Czesław Bielecki: Polska ma nie lata, lecz miesiące, aby przygotować się do wojny

To nie dotarło jeszcze do powszechnej świadomości: musimy jako społeczeństwo i państwo zacząć inaczej funkcjonować. Inaczej niż dotychczas! Już jesteśmy testowani przez Rosję jako kraj przyfrontowy – bliska zagranica.

Publikacja: 29.02.2024 03:00

Przygotowania do wojny powinny być nie tylko militarne

Przygotowania do wojny powinny być nie tylko militarne

Foto: PAP/Marcin Bielecki

Niestety, nic nie wskazuje, aby nasi politycy – zarówno rządzący, jak i opozycja – odnaleźli się w nowej roli. W apelach o zaprzestanie walk plemiennych, gdy wróg czyha za progiem, nieobecna jest sama istota polityki: zdolność do tworzenia faktów dokonanych. Rząd po pierwszych stu dniach nie zdecydował, co chce zrobić, za ile, jak i w jakim terminie. Nie odnalazł się między audytami działań poprzedników a własnymi postulatami konkretnych poczynań. A przecież najdalsza nawet prognozowana przez ekspertów – trzyletnia – perspektywa kolejnej inwazji Moskali oznacza konieczność realizacji w Polsce określonych kroków. Już tu i teraz. Jeśli w ciągu najbliższych tygodni nie powstaną kompetentne zespoły zdolne nas zorganizować w najbliższych miesiącach do tych nowych/starych wyzwań, to za chwilę spóźnimy się, jak zwykle, o lata. I po prostu będzie za późno.

Polscy politycy to głównie opowiadacze, nie ludzie czynu

Piszemy, gadamy, spieramy się jak na seminarium politologicznym, gdy zaczął się już czas strategicznych gier wojennych. Licznym bystrym ekspertom z think tanków wydaje się, że samo sformułowanie celu, koncepcji działania, określenia co i dlaczego rządzący powinni zrobić, kończy sprawę. Trwa zaciekła walka o zwycięską narrację, jakby polityka kończyła się na słowach. W moim przekonaniu to złudzenie wynika z faktu, że polską klasę polityczną tworzą głównie historycy, politolodzy, prawnicy, dziennikarze, specjaliści od PR i marketingu. Stosując klasyfikację Margaret Thatcher: są to głównie talkers – opowiadacze, rzadziej już visioneers – wizjonerzy, a niemal nigdy doers – ludzie czynu. Prawdziwa praca polityczna polega na emanacji energii, wymuszaniu faktów dokonanych, implementacji zamierzeń na przekór piętrzonym trudnościom i oporowi współobywateli.

Czytaj więcej

Stefan Kawalec: Przyszłość Polski jako państwa przyfrontowego

Polityka to materia rzeczywistości. Nasze projekty na dziś i jutro muszą być tak definiowane, aby na każdym etapie implementacji zwiększały odporność na uderzenie przeciwnika, interoperacyjność z sojusznikami, zdolność odstraszania agresora. Gdy wchodziliśmy 25 lat temu do NATO (co piszę jako uczestnik szczytu waszyngtońskiego i szef polskiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO), było dla mnie oczywiste, że nie wystarczy nowa, lepsza broń. Wtedy i dziś niepokoiłem się o planowanie i budżetowanie sił zbrojnych, o ćwiczenia umysłów i rąk umiejących obsłużyć modernizowane uzbrojenie, o sieć dróg czy linii kolejowych, którymi ludzie i sprzęt trafiają na front, o zdolność mobilizowania rezerw ludzkich i materialnych służących samoobronie totalnej. Nie wystarczą siła gospodarki ani morale bez logistyki, komunikacji, kapitału ludzkiego.

W tym brutalnym opisie naszego tu i teraz będę się trzymał liczb, terminów, faktycznych nakładów, proporcji. Priorytetowe projekty – kotwice naszego bezpieczeństwa – muszą być formułowane i skalowane pod kątem osiągania etapowych celów narzuconych przez wyzwanie wojny za progiem. Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. W odróżnieniu od naszych polityków wiem, w jakim czasie beton uzyskuje pełną wytrzymałość – w 28 dni, przy czym już po siedmiu dniach możemy wylewać następną kondygnację. W dodatku nie mylę się w kosztach o jedno czy dwa zera.

