Na starych zdjęciach można zobaczyć transparenty noszone w pochodach pierwszomajowych: Marks, Engels, Lenin, Stalin. Pierwszy wykruszył się Stalin, o Engelsie nikt by nie pamiętał, gdyby nie świeżo wydana powieść „Mrs Engels" o jego dwóch – kolejnych, nie równoczesnych – kochankach, siostrach Mary i Lizzie Burns. Najciekawsze dyskusje na temat Lenina nie dotyczą już jego teorii, ale tego, czy w mauzoleum w Moskwie leżą jego zabalsamowane zwłoki czy figura woskowa. Według niektórych, kiedy w październiku 1941 roku Niemcy podchodzili pod Moskwę, Sowieci robili porządki i nie tylko rozstrzeliwali wszystkich więźniów na Łubiance (w tym siostrę mojego ojca Marę), ale też wywieźli największą świętość komunizmu – zabalsamowanego Lenina, który najpierw zamarzł w drodze, potem się roztopił, a potem po prostu zgnił. Zrobiono go więc na nowo z wosku. I ciągle przed nim schylają się głowy, choć już mniej liczne. Może to jakaś alegoria systemu?

A wracając do pochodów. 4 czerwca na czele pochodu mają maszerować w Warszawie byli prezydenci RP: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski. Jaka szkoda, że nie ma już wśród nas ostatniego prezydenta PRL i pierwszego prezydenta wolnej, niepodległej i demokratycznej Polski, Wojciecha Jaruzelskiego. Pewnie też by poszedł, bo czemu nie? Zdjęcie tej czwórki, idącej na czele tłumu, by walczyć na barykadach o odzyskanie demokracji, stałoby się na wiele lat symbolem dzisiejszej Polski.

Zastanawiające jest to, że w inwektywach rzucanych na obecny rząd pojawia się nazwisko Hitlera, Putina, a nawet Stalina (prof. Monika Płatek o Mariuszu Kamińskim powiedziała, że robił rzeczy straszniejsze niż Stalin), ale nikt nie wymyśla nikomu od Jaruzelskiego. Miejsce znienawidzonej postaci lat 1981–1989, strasznej czerwono-czarnej wrony, ponurego pierwszego sekretarza w generalskim mundurze, zajął układny staruszek w dobrze skrojonym garniturze, nękany przez nienawistników niedoceniających jego poświęcenia dla Polski.

4 czerwca, oficjalnie zwany Dniem Wolności i Praw Obywatelskich, stał się oficjalnym świętem dopiero w 2013 roku. Do tego czasu ważniejszy był Dzień Solidarności i Wolności, 31 sierpnia, ustanowiony oficjalnie w 2005 roku „w celu upamiętnienia historycznego zrywu Polaków do wolności i niepodległości z 1980 roku, który zapoczątkował proces upadku komunizmu i wyzwolenia narodów Europy Środkowej i Wschodniej". Tak to jedną uchwałą Sejmu przypieczętowano koniec „Solidarności", masowego ruchu antykomunistycznego, i podmieniono ją na niewiele dziś mówiące „prawa obywatelskie".

Z 31 sierpnia od początku były problemy. „Historyczny zryw" to były w 1980 roku strajki, a nie negocjacje. Kto zaczynał strajki? Kto w nich uczestniczył? Kto je zakończył? Wszyscy pokłócili się ze wszystkimi. W 2005 roku w sierpniu były oficjalne obchody: jedne w Warszawie i dwa w Gdańsku. Byłam na wszystkich. Na dwóch podawano krewetki, łososia i oczywiście szampana. Na trzecim – w Gdańsku – w jakiejś szkole zawodowej w stołówce można było kupić obiad z kotletem mielonym, ziemniakami i kapustą. A na sali zobaczyć Annę Walentynowicz, Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Zbyszka Romaszewskiego i wiele innych osób, których nie rozpoznawałam, ale mam wrażenie, że nie było wśród nich zbyt wielu intelektualistów, polityków czy dziennikarzy.

Dziesięć lat później byłam w Warszawie na obchodach 4 czerwca. Tego dnia wręczano mojemu przyjacielowi Mustafie Dżemilewowi nagrodę, która jeszcze rano nazywała się Nagrodą Solidarności, a już po południu, na godzinę przed oficjalnymi uroczystościami, została przemianowana na Nagrodę Solidarności im. Lecha Wałęsy. Kto i jak ją przechrzcił – nie wiadomo. Na przyjęciu był prezydent Barack Obama i wielu polityków. Większość z tych, którzy mnie znali, nie kłaniała mi się. Byli też znani eksdziałacze „Solidarności" – Jan Rulewski, który pomylił mnie z Aliną Grabowską z RWE i urągał mi, że to ja wymyśliłam kult Wałęsy; Zbigniew Bujak, który mi wymyślał, że skrytykowałam pomysł Stowarzyszenia Wolności Słowa, by zrobić zbiórkę publiczną na jego bilet do Kijowa; nadęty Władysław Frasyniuk; ale był też bardzo miły i przyjacielski Zbigniew Janas, który nie miał mi niczego za złe.

Ciekawe, czyj będzie w tym roku 4 czerwca.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95