Paweł Łepkowski: Niemcy muszą zapłacić. Znacie te niemieckie marki? Poznajcie ich ponurą historię

Żaden polski rząd ani żadna partia nie ma prawa zrzec się w imieniu swoich wyborców należnych wszystkim Polakom reparacji wojennych od Niemiec. Przyjrzyjmy się, do czyich majątków trafiły zrabowane dobra naszych przodków i dla kogo harowali Polacy łowieni niczym zwierzęta w czasie łapanek. A lista jest długa.

Publikacja: 03.07.2024 14:15

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz i premier Donald Tusk w Warszawie

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz i premier Donald Tusk w Warszawie

Foto: REUTERS/Lukasz Glowala

„Niemcy znają powagę swojej winy, swoją odpowiedzialność za miliony ofiar niemieckiej okupacji i misję, która z niej wynika” – oświadczył niemiecki kanclerz federalny Olaf Scholz na wspólnej konferencji prasowej z premierem Donaldem Tuskiem. Dlaczego zatem pan kanclerz uważa temat reparacji wojennych za zamknięty? Przecież niemiecka napaść i niespotykany w historii świata terror Niemców w okupowanej Polsce miały wpływ na wszystkich Polaków żyjących po 1939 r. Sprawa odszkodowań wojennych nie jest jedynie kwestią jakichś resztkowych wypłat dla nielicznych żyjących jeszcze ofiar niemieckiego bestialstwa. To kwestia sprawiedliwości dziejowej wobec wszystkich pokoleń Polaków żyjących po 1939 r. – ludzi, którzy przez wojnę i masową grabież polskiego majątku narodowego stracili szansę na awans społeczny na poziomie społeczeństw zachodnich.

Czytaj więcej

Donald Tusk: Reparacje z punktu widzenia Niemiec są zamknięte. Mają argumenty na rzecz tej tezy

A co z kumulacją dóbr odziedziczonych po przodkach? Dlaczego kanclerz i klasa polityczna Niemiec odmawia mnie i mojej rodzinie należnych nam odszkodowań za spalone w powstaniu nieruchomości, wielowiekowe pamiątki rodowe i za utraconą godność moich dziadków? Jestem jednym z milionów Polaków, którym nie dane było odziedziczyć majątku rodzinnego, bo został zniszczony lub rozkradziony przez Niemców. Należy z całą siłą podkreślić słowo „rozkradziony”, bowiem dobrobyt powojenny Republiki Federalnej Niemiec opierał się na dwóch źródłach: majątku zagrabionym przez niemieckie hordy w całej Europie i na gigantycznej pomocy materialnej udzielonej Niemcom przez Amerykanów w ramach Planu Marshalla.

Gdzie trafiły zrabowane w Polsce majątki naszych przodków?

Dla kogo harowali Polacy łowieni niczym zwierzęta w czasie łapanek? Czyje majątki w Niemczech zasiliły zrabowane dobre? Lista jest długa. Czy ją znamy? Oczywiście. Otwierają ją zakłady Kruppa, które od 1937 r. w ramach planu czteroletniego produkowały dla wojska lokomotywy i ciężarówki. Od 1941 r. stocznia Krupp Germania została rozszerzona o przejęte zakłady Deutsche Schiff und Maschinenbau AG Deschimag, w których rozpoczęto produkcję okrętów i łodzi podwodnych. Szacuje się, że podczas II wojny światowej zakłady Thyssen i Krupp wykorzystały niewolniczo 100 tys. robotników przymusowych, jeńców wojennych i Żydów, aby zrekompensować braki niemieckiej siły roboczej. Właścicielem tej firmy był zagorzały nazista i sponsor Hitlera, przemysłowiec Alfried Felix Krupp von Bohlen und Halbach (1907–1967), który ściśle współpracował z SS. W liście z 7 września 1943 r. pisał: „Co się tyczy współpracy naszego biura technicznego we Wrocławiu, mogę tylko powiedzieć, że między tym biurem a Auschwitz istnieje i jest zapewnione na przyszłość najściślejsze porozumienie”.

