Rodzicom i uczniom doszedł dodatkowy stres przed 1 września – pandemia. Zasadne jest pytanie jak ma postąpić rodzic, który od marca pracuje zdalnie by strzec się przed koronawirusem, a teraz zmuszony będzie wysłać dziecko do szkoły, skąd wirus łatwo może przyjść do domu. Niby minister edukacji Dariusz Piontkowski twardo mówi, że obowiązek szkolny trzeba realizować, a za nieusprawiedliwioną nieobecność ucznia w szkole powyżej 14 dni grozi grzywna.

Tyle że wymierzać ją mają w praktyce samorządy, które mają z ministrem na pieńku po tym, jak przerzucił na nie całą odpowiedzialność za organizację lekcji z wirusem. On zapewne powie, że przecież wydał wytyczne po konsultacji z samorządami, ale nie ma pewności, że doda, iż na ich zaopiniowanie wyznaczył gminom kilkanaście godzin. I chyba nie wykorzystał zbyt wielu spośród zgłoszonych uwag.

Czytaj także: Czy można przeczekać w domu pierwsze tygodnie roku szkolnego

Trudno uniknąć wrażenia, że w obliczu nadchodzących miesięcy, które dla zdrowia publicznego w skali szerszej niż tylko nasz kraj, resort oświaty zrobił mniej niż niewiele, aby jakkolwiek przygotować system na to, co nastąpi, gdy na sytuację epidemiologiczną nałożą się jeszcze zachorowania na grypę. Samorządy robią, co mogą, wydają pieniądze choć – jak zwykle – dobrze wiedzą, że od państwa więcej nie dostaną także na to zadanie.

W każdym razie wypada życzyć powodzenia w utrzymywaniu dystansu społecznego na lekcjach i podczas przerw, jaki zadany został uczniom. Również tym z najmłodszych klas.

Te same życzenia kieruję do rodziców, którzy tak będą sobie musieli zorganizować pracę, by ich dzieci mogły uczestniczyć w zajęciach szkolnych odbywających się w systemie w pełni zmianowym – od godziny 7:30 do 18:30.

Po dymisji ministra zdrowia w szczycie pandemii oraz rezygnacji ministra spraw zagranicznych – w szczycie kryzysu wokół Białorusi – pojawiły się żarty, że w związku z początkiem roku szkolnego czas na dymisję ministra edukacji. Ale może wziąć to na poważnie?