Obecna władza nie lubi prawników, ponieważ patrzą jej na ręce i wytykają punkt po punkcie przypadki łamania konstytucji. Odpowiada więc w charakterystyczny dla siebie sposób defamacją całej tej grupy zawodowej: po pierwsze, prawnicy to zamknięta kasta dbająca wyłącznie o własne interesy, a nie o dobro zwykłych ludzi; po drugie, prawnicy są podzieleni i właściwie jest tyle możliwych interpretacji prawa, ilu ich jest; po trzecie, prawnicy są programowo przeciwni „dobrej zmianie", ponieważ odsłania ich ciemne interesy i pozbawia niezasłużonych przywilejów; po czwarte, w swoim destrukcyjnym imposybilizmie są hamulcem reform „dobrej zmiany", tymczasem chcieć to móc. Ergo – dajmy sobie spokój z prawnikami i oddajmy głos zwykłym ludziom etc. etc. etc. Ten propagandowy bełkot dotknął w pierwszej kolejności sędziów, ale z dużym prawdopodobieństwem przyjdzie czas także na inne grupy, w tym prawników uczonych zajmujących się prawoznawstwem jako nauką i ta grupa szczególnie mnie tutaj interesuje. Wokół prawoznawstwa już dzieje się bowiem coś dziwnego.

Błogosławiona ulotność słów

Jak każda dziedzina wiedzy, także prawoznawstwo ma swoje paradygmaty, z których nie chce i nie powinno zrezygnować. Kształtowały się przez wiele stuleci, tworząc szkielet prawniczej roztropności (czyli jurysprudencji) i są dla prawników tym, czym np. dla chemików jest tablica Mendelejewa. To prawda, jest pewien imposybilizm w tworzeniu, wykładni i stosowaniu prawa, ale oznacza on coś zupełnie innego niż to, co w swoim populizmie zarzuca prawnikom obecna władza. To imposybilizm narzucający prawodawcy pewne formalne i materialne granice treści stanowionego prawa, a prawnikom – pewne zasady i reguły, których powinni przestrzegać w procesie stosowania i interpretacji. Dlatego w obrębie prawoznawstwa chwalebne „chcieć" nie może oznaczać arbitralnego „móc".

Tymczasem w ostatnich trzech latach w polskiej przestrzeni publicznej pojawiają się opinie, które w istotny sposób naruszają te ustalone paradygmaty prawoznawstwa jako nauki. Jeśli ich autorami są politycy, to mogę je nie tyle usprawiedliwić, ile przynajmniej wytłumaczyć zwykłą niewiedzą. Gorzej, jeśli pochodzą od prawników, którzy mają akademicki status samodzielnych prawników naukowych – w tym przypadku niewiedza nie wchodzi w grę, pozostaje zła wiara i instrumentalne odzieranie prawoznawstwa z naukowości w imię bieżących celów politycznych.

Towarzyszy temu charakterystyczna ambiwalencja – autorzy tych wypowiedzi nie powtarzają ich później w swoich poważnych opracowaniach naukowych, ponieważ, paradoksalnie, zdają sobie sprawę z ich absurdalności i nie chcą się narażać na śmieszność w środowisku innych uczonych.

Żelazna logika doktora habilitowanego

Posłużmy się trzema przykładami, zostawiając jednak na boku nazwiska, ponieważ nie chodzi o autorstwo, lecz o treść jeżącą włos na głowach przedstawicieli nauk prawnych, zwłaszcza teorii i filozofii prawa. Pierwszy z nich pojawił się już na początku „dobrej zmiany", dwa pozostałe pochodzą z ostatnich miesięcy i potwierdzają pewną eskalującą tendencję.

Przykład numer jeden – to właściwie nie jest jedna wypowiedź, lecz raczej cały ciąg opinii towarzyszących uchwalaniu w grudniu 2015 r. zmian w ustawie o Trybunale Konstytucyjnym. Naruszeń paradygmatów prawoznawstwa był tam cały szereg, a wszystkie zmierzały do wpędzenia konstytucyjnego organu państwa w pewną logiczną pułapkę błędnego koła – możesz orzec o konstytucyjności przyjętej regulacji, ale na zasadach, które ona sama dyktuje. Najbardziej spektakularna w tamtej dyskusji, w którą włączyli się także niektórzy uczeni prawnicy, była próba uzasadnienia poglądu, iż można zmienić przepis art. 190 ust. 5 konstytucji zwykłą ustawą poprzez doprecyzowanie jego treści. Przypomnijmy: przepis przewiduje, że orzeczenia TK zapadają większością głosów. W proponowanej ustawie zmieniono to na „większością dwóch trzecich". Podstawowy argument z tamtej debaty brzmiał mniej więcej tak: dwie trzecie to też większość, a więc gdzie tu problem? Wprawdzie wycofano się z tego później po orzeczeniu TK w tej sprawie, tak czy inaczej, była to pierwsza próba uśpienia rozumu, by zbudzić demony pseudonauki.