Sprawa odszkodowań wojennych nie jest jedynie kwestią jakichś resztkowych wypłat dla nielicznych żyjących jeszcze ofiar niemieckiego bestialstwa

8 grudnia 1947 r. rozpoczął się przed amerykańskim trybunałem proces Kruppa. Według jednego ze świadków, nawet gdy było już jasne, że wojna została przegrana, „Krupp uważał za swój obowiązek zmusić 520 żydowskich dziewcząt, z których niektóre były jeszcze dziećmi, do pracy w najbardziej brutalnych warunkach w samym sercu koncernu w Essen”. 31 lipca 1948 r. amerykańscy sędziowie skazali Kruppa na 12 lat więzienia. Śmiesznie niski wyrok wobec bezmiaru win tego zbrodniarza. Z pomocą władz RFN Krupp wyszedł z więzienia już w 1951 r. po zaledwie niecałych trzech latach odbywania kary. Żył w bogactwie do śmierci w 1967 r. Władze RFN żegnały go z honorami jako człowieka zasłużonego w powojennej odbudowie Niemiec. W tym czasie w Polsce przedwcześnie umierały dziesiątki tysięcy ludzi, którzy utracili zdrowie przez niemieckie bestialstwo.

Znacie te niemieckie marki? Poznajcie ich ponurą historię

Lista niemieckich zakładów pracy, organizacji, fabryk, sklepów, magazynów czy wreszcie zwykłych gospodarstw rolnych, które korzystały z pracy niewolniczej podbitych narodów europejskich, jest tak samo długa jak lista niemieckich zbrodniarzy wojennych. Należy jednak pamiętać o tym, że otwiera ją 80 największych niemieckich korporacji, które nadal są niezwykle ważne na gospodarczej mapie świata. Żeby uzmysłowić sobie, z czym mamy do czynienia, przedstawię tylko kilka z tych firm i ich „dokonania”. Zapewne każdy z nas rozpozna te nazwy, choć nie każdy wie, jaki horror się za nimi kryje. Zacznę więc od firm motoryzacyjnych.

Ten ponury wykaz otwiera firma Adler, która w 1944 r. wystąpiła do Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS z wnioskiem o przydział do niewolniczej pracy więźniów obozów koncentracyjnych. Dość powiedzieć, że od sierpnia 1944 do 24 marca 1945 r. w podobozie obozu koncentracyjnego Natzweiler-Struthof o kryptonimie Katzbach zatrudnionych było około 1600 osób pracujących za darmo dla firmy Adler. Ze strony https://kz-adlerwerke.de/de/orte/kz/einleitung.html dowiadujemy się, że „około jednej trzeciej więźniów tych obozów koncentracyjnych zmarło na terenie istniejącego do dzisiaj zakładu Adlera we Frankfurcie, a ponad 700 wywieziono do innych obozów, ponieważ byli zbyt słabi, by pracować. Ostatecznie przeżyła tylko niewielka część zamkniętych w zakładach Adlera. 24 marca 1945 r. około 350 więźniów wyruszyło w marszu śmierci do obozu koncentracyjnego Buchenwald – przez Hanau, Schluechtern, Fuldę i Hünfeld”.

Gdzie trafiły zrabowane w Polsce majątki naszych przodków? Czyje majątki w Niemczech zasiliły? Dla kogo harowali Polacy łowieni niczym zwierzęta w czasie łapanek? Lista jest długa. Czy ją znamy? Oczywiście.

Kolejne na tej ponurej liście są zakłady Audi. Polecam lekturę artykułu „Slave probe exposes Audi’s nazi past” autorstwa niemieckiej dziennikarki Josie Le Blond. Dowiadujemy się, że w czasie II wojny światowej firma zatrudniała na dużą skalę niewolników z obozu koncentracyjnego Leitmeritz. W 2014 r. firma Audi opublikowała raport, z którego wynika, że Auto Union ponosiło „moralną odpowiedzialność” za śmierć 4500 więźniów Leitmeritz.

Także zakłady BMW, niemiecka filia Forda, Porsche i Mercedes-Benz korzystały z niewolniczej siły roboczej i ponoszą odpowiedzialność za krzywdy, jakie uczyniono tym ludziom. Amerykański historyk David de Jong, autor książki „Nazi Billionaires: The Dark History of Germany’s Wealthiest Dynasties”, jest przekonany, że Ferdinand Porsche, dyrektor generalny fabryki Volkswagena w Wolfsburgu koło Fallersleben, był osobiście odpowiedzialny za śmierć wielu pracowników zagranicznych zmuszonych do wyczerpującej pracy w jego zakładach. Istniało kilka ogrodzonych i strzeżonych fabryk oraz podobozów koncentracyjnych dla robotników przymusowych, którzy musieli pracować w strasznych warunkach w Wolfsburgu. Większość z nich nie dożyła wyzwolenia.

Tymczasem Ferdinand Porsche, podobnie jak inni podobni mu przedsiębiorcy dorabiający się na życiu setek tysięcy porwanych ze swoich domów Europejczyków, żył dostatnio po II wojnie światowej i bez problemów przekazał swoją firmę synowi. Potomkowie i spadkobiercy zbrodniarzy przemysłowców nadal korzystają z dorobku wojennego swoich rodziców. Dzisiaj stanowią część elity finansowej Niemiec i wspierają aspirujących do najwyższych urzędów państwowych polityków. Szczególnie tych, którzy uważają, że „pod względem moralnym Niemcy rozliczyły się już ze wszystkich zbrodni II wojny światowej”. Czy to z nimi mamy zacieśnić naszą współpracę gospodarczą, jak proszą kanclerz Scholz i premier Tusk?

Wizyta Olafa Scholza w Warszawie to wizerunkowa porażka

Inaczej to widzą jednak niemieccy korespondenci. „Dobrze się stało, że polsko-niemieckie konsultacje rządowe mogły ponownie odbyć się w Warszawie” – pisze komentator dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung„ (FAZ) dodając, że wprawdzie lata, w których „PiS angażował się w antyniemiecką propagandę, nie spowodowały ostatecznie nieodwracalnych szkód, ale dwustronne stosunki nie wykorzystały swojego potencjału”. Naszym zachodnim sąsiadom trudno jest zrozumieć, że domaganie się od Niemiec olbrzymich reparacji wojennych to nie obszar antyniemieckiej propagandy jakiegoś środowiska politycznego, ale kwestia elementarnej sprawiedliwości dziejowej.

Czytaj więcej

Niemiecka prasa komentuje spotkanie Tuska z Scholzem. „Nie będzie polsko-niemieckiego miesiąca miodowego”

Najcelniej, choć w bardzo dyplomatycznym tonie, wyraził to na początku tego roku minister Radosław Sikorski: „Niemcy przyznają, że mają dług moralny wobec Polski. Zabiegamy o to, żeby to poczucie winy znalazło swój materialny wyraz”. Nic dodać, nic ująć. Ale to nie mogą być resztki z pańskiego stołu. Mamienie nas jakimiś planami gospodarczymi i obronnymi w zamian za reparacje jest przejawem wyjątkowej arogancji. Czy w Berlinie wierzą, że jesteśmy aż tak naiwni lub wręcz głupi? Odszkodowania wojenne nie mogą nigdy stać się narzędziem polskiej ani niemieckiej polityki zagranicznej. Kwestia reparacji za zbrodnie wojenne III Rzeszy nie jest problemem politycznym, ale zagadnieniem prawnym. Nie jest też próbą ukarania współczesnych Niemców za czyny ich dziadków i rodziców, ale zwyczajnym upomnieniem się o elementarną sprawiedliwość. Chodzi o zasadę doskonale znaną Niemcom, że ogół praw i obowiązków należących do spadkodawcy przechodzi na spadkobiercę. Dotyczy to wszystkich zobowiązań. Z przyczyn oczywistych polscy politycy nie powinni się zatem spierać na forum publicznym o to, czy należą nam się odszkodowania, ale co zrobić, aby sprawnie uzyskać tę rekompensatę. To sposób realizacji tego zadania jest wyzwaniem, a nie dowiedzenie niemieckiego ludobójstwa i wandalizmu. Ta sprawa nie może wracać jedynie przy okazji kolejnych kampanii wyborczych czy okazjonalnych odwiedzin niemieckich polityków.

Odszkodowania dla Polski to kwestia przyzwoitości

Zgodnie z zasadą retrybutywizmu zbrodnia winna być ukarana bezdyskusyjnie i proporcjonalnie do czynu i winy sprawcy. A ta w przypadku niemieckiej napaści i terroru okupacyjnego nie pozostawia żadnych wątpliwości.

Wybitny krakowski teoretyk prawa prof. Edmund Krzymuski ostrzegał: naród, który raz odstąpi od zasady sprawiedliwości, nie będzie przestrzegał tej najważniejszej reguły sądzenia także w przyszłości. Nie możemy oczekiwać szacunku dla heroizmu naszych dziadków i ojców, odkłamywania historii o naszej roli w II wojnie światowej, rzetelnych światowych badań historycznych na temat Polski, jeżeli nie potrafimy się upomnieć o to, co nam się zwyczajnie należy. I nie dajmy się zastraszyć cynicznymi pogróżkami o końcu Unii Europejskiej. Ta wspólnota musi być budowana na prawdzie i sprawiedliwości historycznej. Inaczej, zatruta kłamstwem, rozpadnie się jak Święte Przymierze 100 lat temu.

