Już się zanosiło, że Ewa S., specjalizująca się w problematyce prawnej dziennikarka „Polityki”, będzie jedyną skazaną w niesławnej aferze hejterskiej Kasta Watch. Sprawa zaowocowała dymisją wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka. Dwóch sędziów, wymienionych w mediach opisujących zorganizowany, szykanujący antysędziowski hejt wiązany ze środowiskiem Ministerstwa Sprawiedliwości, oskarżyło dziennikarkę o zniesławienie i znieważenie. Dziennikarze krążący wokół tematu ustawicznie ujawniają nowe, niebudujące fakty. Jednakowoż i sam skandal, i jego powiązania instytucjonalno-polityczne są – przynajmniej na razie – niewyjaśnialne.

Tymczasem w pierwszej instancji dziennikarkę skazano, uznając, że nie dopełniła powinności: nie powinna była opierać się w komentarzach i ocenach na faktach obecnych w dyskursie publicznym i ujawnionych w materiałach prasowych jako na jedynym źródle. Apelacja uchyliła ten wyrok i „ustalając, iż czyny zarzucane oskarżonej cechuje znikomy stopień społecznej szkodliwości” – umorzyła postępowanie.

Rozstrzygnięcie spotkało się z wybuchem entuzjazmu w mediach. Nawet stateczna „Polityka” (27 maja wersja elektroniczna) piórem N. Frątczaka cieszyła się, że „ocalały standardy dziennikarskie”. Ba, sama niedoszła skazana wyrok uznała za „dobry dla wolności słowa w Polsce”. Nie życząc Ewie S. ani konieczności zapłaty 3000 zł grzywny, ani dalszego ciągania po sądach, mam zasadniczo odmienne zdanie.

Wyrok SO w Warszawie (sygn. IX Ka209/22) nie jest dobry ani dla wolności słowa, ani dla odwagi dziennikarskiej. Nie ocalił też standardów dziennikarskich ani wreszcie nie przekonuje (już po lekturze uzasadnienia) o kunszcie prawniczym. No i nie umacnia wiary, że sprawiedliwość została rzetelnie wymierzona.

Krótko o sztuce prawniczej

Uchylenie wyroku skazującego i umorzenie postępowania oznacza, że dziennikarka nie zostanie ukarana za delikt słowa (co cieszy), ale oznacza też, że jej zachowanie, wypełniając znamiona czynu, nie osiągnęło stopnia społecznego niebezpieczeństwa wymagającego konieczności skazania za przestępstwo. Taka konstrukcja stawia wysokie wymagania uzasadnieniu wyroku i dyscyplinie pisarskiej orzekającego sądu.

W tym wypadku wielosłowność nie przekłada się na czytelność i siłę przekonywania uzasadnienia. Nie można się zorientować w kwestii zasadniczej: co właściwie w podobnej sytuacji dziennikarzowi wolno, a czego już nie. Szwankuje element subsumpcji: wskazanie konkretnych zachowań, faktów jako zgodnych z prawem czy też przekraczających tę granicę. Dodam, że jest to powszechny, typowy mankament uzasadniania przez sądy w Polsce, niezależnie od tego, o jaką sprawę chodziłoby. Dodatkowo sprawę komplikuje niejasność, jakie założenia SO przyjął. Sąd odwoławczy krytycznie wprawdzie ocenił rozumowanie SR, który zaakcentował nieodzowność sięgania przez dziennikarza komentującego problem do innych jeszcze źródeł faktów niż pochodzące z przestrzeni publicznej. To cieszy. Jednocześnie skonstatował, że sformułowania w publikacji typu „kolejni hejterzy”, „uczestnik farmy trolli”, „uczestnik grupy hejterskiej, któremu możliwe byłoby postawienie zarzutów o stalking i wynoszenie dokumentów służbowych na użytek publikacji na twitterowym koncie Kasta Watch”, jak również przypisanie akcji wysyłania kartek do pierwszej prezes Sądu Najwyższego z wezwaniem „Wy…..aj” stanowiły czyn z art. 212 k.k.”, aby dalej ocenić: „przy czym zawarła w tych artykułach wyrażenia (….) które zostały ujęte, zdaniem sądu odwoławczego, w nieco nadmiarowej formie, jednak całościowa i kompleksowa analiza użytych przez oskarżoną sformułowań tak w artykułach prasowych, jak też wpisie na Twitterze nie mogła prowadzić do uznania, że oskarżona popełniła czyn zabroniony noszący cechy przestępstwa”. I dalej czytamy: „W ocenie sądu odwoławczego, o ile należało uznać, że oskarżona, publikując swoje artykuły będące podstawą zarzutów, mogła się na treści tych artykułów opierać, uznając zawarte tam informacje za wystarczające do skonstruowania własnych treści, o tyle w ocenie sądu odwoławczego źródła te należało uznać za niewystarczające dla realizacji kontratypu z art. 213 § 2 k.k.”. I tu już powstają wątpliwości, i to piętrowe: co do oceny tego, co dziennikarzowi wolno i co do przyjętej przez sąd konstrukcji prawnej, a także spójności uzasadnienia i sentencji. Czemu bowiem ma służyć wzmianka o kontratypie z art. 213 par. 2 k.k.? Wszak sięgając po art. 213 § 2 k.k. („nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub § 2, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut…”) sąd wkracza na inną drogę i wybiera inną konstrukcję, niż uprzednio to przyjął w sentencji i we wcześniejszych partiach uzasadnienia. W sentencji bowiem twierdzi się, że Ewa S. wypełnia działaniem znamiona przestępstwa, za które z racji znikomego niebezpieczeństwa nie powinna być ukarana. To dlaczego, gdzie indziej w uzasadnieniu pojawia się stwierdzenie: „Sąd odwoławczy w ramach dokonanej kontroli odwoławczej zaskarżonego wyroku doszedł do przekonania, że Sąd Rejonowy błędnie ustalił, że oskarżona swoim zachowaniem wyczerpała znamiona zarzucanego czynu”? I dlaczego – przy sentencji umarzającej – w uzasadnieniu pojawia się jednak wątek kontratypu, sensowny jedynie przy odrzuceniu hipotezy popełnienia przestępstwa? Jeżeli sąd ostatecznie mówi o „niewypełnieniu znamion kontratypu”, to w sentencji nie mogłoby być umorzenia.

Brak „osiągnięcia” kontratypu w zachowaniu oskarżonej prowadzi wszak do wyroku skazującego. Co więcej, pojawienie się tezy o kontratypie kieruje myśl ku dowodom prawdy i pełności zebranego w tym względzie materiału (co przecież SO uznał za wystarczające).

I wtedy znów mamy problem spójności z sentencją umarzającą.

Nie wiem, czy to są mankamenty pisarskie (ten niefortunny „czyn zabroniony noszący cechy przestępstwa”) czy to brak dyscypliny wnioskowania. Te fascynujące niekonsekwencje pozostawiam glosatorom-penalistom. Tylko jaki sygnał otrzymują piszący dziennikarze, i to w sprawie budzącej ogromne zainteresowanie medialne?

Dlaczego natomiast wyrok nie jest dobry dla wolności słowa i dziennikarskiego standardu?

Jeżeli zadaniem wyroku i jego uzasadnienia ma być przekonanie, że sprawiedliwość rzeczywiście i bez wszelkich wątpliwości wymierzono – w omawianej sprawie tego nie osiągnięto. Publiczność – ta sprzyjająca wolności prasy, oczywiście ucieszy się brakiem skazania dziennikarki. Natomiast nie będzie się ekscytować, czy wyrok umarzający przypadkiem aby nie rodzi jednak efektu mrożącego w środowisku dziennikarskim lub – na przyszłość – nie zniechęci dziennikarki „Polityki” do komentowania skandali ministerialnych. Z kolei sama dziennikarka (i inni jej koledzy) z opublikowanego uzasadnienia SO w Warszawie nie wywnioskują, co powinni robić, albo czego im nie wolno, by nie mieć kłopotów z prawem.

Wyrok utrwala paternalistyczną wizję relacji z judykatywą jako ustami ustawy, lekceważąc kwestie prewencyjne: jednostka nie musi wiedzieć, jakie jest prawo, jak należy się zachowywać, aby nie ryzykować z nim konfliktu. Oskarżonemu powie to sąd, jeśli oskarżony przed nim stanie. A jeżeli dziennikarz aż tak ryzykować nie chce, to może po prostu powstrzymać się od pisania na ryzykowne tematy. Mechanizm efektu mrożącego jest tu ewidentny.

To nie jest dobry wyrok i nie jest to dobre uzasadnienie, sprzyjające dziennikarskiej odwadze i wolności słowa. A przede wszystkim nic nie mówi o dziennikarskim standardzie: jaki ma być? gdzie leży granica? jak wyważa się konflikt między czyjąś prywatnością i interesem publicznym?

