Covid-19 jako choroba towarzysząca (nie odwrotnie!)

W ostatni weekend opinią publiczną wstrząsnęła informacja o śmierci pacjenta Covid+ w karetce pod szpitalem w Nysie, w którym nie było miejsca dla pacjentów z koronawirusem. Pracuję również na SOR; po dyżurze w ostatnią środę, kiedy jedynym wolnym miejscem dla pacjentki Covid+ były Oborniki Śląskie odległe o 322 km od mojego szpitala, byłem przekonany, że takie zdarzenia to kwestia czasu. I że będzie ich coraz więcej. Tym bardziej, że takie historie spływają z całego kraju.

Niestety epidemia wymknęła się zupełnie spod kontroli. Niemniej wiemy o niej nieco więcej niż w marcu. Różnica polega też na tym, że mamy znacznie lepszy dostęp do środków ochrony osobistej. Moim zdaniem szybka dystrybucja dramatycznie brakujących środków ochrony osobistej wiosną b.r. była jedynym sensownym motywem powstania szpitali jednoimiennych. Ten argument już nie ma racji bytu, a ponowne wyłączanie całych szpitali, często najbardziej specjalistycznych w regionie, zabierałoby miejsca chorym na inne schorzenia wymagających wysokospecjalistycznej opieki. Obecnie system może uratować przy dalszych logarytmicznych wzrostach jedynie radykalnie inne działanie niż dotychczas.

Z punktu widzenia ratownictwa medycznego i stanów ostrych, na obecnym etapie najbardziej niepojący jest fakt, że będzie coraz więcej sytuacji, kiedy to Covid-19 jest CHOROBĄ WSPÓŁISTNIEJĄCĄ, NIE ODWROTNIE. Nikt obecnie nie wie, ile osób zakażonych, ale bezobjawowych jest obecnie na ulicach, ale prawdopodobnie kilkadziesiąt razy więcej niż to wychodzi w wyniku testów. Bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, że bezobjawowa chora na Covid+ matka umiera razem z dzieckiem w karetce czekając na cesarskie cięcie, bo najbliższe miejsce położnicze dla zakażonych jest 300 km dalej. Albo młody człowiek, u którego podczas izolacji domowej rozwinie ostre zapalenie wyrostka umiera z powodu opóźnienia terapii.

Konieczna otwartość i elastyczność wszystkich szpitali

Dlatego wszystkie szpitale na każdym poziomie referencyjności powinny mieć maksymalną możliwą ELASTYCZNOŚĆ w udostępnieniu miejsc dla pacjentów Covid+. Trzeba sobie jasno powiedzieć - jedyną formą leczenia Covid-19 w ogromnej większości przypadków jest izolacja i leki p. gorączkowe bez recepty, u niektórych podanie tlenu, u niektórych podanie ogólnie dostępnych steroidów. Z tym może poradzić sobie KAŻDY LEKARZ w szpitalu, ogromnej większość interwencja specjalisty chorób zakaźnych czy anestezjologa jest zbędna. Wyzwanie jest w dużej mierze logistyczne - jak zorganizować izolację - czyli jak i gdzie dobudować ściankę i śluzę do przebierania się dla personelu. Oraz, co najważniejsze, ochrona i motywacja pracowników, ale o tym później.

Żeby sprostać obecnej fali pandemii, i uniknąć przerażających zgonów w przedsionku szpitala wśród osób Covid+, u którzy wymagają leczenia z innych przyczyn niż koronawirus, wszystkie szpitale powinny w ciągu kilku najbliższych dni mieć przygotowane minimum 50% swojej pojemności łóżkowej; w izolowanych transzach np po 15 łóżek. Przykładowo: w szpitalu X jest ogólnie 300 łóżek. Połowa, czyli 150 miejsc, jest przygotowana logistycznie na izolację pacjentów, dając 10 pododdziałów. Które w razie potrzeby można stopniowo uruchamiać, a jeżeli nie są potrzebne, mogą być na nich leczeni pacjenci Covid-ujemni. Taka organizacja szpitali powinna zresztą z nami pozostać na dobre – niestety nie ma żadnej pewności, że po koronawirusie nie przyjdą kolejne, podobne epidemie.

Jak zmotywować medyków?

Nic się nie uda bez zadbania o zaangażowany personel: lekarzy, pielęgniarki, ratowników, fizjoterapeutów, salowe i innych. Nie da się ukryć, że praca z pacjentami z koronawirusem i jego podejrzeniem nie spotyka się z entuzjazmem, jeżeli nie idzie za tym odpowiednie wsparcie, co jest reakcją zrozumiałą i ludzką. W tym kontekście wypowiedź wicepremiera Sasina obarczającą częściowo odpowiedzialnością za obecną eksplozję epidemii personel służby zdrowia uważam za skandaliczną i długim terminie bardzo szkodliwą. Warto również zaznaczyć, że strategia zmuszania do pracy decyzjami administracyjnymi poniosła wiosną niemal całkowite fiasko.

Aby zwiększyć motywację oraz odpowiedzieć na niepokój środowiska konieczne jest kilka rzeczy jednocześnie, rozpoczynając od najprostszych: motywacja finansowa i zapewnienie środków ochrony osobistej, w tym masek odpowiedniej jakości, z czym nadal niestety bywa problem. Ale są niezmiernie ważne również inne, mniej oczywiste działania. Dużo by dało zapewnienie finansowanych ze środków publicznych ubezpieczeń na życie i od utraty dochodów (duża część personelu medycznego pracuje bez etatu, nie ma świadczeń podczas choroby). Bardzo ważne przy takim umasowieniu leczenia koronawirusa byłoby rozważenie uchwalenia w trybie pilnym ustawy podobnej do "ustawy o bezkarności" dla urzędników - lęk przed konsekwencjami prawnymi działań w sytuacji nadzwyczajnej jest w środowisku powszechny. Bezpieczeństwo zwiększy delegowanie do pracy w miarę możliwości osoby młodsze wiekiem (w naszych warunkach poniżej 50r.ż.), bez istotnych chorób współistniejących oraz wykorzystanie coraz liczniejszej grupy medyków, która ma już zakażenie Covid + za sobą, posiadając przynajmniej czasową odporność.

Szkolenia z obsługi respiratorów dla nie-anestezjologów

Podnosi się słusznie, że na deklarowaną przez rząd ilość respiratorów nie ma wystarczającej liczby wykwalifikowanego personelu. W Niemczech już rozpoczęto szkolenia personelu nie pracującego normalnie na intensywnej terapii w pracy z respiratorami. Oczywiście, nie zastąpi to anestezjologa i wyszkolonej pielęgniarki anestezjologicznej w 100% cały czas na miejscu, ale może uratować przynajmniej część chorych, których stan się załamie i zoptymalizować pracę specjalistów. Należy takie szkolenia wdrażać też u nas, szczególnie u lekarzy którzy mają w programie staż na intensywnej terapii, czyli m.in. internistów, chirurgów i lekarzy medycyny ratunkowej.

Podsumowując, przy obecnej fali epidemii jedynie radykalne, niestandardowe i wyprzedzające działania, optymalizujące wykorzystanie szpitalnych zasobów, mogą zapobiec części dalszych tragedii. Szpitale muszą się otworzyć dla wszystkich chorych.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Autor jest lekarzem internistą pracującym w SOR i adiunktem w Collegium Medicum UJ. W latach 2007-2013 kilkakrotnie pracował dla Lekarzy Bez Granic, w tym również mi.in. podczas lokalnych epidemii odry, leiszmaniozy trzewnej i gorączki krwotocznej Lassa.