Paweł Łepkowski: Izraelscy jastrzębie przegrywają z amerykańskimi demokratami

Joe Biden publicznie ostrzegł Izrael, że USA przestaną dostarczać temu państwu broń, jeśli siły izraelskie dokonają inwazji na miasto Rafah w Strefie Gazy. Ta wypowiedź podzieliła środowisko amerykańskich Żydów.

Publikacja: 15.05.2024 19:49

Paweł Łepkowski: Izraelscy jastrzębie przegrywają z amerykańskimi demokratami

Foto: AFP

W całej historii USA nigdy tak wiele osób pochodzenia żydowskiego nie zasiadało na najwyższych stanowiskach w Waszyngtonie jak w czasie pierwszej kadencji prezydenckiej Baracka Obamy. Nie jest żadną tajemnicą, że właśnie to środowisko odegrało kluczową rolę organizacyjną w kampanii prezydenckiej Obamy z 2008 roku. Świadczy o tym choćby to, że na jej czele stał Rahm Israel Emanuel, zagorzały ultrasyjonista z Illinois, który prawdopodobnie ze względu na silny konflikt dworski z pierwszą damą Michelle Obamą musiał zrezygnować w 2010 roku z niezwykle wpływowego stanowiska szefa sztabu Białego Domu.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Bombowe groźby Joe Bidena. Dlaczego USA zmieniają podejście do Izraela?

Rezygnacja Rahma Emanuela z kluczowej posady przy najważniejszym urzędzie w państwie była prawdopodobnie podyktowana także poglądami Emanuela w kwestii polityki bliskowschodniej. Prezydent Obama, który przy ogromnym wsparciu amerykańskich syjonistów dokonał niewyobrażalnego skoku w karierze politycznej od mało znanego działacza lokalnego w Chicago do prezydenta USA, z zadziwiająco skutecznym uporem opierał się już jako prezydent przed wciągnięciu amerykańskich sił zbrojnych w narastający konflikt między Iranem i Izraelem. Podejrzewa się, że na przyjęcie tej postawy decydujący wpływ miał wiceprezydent Joe Biden, katolik pochodzenia irlandzkiego, który bez wątpienia był silnie skonfliktowany z Rahmem Emanuelem.

,,Żydzi przejęli całkowitą kontrolę nad Białym Domem i Kongresem USA”

Zdumiewające, że sam Barack Obama, o którym mówiono, że jest marionetką wyciągniętą z kapelusza, tak skutecznie potrafił opierać się niewątpliwym naciskom ze strony otaczających go przedstawicieli lobby proizraelskiego. Helen Thomas, nestorka amerykańskiego dziennikarstwa, legendarna reporterka United Press International, stwierdziła bez żadnych ogródek w marcu 2011 roku, że ,,Żydzi przejęli całkowitą kontrolę nad Białym Domem i Kongresem USA”. Amerykańskie media zawrzały, kiedy słynna dziennikarka stwierdziła dodatkowo, że ,,okupujący Palestynę Żydzi” powinni dobrowolnie powrócić ,, do Niemiec, Polski i Stanów Zjednoczonych, skąd przyjechali i gdzie jest ich miejsce”. Oczywiście Helen Thomas natychmiast straciła posadę w Hearst Co. i została obłożona anatemą poprawnych politycznie mediów amerykańskich.

Zapytana w wywiadzie przeprowadzonym przez miesięcznik ,,Playboy”, czy naprawdę uważa, że Żydzi nie powinni zamieszkiwać na terenach dzisiejszego Izraela, odpowiedziała: ,,Izraelici mają prawo istnieć, ale tylko tam gdzie się urodzili”. Oskarżona o klasyczny antysemityzm Helen Thomas odpowiedziała: ,,Nie jestem antysemitką, ale jestem antysyjonistką. Uważam, że Żydzi to wspaniali ludzie mający serce dla wszystkich, tylko nie dla Arabów”.

Prezydent Obama, który przy ogromnym wsparciu amerykańskich syjonistów dokonał niewyobrażalnego skoku w karierze politycznej od mało znanego działacza lokalnego w Chicago do prezydenta USA, z zadziwiająco skutecznym uporem opierał się już jako prezydent przed wciągnięciu amerykańskich sił zbrojnych w narastający konflikt między Iranem i Izraelem

Helen Thomas zmarła rok później w wieku 93 lat. Jej zasługi dla budowania uczciwego, rzetelnego i etycznego dziennikarstwa są niepodważalne. Oczywiście nie była też żadną antysemitką ani rasistką, ale zawsze obiektywną publicystką, uczciwie opisująca rzeczywistość, która ją otacza. Nie doczekała prezydentury Joe Bidena, ale zapewne pochwaliłaby jego stanowczy sprzeciw wobec łamania praw wojennych przez rząd Beniamina Netanjahu w Strefie Gazy.

Czy silne lobby żydowskie w Ameryce to mit?

Czy Helen Thomas można oskarżyć o konfabulacje lub wyolbrzymianie wpływów lobby żydowskiego na amerykański system władzy? Żydzi lub osoby pochodzenia żydowskiego stanowią zaledwie 1,7 proc. ludności Stanów Zjednoczonych, jednak w czasie pierwszej kadencji Baracka Obamy zajmowali 35 proc. najwyższych stanowisk w prezydenckiej administracji. Ich – jako to niektórzy nazywali – „nadreprezentatywność” w Białym Domu była widoczna gołym okiem.

Wśród tej grupy największy wpływ na prezydenta mieli David M. Axelrod (osobisty doradca polityczny Obamy) oraz Jared Bernstein (osobisty doradca ekonomiczny wiceprezydenta Bidena, uważany za głównego architekta programu ekonomicznego Obamy). W drugim obiegu zaczęły krążyć opinie, że lobby żydowskie oddziałuje także na instytucje rzekomo niezależne od administracji rządowej, w tym głównie na FED, bank centralny USA. Czterech najwyższych członków Zarządu Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej (The Federal Reserve Board of Governors) to panowie Bernanke, Kohn, Warsh i Kroszner.

Wymienione nazwiska to dopiero początek długiej listy Amerykanów żydowskiego pochodzenia, którzy pod przywództwem Obamy zajmowali wpływowe stanowiska w rządzie federalnym. Wspomnę jeszcze o sekretarzu skarbu USA Timie Geithnerze, Garym Genslerze, przewodniczącym Commodity Futures Trading Commission – niezależnej agencji kontroli handlu, radcy prawnej prezydenta Elen Kagan, Ronie Klainie – szefie sztabu wiceprezydenta USA, dyrektorce systemu komunikacji Białego Domu z prasą Ellen Moran czy Pennym Pritzkerze, kierującym finansami kampanii wyborczej Obamy.

Żydzi lub osoby pochodzenia żydowskiego stanowią zaledwie 1,7 proc. ludności Stanów Zjednoczonych, jednak w czasie pierwszej kadencji Baracka Obamy zajmowali 35 proc. najwyższych stanowisk w prezydenckiej administracji

Czy to oznacza, jak twierdzą poszukiwacze teorii spiskowych, że środowisko żydowskie nie tylko zmonopolizowało wówczas niemal całkowicie kluczowe stanowiska ekonomiczne w rządzie federalnym Stanów Zjednoczonych, ale było również odpowiedzialne za sukces wyborczy Baracka Obamy z 2008 roku? Czy Obama i Biden okazali się w takim razie fatalnym wyborem tych ludzi?

Rahm Emanuel: żydowski jastrząb w Białym Domu

Wspomniane osoby pochodzenia żydowskiego z otoczenia 44. prezydenta USA nie mogły być obojętne na los państwa Izrael. Wspomniany animator sukcesu wyborczego Obamy, późniejszy burmistrz Chicago Rahm Emanuel, słynął ze swoich skrajnie syjonistycznych poglądów, które nabył w środowisku rodzinnym i w prywatnej żydowskiej szkole podstawowej The Bernard Zell Anshe Emet Day School. Na poglądy rodziny Emanuela silny wpływ miała śmierć jego stryja Emanuela Auerbacha, zastrzelonego w 1948 roku przez bojowników arabskich. Legenda o bohaterskiej śmierci brata ojca wpłynęła zapewne na decyzję o wstąpieniu Rahma do armii izraelskiej w 1991 roku.

Formalnie każdy Amerykanin służący w siłach zbrojnych obcego państwa lub składający przysięgę wierności obcemu rządowi automatycznie traci amerykańskie obywatelstwo. Tak jednak nie stało się w przypadku Rahma Emanuela i większej liczby Amerykanów, którzy okazjonalnie przywdziewają izraelskie mundury. Kongregacja Anshe Sholom B'nai Israel, do której należała rodzina Emanuelów, podkreślała ich niezwykłe zaangażowanie w sprawy obronności Izraela. Można więc śmiało przypuszczać, że najważniejszy zausznik Obamy w latach 2008–2010  i jego polityczny trener musiał wielokrotnie przekonywać swojego politycznego wspólnika do wsparcia izraelskiego ataku prewencyjnego na Iran i akcji pacyfikacyjnych w Strefie Gazy.

Czytaj więcej

Dylemat Beniamina Netanjahu. Joe Biden wyznacza granicę solidarności z Izraelem

Z niewiadomych jednak powodów Barackowi Obamie nie tylko udało się odrzucić namowy stronniczych politycznych doradców, ale wręcz jasno dać im do zrozumienia, podobnie jak premierowi Izraela, że o żadnej pomocy militarnej do końca jego kadencji nie może być mowy. Jak wielkie poruszenie i niezadowolenie wywołała ta postawa w środowisku amerykańskich syjonistów świadczyć może tekst Andrew Adlera, właściciela „Atlanta Jewish Times”, który pozwolił stwierdzić, że ,,Izrael powinien rozważyć zamach na Obamę”.

Nie trzeba bogatej fantazji, żeby wyobrazić sobie katorgę, jaką przeszłaby gazeta wydawana przez białą chrześcijańską społeczność, która pozwoliłaby sobie na wydrukowanie komentarza w stylu wypowiedzi pana Adlera. Jednak jawne krytykowanie Obamy za postawę ,,antyizraelską” było powszednie w prasie syjonistycznej.

Żydzi antysyjoniści. Wspólne demonstracje uliczne ortodoksyjnych Żydów i palestyńskich imigrantów przeciw Izraelowi

Dlaczego w odniesieniu do tych mediów używam słowa ,,syjonistyczne”? Ponieważ jest też część prasy żydowskiej, wydawanej przez grupy religijnych ortodoksów, które są skrajnie wrogo ustosunkowane do idei odbudowy i obrony nowożytnego Izraela. To środowisko wychwalało zdystansowaną politykę Baracka Obamy.

Ci Żydzi z całym przekonaniem poparli propozycję prezydenta Obamy przywrócenia bliskowschodnich granic z 1967 roku i likwidacji dzikich osiedli żydowskich na zachodnim brzegu rzeki Jordan. Zarówno aszkenazyjscy, jak i sefardyjscy ortodoksi uważają bowiem, że sanacja nowożytnego państwa Izrael jest grzechem i sprzeniewierzeniem się woli Boga, który pozwolił na zniszczenie drugiej świątyni jerozolimskiej przez wojska Tytusa Flawiusza w 70 roku n.e.

Turyści odwiedzający Nowy Jork nie mogą wyjść ze zdumienia, kiedy widzą demonstracje uliczne organizowane przeciw Izraelowi przez ortodoksyjnych Żydów i palestyńskich imigrantów. Trudno o coś bardziej zadziwiającego niż widok ludzi z długimi brodami, pejsami, w czarnych kapeluszach, noszących tałesy i palących izraelskie flagi lub wznoszących hasła proirańskie.

Czytaj więcej

Theodore Rosengarten: Krytykowanie Izraela nie jest antysemityzmem

Prawdziwym paradoksem historii były spotkania prezydenta Islamskiej Republiki Iranu Mahmouda Ahmadineżada z rabinami i przedstawicielami amerykańskich chasydów. Pobożni ortodoksi wznosili modły za powodzenie misji Ahmadineżada w obiecanym przez niego wymazaniu państwa Izrael z mapy świata. Chasydzcy rabini udzielili nawet irańskiemu przywódcy błogosławieństwa, a ten niezwykle chętnie wymieniał z nimi uściski i pozdrowienia, nazywając ich ,,dostojnymi braćmi umiłowanymi przez Boga” .

Ci Żydzi, choć rzadko odwiedzają lokale wyborcze, w 2012 roku masowo zagłosowali na Baracka Obamę. Jego konsekwentnie niechętna postawa wobec izraelskich jastrzębi wzbudzała wielki podziw żydowskich antysyjonistów.

Wojna na Bliskim Wschodzie nie jest rozwiązaniem

Obalenie dyktatury Hosniego Mubaraka w Egipcie i Muammara Kaddafiego w Libii, nazywane nieco na wyrost arabską wiosną 2010–2012, pokazało, że istnieją metody pozamilitarne na rozpalenie wewnętrznej rebelii, która rozsadzi od wewnątrz nawet najbardziej strzeżoną fortecę.

Zarówno Barack Obama, jaki i obecnie Joe Biden nie chcieli ponosić politycznej odpowiedzialności za Izrael, kierowany przez ultranarodowców i wykazali tym samym bardzo dużo zdrowego rozsądku. Atak na Iran, do którego namawiał Baracka Obamę premier Izraela Beniamin Netanjahu nie miał najmniejszego sensu. Wkroczenie wojsk lądowych na wyżynno-górskie terytorium Iranu byłoby największym błędem w historii amerykańskich wojen. Pozostała więc jedynie precyzyjna likwidacja celów strategicznych Iranu lub zastosowanie broni niekonwencjonalnej, którego konsekwencje byłyby jednak trudne do przewidzenia nawet w skali globalnej.

Prezydent Obama zdawał sobie doskonale sprawę, że problem ze wsparciem izraelskiego sojusznika na Bliskim Wschodzie przeciw potężnemu szyickiemu adwersarzowi doprowadzi kiedyś do rozdarcia stosunków izraelsko-amerykańskich. Tym bardziej, że premier Izraela nie ukrywał, że ,,nie będzie stał ze stoperem i czekał”. 

Formalnie każdy Amerykanin służący w siłach zbrojnych obcego państwa lub składający przysięgę wierności obcemu rządowi automatycznie traci amerykańskie obywatelstwo. Tak jednak nie stało się w przypadku Rahma Emanuela i większej liczby Amerykanów, którzy okazjonalnie przywdziewają izraelskie mundury

Ciekawa w tym wszystkim jest od lat postawa izraelskich dowódców wojskowych, którzy próbują wystudzać histeryczny zapał Netanjahu do wojenki. Zdają sobie doskonale sprawę z gigantycznego ryzyka, jakie niesie samodzielny atak Izraela na irańskie instalacje jądrowe i cele wojskowe. Doświadczeni izraelscy stratedzy militarni, a mowa jest o jednych z najlepszych korpusów oficerskich na świecie, w przeciwieństwie do wrzaskliwej klasy politycznej tego państwa, wiedzą doskonale, że margines błędu jest bardzo wąski i każda pomyłka może przynieść apokaliptyczny scenariusz dla bezpieczeństwa narodowego państwa żydowskiego.

Cóż zrobić, kiedy Beniamin Netanjahu, wzorując się na Arielu Szaronie, ciągle wyrywa się do konfrontacji. To człowiek zdolny postawić prezydenta Bidena przed bardzo trudnym wyborem w samym środku kampanii wyborczej. Ale i taki scenariusz może się okazać niezwykle ryzykownym dla syjonistów. Biden wie, podobnie jak wiedział to wcześniej Obama, że elektorat pochodzenia żydowskiego jest zmienny. Wato pamiętać, że demonstracyjnie proizraelska polityka Georga W. Busha nie przyniosła republikanom poparcia środowisk żydowskich w 2008 roku. Amerykańscy Żydzi podziękowali republikanom, oddając 78 proc. głosów na Obamę. Proizraelskie organizacje przekazały jego komitetowi wyborczemu aż 1,16 mld dolarów. W taki oto sposób syjoniści podziękowali republikanom za obalenie rękami amerykańskich żołnierzy dyktatury jednego z największych antysyjonistów w dziejach – Saddama Husajna.