Wyrok „ostrożnościowy”

Istnienie tego rodzaju technik orzeczniczych jest tajemnicą poliszynela. „Ostrożne” orzeczenia sądowe są doskonale znane praktyce, choć nie naucza się o nich – a szkoda – w czasie studiów prawniczych i szkoleń przyszłych sędziów. Wyroki z zawieszeniem „na wszelki wypadek”, umorzenia wielu rodzajów, ujawniające niezdecydowanie lub oportunizm aksjologiczny, nie służą autorytetowi wymiaru sprawiedliwości. Wyroki typu „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” pojawiają się najczęściej, gdy sąd nie jest pewny swego zdania albo – z różnych przyczyn – celowo nie chce być wyrazisty. Oportunizm sędziowski dochodzi do głosu poprzez wyroki o zatartej aksjologii, z uzasadnieniami, gdzie wiele się mówi o tym, czego prawo – abstrakcyjne i potencjalne – wymaga i co preferuje, jak je należy co do zasady wykładać i rozumieć. Lecz już znacznie mniej o tym, jak oceniono to, co sytuacyjnie i konkretnie stało się w rozpatrywanej sprawie.

Tak jest i tutaj. W uzasadnieniu – wielokrotnie – powtarzają się twierdzenia, że „afera hejterska” wywołuje słuszne oburzenie społeczne, że reakcja prasy była stosowna, że ujawniane są nowe odsłony skandalu (które jednak nie mogą rzutować na ocenę zachowania dziennikarza w konkretnej sprawie, bo przecież nie znał on jeszcze tych faktów w dacie publikacji zniesławiającej/znieważającej). Pojawiają się trafne i słuszne, aprobatywne odniesienia do treści prawa in abstracto. Z uzasadnienia nie daje się jednak wywnioskować, czy posługiwanie się przez dziennikarza informacjami dostępnymi w poważnym dyskursie publicznym jest aprobowane tylko co do zasady, czy też i w okolicznościach konkretnej sprawy (choćby wspomniane wątpliwości co do odwołania się przez sąd do kwestii kontratypu czy zlekceważenie relacji rzetelność dziennikarza – prawdziwość zarzutu). Inaczej mówiąc: mamy dużo aksjologicznych truizmów, otwartości i transparencji, gdy mowa o tym, jakie jest prawo, mało jasności, czy rozpatrywana sytuacja odpowiada temu, czego prawo wymaga, i pod jakimi warunkami.

Polski półstandard

Znaczenia odważnych wypowiedzi prasowych dla dyskursu publicznego, dla kultury demokratycznej nie można przecenić, zwłaszcza w naszych czasach, tu i teraz. Procesy dziennikarskie często, jeśli nie w większości, należą do tej samej kategorii co sprawy typu SLAPP (Strategic Litigation Against Public Participation): chodzi o zamknięcie ust sygnalistom i krytykom ujawniającym wstydliwe i skrywane zakamarki życia społecznego. Popularności i możliwościom wykorzystywania prawa jako narzędzia opresji politycznej poświęca się u nas zbyt mało prawoznawczej uwagi. A przecież powinna zastanawiać rosnąca liczba spraw o zniesławienie/obrazę czy naruszenie dóbr osobistych partii politycznych, publicznych instytucji (TVP, Straż Graniczna, NBP, mennica – o czym już pisano). Na poziomie UE rozważa się przecież normatywne instrumenty wsparcia dla sygnalistów i ograniczenia atrakcyjności SLAPP. Ta tendencja powinna być też widoczna dla naszej judykatywy. Jeżeli bowiem ktoś chce korzystać z prawa opresyjnie jako narzędzia używanego w służbie interesownej cenzury, aksjologiczna niewyrazistość po stronie sądu – ułatwi funkcjonowanie SLAPP, zamknie usta dyskursowi i sprzyja interpretacjom przeciw wolności słowa. W pełni zatem należy podzielić pryncypialność SO w Warszawie, gdy mówi, że jest zachowaniem pożądanym ujawnianie okoliczności towarzyszących skandalowi hejterskiemu, zamiatanemu pod ministerialne dywany. Prawem kontrastu, tym bardziej należy żałować, że sąd nie zadbał o to, aby dziennikarzom krytykującym złe i wstydliwie ukrywane zjawiska, zarazem stąpającym po kruchym lodzie dostarczyć ocen sytuacyjnych jasnych aksjologicznie i zrozumiałych pragmatycznie.

W sprawach, w których chodzi o jasne wyznaczenie standardu – co wolno, czego nie wolno dziennikarzowi czy sygnaliście – byłoby lepiej, gdyby ostateczny wyrok opiewał albo na uniewinnienie (wtedy znaczyłoby to, że polski sąd drugiej instancji ma jasny pogląd na temat standardów dziennikarskiej rzetelności) albo utrzymanie wyroku skazującego. Wtedy bowiem sprawa trafiłaby do Strasburga i ten by oceniał polskie standardy, wpisując je w szerszy kontekst. Obecnie zaś ciągle mamy zakonserwowany polski półstandard.

Autorka to prof. dr hab. nauk prawnych, rzecznik praw obywatelskich I kadencji, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku

Czytaj więcej

Sędziowie przyszli, ale nie chciano ich wysłuchać