Lista niemieckich zakładów pracy, organizacji, fabryk, sklepów, magazynów czy wreszcie zwykłych gospodarstw rolnych, które korzystały z pracy niewolniczej podbitych narodów europejskich, jest tak samo długa jak lista niemieckich zbrodniarzy wojennych

Zgodnie z prawem międzynarodowym reparacje wojenne to forma rekompensaty finansowej wypłacanej przez tę stronę konfliktu zbrojnego, która dokonała napaści bez wypowiedzenia wojny i łamała przy tym postanowienia konwencji haskich z 1899 i 1907 roku. Przykładów łamania przez Niemców w latach 1939–1945 tych umów międzynarodowych jest bez liku. Wystarczy na początek wspomnieć, że już 1 września 1939 r. o godz. 4.40 dwie eskadry bombowców nurkujących typu Ju-87B dokonały kilku nalotów na położony w województwie łódzkim Wieluń, niewielkie miasto bez strategicznego znaczenia. Pominąwszy historyczny spór, czy to bombardowanie rozpoczęło II wojnę światową, należy podkreślić, że mieszkańcy Wielunia byli pierwszymi ofiarami ludobójstwa w czasie tego konfliktu. W wyniku niczym nieuzasadnionego terroru niemieckiego lotnictwa śmierć mogło ponieść nawet ponad 2 tys. osób.

O godz. 6 rano, nieco ponad godzinę po pierwszym nalocie na Wieluń, niemieckie bomby spadły także na obiekty wojskowe w Warszawie. Polską stolicę zaatakował niemiecki dywizjon z Prus Wschodnich. 25 września 1939 r. ponad 400 samolotów Luftwaffe przez 11 godzin zrzucało na Warszawę setki ton bomb. Był to pierwszy w historii II wojny światowej nalot dywanowy na europejską metropolię. Z kolei podczas powstania warszawskiego Niemcy, łamiąc konwencje haskie, wykorzystywali polskich cywilów, w tym głównie kobiety i dzieci, jako żywe tarcze osłaniające natarcie ich oddziałów.

Mit „szlachetnego" Wehrmachtu 

To zaledwie czubek góry lodowej. Po wojnie Niemcy starali się wybielać swoje wojsko. Winę za zbrodnie zrzucali na „nazistów" i SS, przedstawiając korpus oficerski Wehrmachtu jako elitarny klub pruskich junkrów kierujących się głębokimi zasadami moralnymi. Być może wśród dowództwa regularnego niemieckiego wojska byli ludzie przyzwoici, wstrząśnięci ogromem potworności dokonywanych przez SS, ale fakty historyczne obciążają także armię niemiecką, i to od pierwszych dni wojny.

Oburzeni mordem na polskich oficerach w Katyniu zapominamy, że Niemcy zabili jesienią 1939 r. tysiące polskich jeńców wojennych. Skala okrucieństwa wobec polskich jeńców nie miała precedensu w historii. Żołnierzy palono żywcem lub całymi oddziałami rozstrzeliwano. Nawet w obozach jenieckich, gdzie powinny były obowiązywać zasady określane prawem międzynarodowym, niemieccy strażnicy zabawiali się strzelaniem do polskich jeńców. Warto sięgnąć po książkę „Najazd 1939. Niemcy przeciw Polsce" niemieckiego historyka Jochena Böhlera, aby zrozumieć, że nie było w dziejach świata większego barbarzyństwa niż to, które zademonstrowali nasi zachodni sąsiedzi w latach II wojny światowej.

10 września 1939 r., kiedy jeszcze broniła się Warszawa i wierzono w szybkie kontruderzenie Francji i Anglii, na dziedzińcu kościoła w Piasecznie zastrzelono strzałem w głowę 15 polskich żołnierzy. 20 września w Majdanie Wielkim Niemcy zatłukli 40 polskich żołnierzy. 150 polskich jeńców wziętych do niewoli podczas bitwy nad Bzurą zostało rozstrzelanych z karabinu maszynowego. W Uryczu niedaleko Drohobycza zabito 100 żołnierzy 4. Pułku Strzelców Podhalańskich, a w Zakroczymiu żołnierze niemieckiej dywizji pancernej „Kempf" brutalnie zmasakrowali 600 obrońców Twierdzy Modlin.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Panie Scholz, szacunek zamiast lekceważenia

To zaledwie początek długiej listy zbrodni, za które Bundeswehra powinna płacić dożywotnie odszkodowania rodzinom pomordowanych. Tymczasem po wojnie niemieccy oficerowie, którzy rozkazywali zabijać polskich żołnierzy, cieszyli się uznaniem zasłużonych dla ojczyzny, często poszkodowanych przez zwycięzców, nobliwych kombatantów armii niemieckiej.

Niemiecka okupacja była hekatombą dziejową

Zbrodnie na polskich żołnierzach budzą wstręt. Ale nie ma określenia dla horroru zgotowanego przez Niemców polskiej ludności cywilnej. W latach 1939–1945 na każdy tysiąc mieszkańców zabitych zostało 220 osób, a w niemieckich kazamatach zamordowano ponad 80 proc. polskiej inteligencji. Nie chodzi tu o straty populacyjne będące nieuniknionym efektem gigantycznych działań wojennych prowadzonych na naszym terytorium w 1939 r. i na przełomie lat 1944 i 1945. To wynik ludobójstwa – planowanej w szczegółach, uzasadnionej ideologicznie, precyzyjnie skalkulowanej finansowo, rabunkowej eksterminacji obywateli polskich różnych wyznań.

Polska straciła 38 proc. przedwojennego majątku narodowego, 90 proc. dóbr kultury narodowej i 90 proc. infrastruktury przemysłowej. Tymczasem przedstawiciele rządu Olafa Scholza, podobnie jak wcześniej Angeli Merkel, uważają, że sprawa odszkodowań wojennych dla Polski jest uregulowana „z punktu widzenia moralnego". Zdumiewa, że w epoce obsesyjnej poprawności politycznej wysoki rangą przedstawiciel rządu federalnego wypowiada się w tak karygodny sposób. Zamordowanie milionów obywateli polskich i niezapłacenie grosza reparacji wojennych jest „uregulowane moralnie"?

Nauczycielom historii polecam czytanie uczniom na lekcjach fragmentów „Sprawozdania Biura Odszkodowań Wojennych w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski 1939–1945" sporządzonego przez Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów w 1947 r. Ta lektura działa na wyobraźnię i budzi grozę. Jeżeli polscy uczniowie zadają pytanie, dlaczego żyje się lepiej w Niemczech niż w Polsce, to odpowiedź jest prosta: Niemcy w czasie II wojny światowej zrujnowali Polskę jak żadna inna katastrofa w dziejach, a część swojego dobrobytu oparli na kapitale rabowanym w całej Europie.

W czasie tego typu dyskusji pojawia się zazwyczaj argument, że po 1945 r. Polska przejęła znaczący fragment terytoriów wschodnich III Rzeszy. Należy podkreślić z całą stanowczością, że te zmiany graniczne nie stanowią ekwiwalentu odszkodowań wojennych, lecz są suwerenną decyzją zwycięskich mocarstw zawartą w tzw. deklaracji poczdamskiej. Z tego punktu widzenia uznanie polskiej granicy zachodniej przez rząd RFN w 1970 r., na co powołują się urzędnicy niemieccy, jest bez znaczenia dla powojennego ładu w Europie. Granicą jest i zawsze będzie Odra.

„Niemcy znają powagę swojej winy, swoją odpowiedzialność za miliony ofiar niemieckiej okupacji i misję, która z niej wynika” – oświadczył niemiecki kanclerz federalny Olaf Scholz na wspólnej konferencji prasowej z premierem Donaldem Tuskiem. Dlaczego zatem pan kanclerz uważa temat reparacji wojennych za zamknięty? Przecież niemiecka napaść i niespotykany w historii świata terror Niemców w okupowanej Polsce miały wpływ na wszystkich Polaków żyjących po 1939 r. Sprawa odszkodowań wojennych nie jest jedynie kwestią jakichś resztkowych wypłat dla nielicznych żyjących jeszcze ofiar niemieckiego bestialstwa. To kwestia sprawiedliwości dziejowej wobec wszystkich pokoleń Polaków żyjących po 1939 r. – ludzi, którzy przez wojnę i masową grabież polskiego majątku narodowego stracili szansę na awans społeczny na poziomie społeczeństw zachodnich.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Kukiz z Ardanowskim. Mały sojusz, który może wstrząsnąć wielkimi planami Kaczyńskiego i PiS
Opinie polityczno - społeczne
Joanna Ćwiek-Świdecka: Czym różni się Jarosław Kaczyński od Janusza Korczaka?
felietony
Gambit Emmanuela Macrona i polskie karpie cieszące się na Wigilię
Opinie polityczno - społeczne
Daniel Jankowski: W upamiętnianiu powstania warszawskiego nie chodzi o spieranie się, czy było warto
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Opinie polityczno - społeczne
Marek Kozubal: Rzeź wołyńska w naszych głowach
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą