My, niżej podpisani, od wielu lat zajmujemy się roszczeniami reprywatyzacyjnymi, i – niech to zabrzmi patetycznie – jesteśmy z tego dumni. Reprezentujemy dawnych właścicieli lub ich następców prawnych. Praca ta, mimo że trudna i czasochłonna, daje jednak olbrzymią satysfakcję i bynajmniej nie tylko finansową. Po prostu: starając się (niekiedy skutecznie) o rozmaite formy zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone przez władze komunistyczne, mamy pewność, że stoimy po stronie dobra, że naprawiamy krzywdy.

Czy widzimy patologie? Oczywiście nie mamy twardych dowodów, ale wszystko wskazuje, że również tzw. reprywatyzacja nie była od nich wolna. Jak bowiem skomentować sytuację, gdy postępowanie prowadzone jest kilkanaście lat, a następnie, gdy już wyczerpany psychicznie i fizycznie spadkobierca dawnych właścicieli decyduje się swoje roszczenie zbyć, to takiemu „szczęśliwemu" nabywcy udaje się sprawę zamknąć w kilka miesięcy? Przyznajemy od razu: my tyle szczęścia nigdy nie mieliśmy.

Czyja to wina

Powstaje jednak pytanie: czyja to wina? I co robić?

Pewne jest dla nas jedno: nie należy wylewać dziecka z kąpielą; a wszelkie sanacyjne działania muszą być spokojne i przemyślane.

A odpowiedź na pierwsze pytanie? Nie jest to wina nabywców roszczeń, a tym bardziej ich zbywców. Nie jest to również, naszym zdaniem, wina potencjalnie usłużnych i interesownych urzędników (chyba że rzecz wkracza w rejon działania prawa karnego).

Z punktu widzenia systemowego winę za opisany stan rzeczy ponosi państwo polskie. Państwo, które przez ponad ćwierć wieku nie umie (czy też nie chce) rozwiązać problemu reprywatyzacji, zostawiając go niekompetentnym, i być może czasami skorumpowanym urzędnikom. Oraz nabywcom roszczeń, którzy – o paradoksie – zastępują państwo, wykonując przynależną mu funkcję odszkodowawczą.

Po każdej aferze następuje szczucie publiki na rzekomo pazernych kamieniczników , a w rzeczywistości osoby ciężko poszkodowane przez władze komunistyczne. Pamiętamy, jak w r. 2001 prezydent Aleksander Kwaśniewski zawetował rozsądną i kompleksową ustawę reprywatyzacyjną i nie możemy się oprzeć wrażeniu, że ci co mieli odzyskać, już odzyskali, całą resztę zainteresowanych można więc było spokojnie pozostawić swojemu losowi. Bo przecież: nie zrealizować zobowiązań wobec osób bezprawnie pozbawionych własności to tak jakby zaprzestać wykupu obligacji państwowych. Z jakiego powodu? A chociażby dlatego, że wierzyciele to (powiedzmy) spekulanci. I problem z głowy, nieprawdaż?

A teraz trochę reprywatyzacji na przykładach.

Przykład 1.

Reprezentujemy Panią Krystynę R. – wnuczkę profesora K., córkę wielce zasłużonej muzykolog Zofii K-R. W jej sprawie tzw., wniosek dekretowy o ustanowienie użytkowania wieczystego mieszkania dawno zmarłych rodziców jest rozpoznawany przez prezydenta miasta stołecznego Warszawy ponad 15 lat (trudno policzyć, ilu w tym czasie było owych prezydentów). Piętnaście lat procedury administracyjnej, licząc rzecz jasna od daty stwierdzenia nieważności decyzji Bieruta. Dlaczego tak długo? Nie wiemy. Żadne względy prawne (dajemy słowo) nie uzasadniają tak długiego czasu rozpoznania wniosku.

Z drugiej strony – o czym już wspomnieliśmy – jest powszechnie wiadomo, że wnioski dekretowe niektórych podmiotów, reprezentowanych przez niektórych pełnomocników są rozpoznawane w terminie wskazanym w art. 35 kodeksu postepowania administracyjnego, tj. bez zbędnej zwłoki (§ 3), ale „nie później niż w ciągu miesiąca, a sprawy szczególnie skomplikowanej – nie później niż w ciągu dwóch miesięcy (...)".

Przykład 2.

Historia opublikowana w artykule naszego autorstwa „PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO - słów kilka o dekrecie Bieruta" (http://www.rewindykacje.com/aktualnosci/ 35-dekret-bieruta-mienie-warszawskie-odszkodowanie-czy-zwrot-w-naturze-wieczyste-uzytkowanie).

Historia bez happy endu. Syn dawnego właściciela, owszem, może odzyskać nieruchomość (zasiedloną lokatorami) odebraną jego ojcu, ale musiałby zapłacić ok. półtora miliona złotych (tytułem zwrotu nakładów poniesionych na nieruchomość). W opisanej sytuacji zwrócił się on do Prezydent m. st. Warszawy z propozycją wygaszenia roszczeń za odszkodowaniem (mniej lub bardziej symbolicznym w tej sytuacji). Uzyskał jednak odpowiedź, że miasto w ogóle nie jest zainteresowane taką propozycją. Pozostaje zatem stan zawieszenia i niepewności. Dla wszystkich: lokatorów kamienicy, samego spadkobiercy dawnego właściciela, również dla miasta.

Czasem za łatwo

Często słyszymy, że sądy naprawiają bezprawie. Raz tak, raz nie. Nie chcemy rozwodzić się nad różnymi koncepcjami jurydyczno-dogmatycznymi, zmianami linii orzeczniczych, itp., ale wierzcie, czytelnicy, że droga sądowa to droga przez mękę. Osoby dotknięte taką reprywatyzacją przez lata toną w wielostronicowych pismach procesowych aby, dajmy na to, w kolejnym orzeczeniu zapadłym w sprawie dowiedzieć się, tak jak my ostatnio od poszerzonego składu Sądu Najwyższego, że wadliwa decyzja administracyjna będąca podstawą sprzedaży lokalu nie upoważnia do dochodzenia jakiegokolwiek odszkodowania za sprzedane mieszkanie (vide: uchwała Sądu Najwyższego w składzie siedmiu sędziów z 3 września 2015 r. o sygnaturze akt III CZP 22/15).

Z takich historii możemy napisać książkę, ale poza ramami artykułu jest analiza historyczna tzw. linii orzeczniczych przeplatających się w sprawach reprywatyzacyjnych. Często powodzenie procesu zależy po prostu od szczęścia, od tego, by w danym okienku czasowym się trafić na korzystną dla klienta linię orzeczniczą. Czy tak powinno wyglądać stosowanie prawa w państwie prawa? Mętna woda, w której pływają rekiny, dla których reprywatyzacja jest łatwa. Czasami za łatwa.

Gdzie jest ustawa, która przecięłaby ten węzeł gordyjski interesów, krzywd, patologii, nadziei? Niestety, III Rzeczpospolita nie zdobyła się, poza wskazaną próbą – tu ukłony dla senatora Piotra Andrzejewskiego, promotora ustawy – na systemowy akt prawny, który by chociaż spróbował ustalić ramy jurydyczne dla reprywatyzacji. To fundamentalne zaniechanie kładzie się cieniem na wszystkie sukcesy odniesione po roku 1989.

Raz jeszcze podkreślmy, iż wszelkie nerwowe i nieprzemyślane działania nakierowane na naprawę zaniechań ostatniego ćwierćwiecza będą szkodliwe. Procedury powinny się zakończyć (możliwie szybko i sprawnie). Skarb Państwa powinien dołożyć starań, by zamknąć postępowania sądowe, których przedmiotem są jakże często oczywiste roszczenia – np. poprzez podjęcie negocjacji i zawieranie ugód sądowych.

Nota bene, to też znamienny paradoks polskiej rzeczywistości: z jednej strony państwo polskie usilnie promuje (i słusznie) instytucję mediacji w procedurze cywilnej, a z drugiej procesowi przedstawiciele tego samego państwa – radcy Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa (i przedstawiciele statio fisci) z wielką niechęcią odnoszą się do zawierania ugód mogących zakończyć z pożytkiem dla obywatela i Skarbu Państwa proces sądowy., Jakże często usilnie i bez merytorycznego uzasadnienia kontynuując postępowanie z Sądem Najwyższym włącznie. Aż się prosi, by sformułować wręcz ustawowy nakaz prowadzenia mediacji w każdej sprawie, w której Skarb Państwa reprezentuje Prokuratoria Generalna.

Ze zgrozą obserwujemy, jak po ujawnieniu kolejnej afery znani dziennikarze autorytatywnie stwierdzają, że reprywatyzacja to proces „złodziejski" i niezwłocznie należy ją zakończyć.

Czemu „złodziejska" i czemu ma być zakończona?

Czy tylko dlatego, że wobec bałaganu, przewlekłości postępowań i niechęci do zadośćuczynienia krzywdom niektórzy nieuczciwi ludzie znaleźli drogę na skróty i np.: posłużyli się sfałszowanymi dokumentami? Temu podobne, ogólne i kategoryczne stwierdzenia budzą nasz zdecydowany sprzeciw. W szczególności postulat zakończenia procesów reprywatyzacyjnych wręcz prowadzi do podważenia zaufania obywateli do państwa. Nieuczciwi ludzie, mówiąc kolokwialnie, powinni iść siedzieć.

Czy mamy prawo?

Tym bardziej jednak uczciwi obywatele i ich rzeczywiste roszczenia powinny znaleźć zrozumienie u wszystkich organów administracji i w sądach. Weźmy – wspólnie – w obronę spadkobierców dawnych właścicieli. To właśnie z tych środowisk pochodzili AK-owcy, NSZ-towcy, powstańcy warszawscy, żołnierze wyklęci, osoby represjonowane w czasach komunizmu.

Słychać w mediach, iż weszła w życie tzw. mała ustawa reprywatyzacyjna (ściśle: to ustawa z 25 czerwca 2015 r. o zmianie ustawy o gospodarce nieruchomościami oraz ustawy – Kodeks rodzinny i opiekuńczy, DzU z 2016 r., poz. 1271; zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, a Trybunał Konstytucyjny 19 lipca 2016 r. orzekł jej zgodność z Konstytucją RP (KP 3/15). Nowela ta wchodzi w życie nomen omen 17 września 2016 r].

Na tym przykładzie widać, jak słowa potrafią kreować rzeczywistość. Ta ustawa ma niewiele wspólnego z reprywatyzacją. Jest w istocie dalszą nacjonalizacją – i to bez odszkodowania. Przecież dodany ww. ustawą art. 214a ustawy o gospodarce nieruchomościami stanowi, iż można odmówić ustanowienia prawa użytkowania wieczystego na rzecz poprzedniego właściciela gruntu na podstawie nowych, dość szeroko zdefiniowanych przesłanek (których nie było wcześniej w dekrecie Bieruta). Mianowicie, ze względu na:

1) przeznaczenie lub wykorzystywanie na cele publiczne;

2) sprzedaż lub oddanie w użytkowanie wieczyste na rzecz osób trzecich;

3) zabudowę przez Skarb Państwa lub jednostkę samorządu terytorialnego dokonaną po dniu wejścia w życie dekretu Bieruta, której wartość przenosi znacznie wartość zajętego na ten cel gruntu;

4) odbudowę lub remont, dokonany ze środków publicznych, zniszczonych w latach 1939–1945 więcej niż w 66%;

5) brak możliwości dokonania zgodnego z prawem i ładem przestrzennym podziału nieruchomości.

Bez jakiegokolwiek odszkodowania!!!

Jak widać, urzędnicy miasta st. Warszawy dostali wygodny instrument skutecznego zablokowania tzw. zwrotów w naturze nieruchomości odebranych dekretem Bieruta.

Kończąc, zadajemy publicznie pytania, i niech każdy sam dla siebie znajdzie odpowiedź:

Czy możemy być dumni z Państwa tak funkcjonującego jak to zostało opisane (i tak jak o tym powszechnie wiadomo)?

Czy możemy wymagać od organów Państwa, by surowo ukarało pospolitych przestępców, jednak by zarazem po raz kolejny nie skrzywdziło już i tak dotkliwie skrzywdzonych?

Czy mamy prawo domagać się od Skarbu Państwa, by uczciwie przeanalizował roszczenia dochodzone w sądach i zamiast stosować wszelkie sposoby i każdą argumentacją służącą uchyleniu się od odpowiedzialności (a co najmniej przedłużeniu postepowania) rozpoczął proces mediacji, tak by z dawnymi właścicielami zawierać ugody sądowe (co per saldo pozwoli ograniczyć koszty reprywatyzacji dla Skarbu Państwa)?

Czy Państwo Polskie (członek Unii Europejskiej i strona niezliczonej ilości traktatów mówiących o wolności, prawach człowieka, demokracji, itp.) nie powinno jednak zdobyć się na wysiłek i zmierzyć się z problemem reprywatyzacji tak, by podwaliny III/IV (dowolne skreślić) RP oparte były na uczciwym rozliczeniu z niezwykle bolesną przeszłością?

Autorzy są warszawskimi adwokatami