Opóźnienie Polski w implementacji dyrektywy NIS2 sprawia, że znajduje się ona w teoretycznie uprzywilejowanej pozycji. Możemy analizować sposób, w jaki dyrektywa NIS2 była implementowana w innych krajach unijnych i uczyć się na błędach popełnionych przez innych. W myśl rzymskiej maksymy „słowa uczą, przykłady pociągają” Polska może mieć najlepszą ustawę spośród innych państw UE. Pytanie jednak, czy właściwie wykorzystamy tę szansę?
W poprzednim artykule („Rzeczpospolita” z 3 grudnia 2025 r.) opisałem lekcję wynikającą z tego, jak NIS2 była implementowana we Włoszech. Dziś chciałbym pokazać, jak do tego zadania podszedł nasz największy sąsiad – Niemcy.
Analiza porównawcza prowadzi do ciekawych wniosków – Niemcy przyjęli model, który można by określić połączeniem „niemieckiej precyzji” z łagodną ogólną prewencją, podczas gdy model polski przypomina „walec drogowy”, który w imię zapewnienia najwyższego poziomu cyberbezpieczeństwa wyrównuje poziom wszystkich i wszystkiego.
Pod wieloma względami model niemieckiej transpozycji opiera się na pragmatyzmie i umiarze, a model polski dąży z kolei do „bezpieczeństwa totalnego”.
Wdrożenie dyrektywy NIS2: Dlaczego płyniemy pod prąd?
Analizując niemieckie i polskie podejście, nie można pominąć szerszego kontekstu. Unijna legislacja gospodarcza – zwłaszcza w obszarze nowych technologii – znajduje się w fazie gwałtownego odwrotu od wszechobejmujących regulacji. Unijni regulatorzy zrozumieli, że próba objęcia restrykcyjnym nadzorem całego rynku jest nie tylko kosztowna, ale przede wszystkim nieskuteczna i obciążająca dla konkurencyjności gospodarki unijnej. Kolejne propozycje Komisji Europejskiej określane mianem „omnibusów” zmierzają w celu odroczenia w czasie wejścia w życie najbardziej uciążliwych wymagań lub regulacji i zdobycia czasu na ponowne przeanalizowanie, czy rzeczywiście potrzebujemy tak surowych regulacji.