Przykład numer dwa – oto w migawce telewizyjnej kandydat na sędziego SN posiadający stopień naukowy doktora habilitowanego, zapytany o konstytucyjną sześcioletnią kadencję pierwszego prezesa SN mówi tak: przepis art. 183 ust. 3 konstytucji nie jest przepisem żelaznym i należy go interpretować z uwzględnieniem obowiązujących ustaw. W świetle wspomnianych paradygmatów prawoznawstwa szokująca w tej wypowiedzi jest nie tyle pierwsza, ile raczej druga jej część.

Oczywiście, żaden przepis nie jest żelazny i można go uchylić bądź zmienić, pod warunkiem wszakże zachowania formy i trybu przewidzianych dla zmiany konstytucji. Gorzej jest z drugim członem tej opinii, ponieważ tak naprawdę oznacza ona odwrócenie fundamentalnej reguły kolizyjnej lex superior derogat legi inferiori. Okazuje się bowiem, że to nie ustawy mają być interpretowane z zachowaniem konstytucyjnych standardów, lecz odwrotnie – to konstytucyjne standardy należy dopasować do obowiązujących ustaw, w tym przypadku właśnie uchwalonych zmian w ustawie o SN.

Przykład numer trzy – wysoki urzędnik Kancelarii Prezydenta, odpierając zarzuty o rzekomym łamaniu konstytucji, sformułował następujący pogląd będący swoistą interpretacją przepisu art. 7 konstytucji: Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Co to jednak oznacza? Jeżeli ktoś wykracza poza, to nie ma zakazu działania poza granicami prawa, ponieważ jest nakaz działania w granicach prawa. Nie ma przepisu prawnego zakazującego działania poza prawem, bo jest nakaz działania w ramach prawa. Ktoś może powiedzieć, że ten urzędnik jest wprawdzie również doktorem habilitowanym, ale nie jest prawnikiem, lecz politologiem. Kontekst tej wypowiedzi był jednak taki, iż można było wnosić o raczej powszechnym przekonaniu co do słuszności tego poglądu nie tylko Kancelarii, lecz także samego prezydenta. Teoretykowi i filozofowi prawa właściwie trudno nawet komentować to, co usłyszeliśmy, ponieważ trudno w ogóle złapać sens tej opinii. Trzeba by powrócić do elementarza modalności i takich pojęć jak nakaz, zakaz czy przyzwolenie wykładanego studentom pierwszego roku prawa w ramach wstępu do prawoznawstwa. Spuśćmy więc raczej zasłonę milczenia, ponieważ posługiwanie się w tym kontekście kategorią prawniczego paradygmatu mogłoby zabrzmieć jak sarkazm czy ironia, a przecież nikomu nie powinno być do śmiechu.

Te przykłady można mnożyć – na potrzeby bieżącej polityki jesteśmy świadkami narodzin różnych kosmicznych teorii, np. w sprawie znaczenia lex specialis, pojęcia normy kompetencyjnej, mechanizmu wykładni systemowej, istoty zasady podziału władz, gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów etc. etc. etc. Stanowią ogromne zagrożenie dla prawoznawstwa, ponieważ mogą prowadzić do jednego z dwóch czarnych scenariuszy.

Pierwszy polega na tym, że takich kosmicznych opinii będzie coraz więcej w przestrzeni publicznej, ale nie będzie to miało wpływu na samo prawoznawstwo, które obroni swoje paradygmaty. Może to jednak oznaczać niebezpieczne rozchodzenie się nauki i praktyki prawa. Niebezpieczne, ponieważ nauki prawne przestaną być teorią nadbudowywaną nad praktyką, utracą z nią kontakt i staną się teorią dla teorii. W dłuższej perspektywie musi to prowadzić do ich marginalizacji.

Drugi scenariusz wydaje się jeszcze smutniejszy. Na razie prawoznawstwo się jeszcze broni, ale nie można wykluczyć, że z czasem kosmiczne teorie tworzone instrumentalnie na potrzeby bieżącej polityki zaczną przenikać do dyskursu naukowego i infiltrować nauki prawne. Prawoznawstwo jest z istoty rzeczy nauką polityczności, w tym scenariuszu stanie się natomiast zideologizowanym instrumentem w walce politycznej. A to jest zasadnicza różnica – nauka polityczności to nie to samo co upolitycznienie nauki.

Obiektywizmu nic nie zastąpi

Instrumentalne upolitycznienie prawoznawstwa, naruszające jego utrwalone przez stulecia paradygmaty, występuje nie tylko w reżimach totalitarnych, może się też przytrafić w ustrojach demokratycznych, gdy z różnych powodów władza wykonawcza zaczyna przejawiać autorytarne apetyty i naruszać zasady państwa prawa oraz podziału władzy.

Typowym przykładem wydaje się sytuacja w USA w początkach walki z terroryzmem za prezydentury George'a W. Busha. Prowadzona tam wówczas dyskusja o możliwościach i dopuszczalności stosowania tortur wobec schwytanych terrorystów uwikłała wielu amerykańskich prawników, w tym także uczonych, w proceder świadczący ewidentnie o próbie instrumentalnego upolitycznienia prawoznawstwa. Złamali bowiem podstawowy paradygmat — zamiast mówić i pisać to, czego wymagało prawo, mówili i pisali to, czego oczekiwał i co chciał usłyszeć ich mocodawca.

Kiedy sprawa wyszła na jaw, podjęto próbę opracowania na nowo kodeksu doradcy władz publicznych. Prawoznawstwo może bowiem oczywiście, a niekiedy nawet wręcz powinno, służyć swoją radą i pomocy władzom publicznym, ponieważ jest nauką polityczności. By jednak przy tym nie upolitycznić instrumentalnie tej nauki w sensie pejoratywnym, należy przestrzegać pewnych zasad deontologicznej etyki prawniczej. Oto one:

1) rzetelna i uczciwa opinia o obowiązującym prawie,

2) wszechstronna informacja o prawnych ograniczeniach władzy,

3) szczególna odpowiedzialność ze względu na brak sądowej kontroli doradztwa,

4) uwzględnianie z jednej strony bieżącej polityki, z drugiej zaś dotychczasowej tradycji,

5) uwzględnianie stanowiska wszystkich trzech władz w ramach podziału władzy,

6) jasność i pisemna forma opinii,

7) najwyższa profesjonalna jakość doradztwa,

8) uwzględnianie wszystkich istniejących opinii,

9) uprzedni charakter opinii w stosunku do decyzji mocodawcy,

10) działanie w granicach kompetencji.

Płynie z tego pouczająca lekcja dla polskich prawników-akademików podejmujących się roli doradców władz publicznych. Prawoznawstwo jako nauka polityczności nie musi, a nawet z pewnością wręcz nie powinno, oznaczać polityczności nauki. Nauka prawa nie nadaje się bowiem na koniunkturalny instrument w bieżącej walce politycznej — uczony wprawdzie nie musi być politycznie czy światopoglądowo bezstronny, musi jednak kierować się metodologicznym obiektywizmem i wskazaniami nauki. Możemy oczywiście zmieniać przyjęte paradygmaty, pod warunkiem wszakże, że taka zmiana jest efektem np. nowych odkryć, wnikliwych badań czy konsensusu osiągniętego w procesie racjonalnego naukowego dyskursu. Mówiąc nieco ironicznie, jeśli badania dowiodą, że najlepsze rezultaty interpretacyjne osiąga się, czytając akt prawny od tyłu, przyjmę to z pokorą. Na razie jednak pozostaję wierny dotychczasowym ustaleniom nauki prawa. Nie wolno nam więc poświęcać tych paradygmatów w celu osiągnięcia doraźnych celów politycznych.Inaczej prawoznawstwo przestaje być nauką czy nawet wysoko profesjonalnym rzemiosłem. Staje się kuglarstwem oraz stekiem koniunkturalnych bzdur i bredni zatopionych w sosie upolitycznienia. Losy nauki prawa w ustrojach autorytarnych i totalitarnych wydają się tego dosadnym przykładem. W polskim prawoznawstwie ta przeszłość nie jest przecież wcale aż tak odległa, by o niej nie pamiętać. ?

Autor jest profesorem, kierownikiem Katedry Teorii i Filozofii Prawa na Uniwersytecie Gdańskim