Ekonomista Joseph Eugene Stiglitz, noblista i były szef Banku Światowego, wycenił całkowity koszt wojny w Iraku na ok. 3 biliony dolarów, choć jest to ocena szacunkowa, niebiorąca pod uwagę faktu, że wojna ta była finansowana z pożyczonych pieniędzy, a więc przyjdzie jeszcze następnym pokoleniom spłacać za nią odsetki. A jaki koszt byłby wojny z Iranem? Gdyby Obama lub Biden ulegli naciskom Tel Awiwu, koszt takiej operacji byłby kilkukrotnie większy.

USA odłączają kroplówkę Izraelowi

Obama poszedł w zaparte i odmówił pomocy militarnej Izraelowi. Czy coś na tym stracił? Nie, z powodzeniem pokonał Mitta Romneya w kampanii z 2012 roku. A co stracili nadgorliwi republikanie? Kongresmen Ron Paul w czasie debaty republikańskiej 22 listopada 2011 roku stwierdził: ,,Sam szef Mossadu powiedział kiedyś, że byłaby to najgłupsza rzecz (atak na Iran – red.), na jaką zdecydowano się w historii Izraela. Dlatego jestem pewien, że Izraelici tego nie zrobią. A jeżeli jednak by się na to zdecydowali, to po co im nasza pomoc? My powinniśmy zejść im z drogi (…) Skoro uważają, że ma sens bombardowanie czegoś na świecie, to niech to zrobią i zbiorą wszystkie konsekwencje takiego czynu. Dlaczego nasze wzajemne stosunki mają się zawsze opierać na zasadzie automatyzmu, że kiedy trzeba ich ratować, my wysyłamy im na pomoc nasze dzieci lub bez końca przekazujemy im nasze ciężko zarobione pieniądze?”.

Atak na Iran do którego namawiał Baracka Obamę premier Izraela Beniamin Netanjahu nie miał najmniejszego sensu. Wkroczenie wojsk lądowych na wyżynno-górskie terytorium Iranu byłoby największym błędem w historii amerykańskich wojen. Pozostała więc jedynie precyzyjna likwidacja celów strategicznych Iranu lub zastosowanie broni niekonwencjonalnej, którego konsekwencje byłyby jednak trudne do przewidzenia nawet w skali globalnej

Tę wypowiedź najwyraźniej wziął sobie do serca prezydent Joe Biden. I chociaż jest to pod wieloma względami jeden z najsłabszych prezydentów w historii, za tę stanowczą postawę w sprawie wojny z Iranem i bombardowaniem Strefy Gazy należy mu się uznanie. Tym bardziej, że sama społeczność Amerykanów wyznania mojżeszowego jest mocno pod tym względem podzielona i mimo duchowego wsparcia dla Izraela dostrzega w polityce odwetowej Beniamina Netanjahu wobec Hamasu znamiona zbrodni przeciw ludzkości.

W całej historii USA nigdy tak wiele osób pochodzenia żydowskiego nie zasiadało na najwyższych stanowiskach w Waszyngtonie jak w czasie pierwszej kadencji prezydenckiej Baracka Obamy. Nie jest żadną tajemnicą, że właśnie to środowisko odegrało kluczową rolę organizacyjną w kampanii prezydenckiej Obamy z 2008 roku. Świadczy o tym choćby to, że na jej czele stał Rahm Israel Emanuel, zagorzały ultrasyjonista z Illinois, który prawdopodobnie ze względu na silny konflikt dworski z pierwszą damą Michelle Obamą musiał zrezygnować w 2010 roku z niezwykle wpływowego stanowiska szefa sztabu Białego Domu.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie