Reklama

Königsberg historia rodzinna

Z góry, z lotu ptaka wyglądali jak gruby, kłębiący się wąż. Gargantuiczna migracja owadów. I wtedy nadlecieli Sowieci. Niebo było czyste w końcu stycznia. Z wysokości lotu ptaka owe konwoje i wężowiska migrujących ludzi – doskonale widoczne. Zaczynało się polowanie... Fragment książki, która ukaże się w maju nakładem Narodowego Centrum Kultury

Poranek 10 kwietnia 1945 roku. Gdzieś w powietrzu czaiła się zmiana. Słońce ledwie prześwitywało przez chmury czarnego dymu i strzępiące się nad miastem płomienie. Łuna była więc podwójna, od słońca i płomieni. Dużo niżej, między ścianami zawalonego budynku, u wejścia do bunkra sterczało drzewce z kawałkiem białego płótna. Ktoś je wywiesił dzień wcześniej, krótko przed dziesiątą. W przeczuciu albo na znak końca. W istocie, to był koniec. Trzydniowy epizod obrony twierdzy Königsberg znalazł swój finał. Niemcy prosili Sowietów o przyjęcie kapitulacji. Sowieci ją przyjęli. Coś się kończyło. Coś miało się zacząć. (...).

Ostatni obrońcy miasta ukrywali się w centralnym schronie dowództwa, kilkunastu schowanych głęboko pod ziemią pomieszczeniach, z arsenałem, ale bez szansy na wodę, prowiant czy leki. W części bunkra zamienionej na szpital konały setki zaśmierdłych ludzi. Nikt nie przeżył. Sowieci bali się zejść pod ziemię. Bali się pułapki, wypalili więc niektóre z komór miotaczami ognia. Jednak część pomieszczeń przetrwała w stanie nienaruszonym. Biurka, krzesła i stalowe szafy. Już puste. Wszędzie walały się resztki map i papierów, choć te naprawdę ważne dokumenty jeszcze przed kapitulacją spalono. Sowieckie dowództwo zwiedziło bunkier wiele godzin po kapitulacji. Miasto było czyste. Niemcy bez broni. Dopiero teraz można było wyjść spokojnie na dymiące szczyty ruin i objąć wzrokiem całą zniszczoną stolicę Prus. Była już ich, sowiecka. Patrzyli z dumą na swoje dzieło. To był Königsberg, gniazdo Hohenzollernów. Stąd wziął się początek prusactwa. Tu rodziły się zagony ciężkozbrojnych rycerzy od stuleci pustoszące wschód Europy. Stąd, jak z  mitycznego Mordoru, brało się zło. A teraz? Dymy i nieskończony ocean ruin. Mieli poczucie, że miasto jest w ich rękach. Ale czy je znali? Nie. Znali tylko ruiny. Wcześniej miasto było twierdzą. Tak chciał Adolf Hitler. Osobiście obiecał, że nie odda go nikomu. Nie oddał. Miasta broniły armie. Armie ludzi, armat, haubic, czołgów, karabinów, rusznic i moździerzy. I atakowały armie. Jeszcze większe, jeszcze potężniejsze, jeszcze bardziej zdeterminowane. Z jednej strony heroiczny opór wczorajszych zbrodniarzy. Z drugiej – zacięta nienawiść przyszłych bohaterów.  Naziści i Sowieci. Z trupimi główkami i gwiazdami na czapkach. „Jeden czort" – jak mawiał mój dziadek. Wszystko się wymieszało. Kto napastnik, kto obrońca? Kto syty, kto głodny? Kto ofiarny, kto ofiarowany? Kto życia wart, kto śmierci? W Koenigsbergu to już nie było ważne. Wszyscy byli dziećmi historii. Wszyscy byliśmy. Ich, nasza krew; równie czerwona, równie gorąca i równie gówno warta.

* * *

Najpierw, w sierpniu 1944 były naloty. Wojskowi nazywali je pieszczotliwie dywanowymi, od przykrywającego miasto niby gęstym dywanem czarnego pyłu i dymu. A co pod nim, dywanem znaczy? Płonące domy, pajęczyna pożarów i rumowisk; ale lotnicy tego nie widzą, ludzkie spojrzenia pod dywan sięgnąć nie mogą. Leciały więc – jak Churchill obiecał – tysiące obciążonych bombami Lancasterów na Prusy; zrzucały swój ładunek i wracały do brytyjskich baz. Luftwaffe nie istniało. Koenigsberg był bezbronny. Płonęły gotyckie kamienice, gigantyczny jak brzuch pancernika dach katedry, kościoły, muzea, sale koncertowe i krużganki. Płonął wiekowy zamek pruskich królów, biblioteki, antykwariaty, szkoły i ludzie. Po każdym nocnym nalocie poranek odsłaniał dymiące wnętrzności miasta. Inne były ulice, inne domy, statystyka istnienia i zagłady co dzień zmieniała zapisy w słownikach i encyklopediach. Po każdym nalocie mapa Koenigsbergu musiała być rysowana od nowa.

Zwycięstwo Sowietów zimą 1945 wydawało się nieuniknione. Nikt, poza zagubionym w chorobliwych rojeniach umysłu wodzem, nie miał wątpliwości, że Apokalipsa jak glinianonogi Golem idzie pożreć Prusy. Choć broniło ich pół miliona żołnierzy, dowódcy frontów Żukow i Koniew dysponowali siłą pięciokrotnie większą. Sowiecka armada pędziła w swoich szeregu siedmiotysięczne stado dział i czołgów. Niemcy mieli ich tylko pięćset. Nad pruskim niebem królowało sowieckie lotnictwo. Pięć tysięcy samolotów z czerwoną gwiazdą przeciw czterystu z czarnymi krzyżami. Ofensywa ruszyła w styczniu, a jej błyskawiczne postępy szybko uzmysłowiły niemieckim dowódcom, że pierścienie oblężenia najważniejszych miast są nie do uniknięcia. Twierdze będą nie tylko punktami oporu, ale również śmiertelnymi pułapkami dla mieszkańców. Zaczął się więc exodus. Ludzie pakowali toboły, brali co najpotrzebniejsze i próbowali uciekać. Czas pędził w mgnieniu oka. Sowiecki kordon wokół Prus był coraz szczelniejszy. Jedyną ucieczką z Festung Königsberg było morze. Uciekało półtora miliona ludzi. Czterysta pięćdziesiąt tysięcy uciekło do portu Piława, lądem, koleją i drogami chronionymi jeszcze przez niemieckie patrole, ale pod ciągłym sowieckim ostrzałem. Krasnoarmiejcy byli kilka, kilkanaście kilometrów od drogi. Na początku ofensywy przerwali łączność z Piławą, ale Niemcy, w jakimś heroicznym wysiłku, zdążyli drogę odbić. To właśnie tym podziurawionym traktem, zdezelowanymi samochodami, furmankami i pieszo uciekało pół miliona ludzi. Byle dalej od stolicy, byle do Piławy, a stamtąd na statki. I do Rostocku, Lubeki, bliżej Berlina, by czekać na cud. Jedni wybierali Piławę, inni uciekali do Gdańska. Był styczeń. Zima była mroźna. Zalew Wiślany zamarznięty. Wydawał się szeroką autostradą do wolności. Sowieci byli niedaleko. Droga do wolnego świata szkliła się zwodniczo solidnie grubym lodem. Pierwsi przekroczyli zalew mieszkańcy wiosek na wschód od Koenigsbergu. Fala uciekinierów z miasta przyszła w końcu stycznia, kiedy Sowieci odcięli na krótki moment drogę do Pilawy. Wtedy lody zalewu zaroiły się ludźmi. Niektórym tylko udawało się wynająć sanie. Większa część milionowej migracji odbyła się na piechotę.

Z góry, z lotu ptaka wyglądali jak gruby, kłębiący się wąż. Gargantuiczna migracja owadów. Widać było głównie ruch skrzydeł i chitynowych pancerzy. Z bliska, w oderwaniu od tej niebieskiej perspektywy byli masą zabiedzonych, wystraszonych ludzi. Zewsząd, z początku i końca tej zwierzęcej migracji słychać było jednostajny płacz. To płakały niesione przez kobiety niemowlęta. Tylko niektóre z matek miały czapki, a pod nimi wełniane gęsto upchane chusty i szaliki. Wiele marzło w modnych jeszcze przed sezonem kapeluszach i beretach. Mało kto szedł w porządnych zimowych kamaszach. Ostre lodowe krawędzie i grudy rozrywały delikatną skórę letnich butów. Ludzie zatrzymywali się, okręcali stopy szmatami i szli dalej. W tobołach taszczyli to, co najcenniejsze. Dolary, złoto, rodzinne fotografie. Dorobek życia został w Königsbergu. Umundurowane drużyny Hitlerjugend i kobiet z Deutscher FrauenWerk próbowały zapanować nad tą masą ludzi, ale bez większego sukcesu. Dzieci gubiły matki, matki dzieci, zdarzały się pobicia i kradzieże. Iluzja lodowej autostrady była tak wielka, że równolegle z tym pochodem ludzi przez zalew w stronę mierzei wyruszyły konwoje ciężarówek. Wiozły dokumenty, nazistowskie papiery, ale przede wszystkim rannych z ewakuowanych szpitali. Lód był gruby tego roku. Bezpieczny. Byle do mierzei... Grube opony ciężarówek znajdowały bezpieczne oparcie w milionach ton lodu.

Czytaj dalej bez ograniczeń – kup dostęp w ofercie specjalnej

Teraz miesięczna subskrypcja już od 9,90 zł (zamiast od 19 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

- dostęp do wszystkich treści na serwisie RP.PL,
- Plus Minus – treści publicystyczno-reporterskie,
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama