer, który do buntu przyłączył się w ostatniej chwili.

O swojej skłonności do kompromisu mówi bez ogródek: – Zawsze dobrze żyłem. W NRD wstąpiłem do partii agrarnej, satelickiej wobec komunistycznej SED, bo miałem hobby, którego inaczej nie mógłbym realizować. Lubiłem jeździć konno i hodowałem dwa konie wyścigowe. Bez członkostwa w partii nie mógłbym ich mieć.

62-letni Köllmer na uroczystości odsłonięcia pomnika wydarzeń sprzed 20 lat wyróżniał się na tle innych uczestników uroczystości. Opalony, w dwurzędowym garniturze, w okularach w srebrnej oprawce. A reszta w kurtkach, dżinsach. Tak jak dysydenci enerdowscy, tylko trochę bardziej kolorowo.

Burmistrzem jest od 15 lat, i nawet jego przeciwnicy przyznają, że nie utrzymałby się na tym stanowisku tak długo, gdyby nie miał wielkich zasług dla miasta, od renowacji starówki po przyciągnięcie znanych koncernów. Kiedyś był w CDU, ale gdy ta partia nie chciała go wystawić w wyborach na burmistrza, założył swoją – Pro Arnstadt. I wygrywa z nią kolejne wybory.

Politycznie jest, podkreśla, bardzo rozczarowany. Martwi go powrót do władzy ludzi odpowiedzialnych za NRD, potępia współpracę SPD z postkomunistyczną Lewicą. Ale i jemu zarzuca się flirt ze skrajnościami, tyle że z drugiej strony – z nacjonalistami i populistami. Jest fanem Jörga Haidera, zmarłego rok temu przywódcy skrajnej prawicy w Austrii.

– Tak, byliśmy zaprzyjaźnieni – przyznaje burmistrz Köllmer. – Haider odwiedził Arnstadt. Ja odwiedzałem go w Karyntii w jego rezydencji. To był bardzo sympatyczny człowiek. Lewica przesadza z oceną Haidera, czynią z niego diabła. Mamy demokrację, mamy wolność słowa. Nie możemy się cofać do czasów NRD i zabraniać ludziom głoszenia innych poglądów.

[srodtytul]Odtajnieni donosiciele[/srodtytul]

Na uroczystości odsłonięcia pomnika w imieniu rewolucjonistów przemawiała 75-letnia Johanna Voigt, lekarka i działaczka gminy ewangelickiej. W domu, tym samym od czasów NRD, pisma do urzędów wypisuje na starej maszynie do pisania.

Podobnie jak dziesięć lat temu z entuzjazmem wyraża się o zmianach, które zaszły po zjednoczeniu. – Ludzie pozapominali, że nie jadali szparagów, bez których zresztą można żyć. Że stali w kolejkach po owoce cytrusowe. Nie pamiętają, w jakim stanie były ulice, stare budynki, że wszystko się sypało. Zapomnieli, że był nakaz strzelania do ludzi, którzy bez zgody władz chcieli się wyrwać z kraju robotników i chłopów. A teraz wszyscy jeżdżą, dokąd tylko im się zachce – mówi pani doktor, dolewając mi soku domowej roboty z kwiatów czarnego bzu. Sama zwiedziła kawał świata, z Kanadą włącznie.

Z równym zapałem docieka też prawdy o reżimie enerdowskim. Podczas naszego poprzedniego spotkania opowiadała o zawartości pierwszej teczki Stasi, którą dostała z urzędu Gaucka. O donosach jej sąsiada oficera milicji (nadal jest jej sąsiadem i nadal pracuje w zawodzie, tym razem jako policjant) specjalizującego się w spisywaniu rejestracji samochodów, którymi przyjeżdżali do niej goście z Kościoła ewangelickiego na Zachodzie. I o współpracującej z nią przez lata pielęgniarce, której jako jedynej wybaczyła donosy, bo życie ją ciężko dotknęło, została inwalidką.

Teraz Johanna Voigt ma jeszcze więcej dokumentów Stasi, w tym kopię swojej karty osobowej, w której przyznano jej numer 1 42 8060 0908. W formularzu karty osobowej pracownicy bezpieki wpisywali, czy dom obserwowanej osoby ma dodatkowe wyjścia albo czy dzwonek jest tylko przy drzwiach mieszkania czy także przy wejściu do klatki schodowej.

Dopiero rok temu, 19 lat po upadku muru, doczekała się odpowiedzi z urzędu Gaucka w sprawie dla niej szczególnie ważnej – odtajnienia nazwisk donosicieli. Tajnym współpracownikiem Stasi o kobiecym pseudonimie Marie był nobliwy szef ewangelickiej rady parafialnej. Jego ojciec zajmował podobne stanowisko przed wojną i nie dał się złamać narodowym socjalistom, nawet więcej – ratował niepełnosprawne dzieci przed zgładzeniem ich w ramach akcji likwidowania „życia niegodnego życia”. Syn zdecydował się na współpracę z komunistyczną służbą bezpieczeństwa.

Potwierdziły się też podejrzenia dr Voigt dotyczące jej szefa w przychodni. Posługiwał się, z niezrozumiałych dla niej przyczyn, rybim pseudonimem Ukelei (ukleja). – Był ginekologiem. Słabym. Po zjednoczeniu wyjechał z Arnstadt na zawsze na Zachód – mówi Johanna Voigt, którą w pracy szpiegował też kierowca karetki pogotowia posługujący się najprostszym pseudonimem Fahrer (kierowca właśnie).

Nadal tajna jest natomiast lista 19 osób, które podobnie jak Johanna Voigt były w Arnstadt pod specjalną obserwacją okręgowego zarządu Stasi w Erfurcie.

[srodtytul]Kabaret już niepotrzebny[/srodtytul]

Na zdjęciach sprzed 20 lat na czele demonstracji widać Arnda Effenbergera, założyciela Nowego Forum, którego wspierała i wspiera żona Karin. Myślałem, że ostatnio zaczęło się im dużo lepiej wieść. Bo zmienili mieszkanie, przenieśli się do eleganckiego domu na Starym Mieście, niedaleko najsławniejszego miejsca w Arnstadt, kościoła, w którym Jan Sebastian Bach pracował jako organista. Dziesięć lat temu byli bez pracy, mieszkali w bloku na osiedlu z czasów NRD, a ich enerdowskie meble kuchenne ukrywały się pod zachodnią drewnianą okleiną. Karin mówiła wtedy, że bohaterowie rewolucji siedzą w domu.

Nadal siedzą. 69-letni Arnd Effenberger – doktor matematyki – nie zrobił profesorskiej kariery. Kilka godzin w tygodniu uczy informatyki w szkole pedagogicznej, a żona jest pełnoetatową emerytką. Mieszkanie zmienili tylko dlatego, że poprzednie się spaliło, dziecko sąsiada w bloku wywołało pożar.

– Inaczej sobie wyobrażałem demokrację, nie tak, że wszystko jest na sprzedaż, że człowieka mierzy się tylko zasobnością kieszeni – mówi Arnd Effenberger, a jego żona dodaje: – Na Zachodzie tak pewnie było i wcześniej, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Jest jednak niewątpliwie lepiej niż w NRD.

Effenbergerowie zachowali urok dawnych dysydentów, Arnd wciąż nosi brodę, charakterystyczną dla zbuntowanych w NRD czy PRL, tyle że posiwiałą. Jego żona, wciąż piękna, wygląda jak typowa uczestniczka artystyczno-politycznych spotkań opozycjonistów. Można sobie wyobrazić, jak słuchała obnażających enerdowską rzeczywistość skeczów, które jej mąż pisywał dla kabaretu w latach 80.

Ich dzieci opuściły Arnstadt, córka studiuje romanistykę na uniwersytecie w niedalekiej Jenie, syn jest muzykiem jazzowym w Berlinie. Poszedł śladami ojca, który poza matematyką miał pasje artystyczne, grywał na gitarze i basie. Podczas rozmowy słuchamy jego nagrań z lat 60. dla lokalnej rozgłośni w Weimarze. Ta płyta to prezent od dzieci, które wygrzebały gdzieś nagrania i skopiowały.

Effenbergerowie, jak Sattler, nie mogą się pogodzić z tym, że teraz ludzie się nie spotykają, nie rozmawiają, nie mają dla siebie czasu. Że nie ma kabaretów, w których by krytykowano rzeczywistość, a przecież jest co krytykować.

– To normalne – uważa burmistrz Köllmer. – Zna pan to z Polski. Ludzie byli bliżej siebie w czasach, gdy wszystkiego brakowało, towarów, demokracji, wolności. To była wspólnota w potrzebie. Ludzie w izolacji, w złych czasach, w czasie wojny, trzymają się razem. Kiedy pojawia się dobrobyt, każdy chce mieć więcej. I zajmuje się sobą.

– Pieniądze zawsze odgrywały dużą rolę, tylko nie wszyscy to chcieli przyjąć do wiadomości. Ja także w NRD miałem pieniądze. Trzeba być niezależnym finansowo, by nie dać się sprostytuować – mówi Hans-Christian Köllmer.

[srodtytul]Bez zaproszenia[/srodtytul]

Uroczystość odsłonięcia pomnika ku czci bohaterów z 1989 roku nie obyła się bez konfliktu. Część bohaterów oskarżyła burmistrza, że organizuje imprezę ku swojej czci i na nią nie zaprosił nawet najbardziej zasłużonych, a dziś zapomnianych uczestników. – Celowo nikogo nie zapraszałem. Miało być tak jak przed 20 laty, gdy ludzie przyszli na Targ Drzewny po przeczytaniu ulotki nieznanego autora.

Teraz mogli przeczytać o uroczystości w gazecie – tłumaczy burmistrz Köllmer.

– On chce być rewolucjonistą numer jeden – mówi Sattler. – Ja nie mam z tym problemu, to jest człowiek władzy, trzeba zresztą przyznać, że wiele dla miasta zrobił, a nie jest mu łatwo, bo nie jest związany z żadną ogólnoniemiecką partią i musi się borykać z wrogimi radnymi.

Sattler, choć niezaproszony, przyszedł na uroczystość, stał z tyłu i nie chciał przemawiać, choć burmistrz go zachęcał. Nie przyszedł też Arnd Effenberger, choć mieszka kilkadziesiąt metrów od pomnika.

Günther Sattler, który wyprowadził wówczas ludzi na ulice, uważa, że nie ma powodu do wielkiego świętowania. – Trzeba pamiętać o tamtych wydarzeniach, ale i o tym, co było potem. Jednak gdyby cofnąć czas, jeszcze raz napisałbym taki wiersz. Bo cóż to za życie było w tej NRD.

[ramka][link=http://grafik.rp.pl/grafika2/394497]Ulotka, którą Günther Sattler rozwieszał na murach Arnstadt[/link] we wrześniu 1989 roku, a na niej wiersz: „Cóż to za życie?/ gdzie prawda staje się kłamstwem / gdzie fałsz berło dzierży/ Cóż to za życie?/ gdzie wolność martwa na świat przychodzi?/ gdzie wszystko wydaje się stracone/ Cóż to za życie? / gdzie starcy rządzą / gdzie ludzie na granicach zdychają...”. [/ramka]