Dlaczego potrzebujemy CPK, a jego lokalizacja już dawno powinna być oczywista

Zacznijmy od CPK, który jest teraz przedmiotem sporu głównie na skutek niewłaściwego strukturyzowania problemu. Pierwszą kwestią jest lokalizacja. Jest ona warunkowana mikroklimatem miejsca (choćby częstotliwością występowania mgieł), rzadką zabudową, dostępem już dziś do kolei i autostrad, bliskością pierwszej i trzeciej krajowej metropolii.

Lokalizacja ta wędruje po Mazowszu już 20 lat – między Warszawą a Łodzią. Jakby było jakieś inne miejsce w Polsce, gdzie mieszkańcy nie protestowaliby przeciw choćby mniej ważnej inwestycji infrastrukturalnej. Wiemy już, że niezależnie od możliwej pomostowej rozbudowy Okęcia – zanim uruchomiony zostanie nowy port pasażerski – jest nam potrzebna centralnie położona infrastruktura lotniskowa do przyjęcia wsparcia sojuszniczego. Okęcie nie nadaje się do organizacji mostu powietrznego funkcjonującego 24 godziny na dobę dla największych samolotów transportowych. Taki most powietrzny uratował np. Izrael w kluczowym momencie wojny Jom Kipur w 1973 roku. Nie ma sensu lokalizowanie w środku organizmu miejskiego bazy wojskowej dla, powiedzmy, 30 tys. żołnierzy, jak w tureckiej bazie lotniczej Incirlik przed operacją Pustynna burza.

Czytaj więcej

Granice naszych marzeń

Nie licząc wykupu terenu, sam koszt dwóch dróg startowych zamknie się sumą około 500 mln zł (właśnie rozstrzygnięto przetarg w Balicach na nową drogę startową) i przy sprawnym zaplanowaniu tego pierwszego ruchu można go zrealizować do końca tego roku. Zatem należy sfinalizować wykup 800 ha i wykonać ten pierwszy strategiczny krok, którego koszty nie są znaczące dla kraju o naszym poziomie rozwoju, skoro całkowity koszt CPK, łącznie z komponentem kolejowym, oszacowano na 150 mld (a sam port lotniczy stanowił w tym ok. 50 mld). Zatem dyskusja o lokalizacji już dawno powinna być zamknięta, aby zrealizować infrastrukturę lotniskową dla celów strategicznych. Z pewnością jest to prostsze przedsięwzięcie inżynierskie niż budowa lotniska w Hongkongu na sztucznie usypanej wyspie o zbliżonej wielkości, obecnie poszerzanego dla stworzenia trzeciego pasa startowego.

Oczywiście premier Mateusz Morawiecki sam sobie strzelił w kolano, promując projekt wizualizacjami wielkiego terminalu autorstwa Normana Fostera, czyli niejako zaczynając debatę od dachu, nie zaś lokalizacji i bazowej funkcji już dziś skomunikowanego lotniska strategicznego. Podobnym prowokowaniem krytyków była zapowiedź zaorania Okęcia i oddania go deweloperom. Zawsze przecież przyda nam się port lotniczy dla VIP-ów, ratownictwa, ograniczonych celów wojskowych itp., zanim w Baranowie wyrośnie airport city podobne temu na Okęciu. Nie jest to wcale w konflikcie z oczywistą prawdą, że z uruchomieniem nowego centralnego portu musi nastąpić wygaszenie aktywności Okęcia w jego obecnej roli. A tylko nowy hub w Baranowie może sprostać popytowi na usługi cargo 24/7.

Kolej dużych prędkości tak, tylko jaka?

Kolejną prowokacją jest uczynienie z CPK piasty koła ze szprychami szybkich kolei. Mimo wydania dziesiątków miliardów nie udało się dotychczas osiągnąć w kolejnictwie znaczącego postępu w rozbudowie nowoczesnej sieci, co nie przeczy pożytkowi z ucywilizowania dworców. Zatem komponent kolejowy za 100 mld zł należy zastąpić działaniem pomostowym: dokonać modernizacji pozwalającej w ciągu najbliższego roku uzyskać drożność węzła obsługującego Baranów w funkcji hubu natowskiego.

Czy to znaczy, że Polska ma zrezygnować z KDP – kolei dużych prędkości? Skądże. Trzeba tylko pragmatycznie zacząć od zadania najpilniejszego, czyli „Y”: zapewnienia w terminie paru lat połączenia Berlin–Poznań–Warszawa–Kijów z odgałęzieniem na Łódź–Wrocław–Pragę. I przestać celować w prędkości 350 km/h jak w Japonii, bo u nas już 250 km/h będzie kosmiczną rewolucją. Byle wreszcie doprowadzić do jakiegoś integralnego efektu. Choćby przez połączenie modernizacji tunelu średnicowego w Warszawie (zbudowanego, przypomnijmy, w latach 1924–1933) z wykorzystaniem realizowanego właśnie tunelu średnicowego pod Łodzią. Tymczasem okazuje się, że planowany termin modernizacji średnicowego w Warszawie w terminie 2028 jest zdaniem władz stołecznych i państwowych już nierealny.

Czytaj więcej

Paulina Matysiak: CPK? Co do takich inwestycji powinna być ponadpartyjna zgodna

A jak ma się nowoczesność AD 1924 do stanu obecnego? W sto lat później między Dworcem Centralnym a stacją metra Centrum nie ma podziemnego chodnika ruchomego, co wiele mówi, czym jest dobra zmiana w tym czy innym partyjnym wydaniu. Nieprofesjonalistów informuję, że tarcza TBM ma wydajność 10 metrów drążenia tunelu dziennie, czyli wykonanie 1 kilometra tunelu powinno po jej wprowadzeniu pod ziemię zająć 100 dni. Nie ma powodu, aby inwestycji podziemnych nie łączyć z siecią schronów dla ludności podwójnego zastosowania, skoro w centrach naszych miast tylko prywatni deweloperzy inwestowali w parkingi podziemne. Ale zamiast wielkich bombastycznych wizji pora rozwiązywać problemy od–do: likwidować przewężenia, które dziś denerwują kierowców, a jutro nie pozwolą na minięcie się dwóch czołgów czy samochodów pancernych. Np. skoro Muzeum Wojska Polskiego ma już nową siedzibę na Cytadeli, nie ma żadnych – poza biurokratycznymi – przeszkód, aby zrealizować przejazd łączący Aleje Jerozolimskie przed wjazdem na most Poniatowskiego z ul. Książęcą poprzez ulicę Lorentza. Jeśli ktoś mówi, że nie wie jak, to mu narysuję – mam wszystkie potrzebne uprawnienia i pieczątki.

Niestety, rozwiązywanie pozaprawnych blokad formalnych obudowanych „prawem powielaczowym” i tworzenie bypassów dla sklerotycznych procedur nie jest naszą mocną stroną. Politykom, którymi rządzi strach, że ktoś im coś zarzuci, chciałbym przytoczyć naoczne świadectwo innego sposobu myślenia o konkretach. W początkach polskiej transformacji zaproszono mnie do Lille. Pokazano nam, jak mer Pierre Mauroy, były francuski premier, przeprowadził błyskawiczną kampanię promującą to podupadłe miasto górnicze, lokalizując w nim rozwidlenie TGV (biegnącej z Londynu tunelem pod kanałem La Manche) na Paryż i Brukselę. Przerwano budowę wielopoziomowych węzłów autostradowych, aby zawalczyć o szansę na impuls rozwojowy dla Lille. I to taki impuls dało.

Kilka miesięcy temu byłem w Japonii i jeździliśmy cały czas shinkansenami, które rozwijają prędkość 350 km/h. Tyle że w Polsce nikt się nie zgodzi, żeby przez intensywnie zagospodarowane miasto przepuścić tor na estakadzie, gdy okna budynków są w odległości 10 metrów od pędzącej kolei. Jednocześnie – co naszych polityków, niemających słabości do liczb, mało obchodzi – kolejne zwiększenie prędkości wymaga innych łuków toru, a zatem ingeruje w krajobraz, struktury miejskie, nie mówiąc o własności.

Mogliśmy już dawno mieć ropociąg z Baku

Kolejny strategiczny projekt – kotwica to rozbudowa naszych infrastrukturalnych połączeń z Ukrainą. Rejon Zamościa jest idealną lokalizacją dla multimodalnego drogowo-kolejowego terminala będącego alternatywnym suchym portem dla eksportu rolnego przez Odessę. W tej lokalizacji mamy już tory dwóch szerokości. Taki projekt wymaga jeszcze równoległego dostosowania do wymogów unijnych infrastruktury granicznej z kontrolą fitosanitarną po stronie ukraińskiej. Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezary Kaźmierczak ujął rzecz dosadnie: nie wyciągnęliśmy wniosków z przeszłości, gdy to polska szlachta spławiała zboże z Ukrainy barkami do Gdańska, a dalej już Holendrzy i Żydzi handlowali nim w Europie. Więc dlaczego teraz my bronimy się przed importem tanich płodów rolnych, gdy na ich przetwórstwie i eksporcie moglibyśmy zarabiać?

Ile kosztowałby taki terminal? To rząd wielkości kilkuset milionów plus kolejnych paręset na infrastrukturę przejść granicznych. Chyba to lepsza inwestycja polityczna niż zarządzanie konfliktami na granicy?

Pamiętam, jak w 2001 roku wraz z Henrykiem Wujcem, oficjalnie jako posłowie, wizytowaliśmy Odessę, aby sprawdzić, czy Ukraińcy przystąpili do budowy terminala Piwdennyj dla rurociągu Odessa-Brody jako drogi importu azerskiej ropy z Baku. Chodziło wówczas, żeby od nadgranicznego Adamowa połączyć się z Płockiem i Gdańskiem. Na projekt ten zwrócił nam uwagę wiekowy już Jerzy Giedroyc. I co? Rozmowy z Buzkiem, Geremkiem, Brzezińskim nie pomogły. Ukraińcy kończyli swoją część, u nas powstała wprawdzie spółka celowa o nazwie Złote Wrota – Golden Gate, ale projekt upupiono.

Skoro przez osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy i osiem lat rządów jej poprzedników nie udało się pokonać oporu biurokracji, nie próbujmy teraz, gdy trzeba działać w trybie przygotowań wojennych

Jeden kilometr rurociągu to koszt około 2 mln zł, a jako tzw. reversible pipeline z możliwością dwukierunkowego tłoczenia zabezpieczyłby dziś Ukrainę i to my zarabialibyśmy, eksportując ropę z Gdańska. Rachunek prosty: z Brodów do Adamowa jest 400 km, ale trzeba chcieć i umieć liczyć pieniądze publiczne tak jak własne.

Jak przewalczyć rutyny i uratować Polskę

Jak spowodować, żeby nie było tak jak zwykle w sektorze publicznym? Jak zarysowane tu priorytety mają się w najbliższych miesiącach i roku-dwóch zmaterializować jako fakty? Jak wzmocnić infrastrukturę krytyczną i obronę totalną w tempie, którego wymagają okoliczności? Jak zbudować faktyczne mosty współpracy z Ukrainą, która wobec agresywnej polityki Rosji zapewnia nam głębię strategiczną – stanowiąc terytorium dwa razy większe niż Polska?

Na te wszystkie pytania odpowiedź brzmi: inaczej niż dotychczas! Omijając procedury i nawyki biurokracji, które doprowadziły do tego, że Polska wlecze się w unijnym ogonie konkurencyjności w sektorze publicznym, bo o nim przecież mowa. Wszystko, co w nim powstaje, trwa za długo, kosztuje za drogo i nie gwarantuje zamierzonych efektów. W polskich przetargach publicznych jest średnio poniżej dwóch ofert na jedno postępowanie. W rezultacie tych rutyn procesy definiowania zadania inwestycyjnego, projektowania i implementacji są ponurą ilustracją przedwojennego wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

„Od idioty do idioty
idzie sobie, panie złoty,
papier.
Wreszcie w trudzie,
w wielkim pocie
zwróci idiota idiocie
papier”.

Dlatego musimy natychmiast zacząć działać – zgodnie z prawem – ale zupełnie inaczej niż dotychczas. Tworzyć z nadania administracji cywilnej i wojskowej zespoły zadaniowe – task forces. Ich struktura, czas działania i budżet będą ograniczone jasno zdefiniowanym celem. Jest to znany i – dodajmy – jak najbardziej zgodny z prawem schemat działań spółek celowych SPV – Special Purpose Vehicles. Tylko tak można odpowiedzieć na permanentne spowalnianie każdej inicjatywy, czym zajmuje się w iście parkinsonowskim stylu zarówno administracja cywilna, jak i wojskowa III RP. A skoro przez osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy i osiem lat rządów jej poprzedników nie udało się pokonać oporu biurokracji, nie próbujmy teraz, gdy trzeba działać w trybie przygotowań wojennych. Nie ma na to czasu.

Dobrą wskazówką i odpowiedzią dla CBA, NIK czy prokuratury jest CBN, czyli Czemu By Nie – skoro to zgodne z prawem i zdrowym rozsądkiem. Skrót zaczerpnąłem z książki „Polska na wojnie” Zbigniewa Parafianowicza.

– A wy od kogo? – zapytało ABW na granicy pracownika jednej ze spółek specjalnego przeznaczenia. Tej, która umiała na czas dowieźć sprzęt, aby trafiał do tych, do których miał trafić w ustalonym czasie i miejscu. Były to niełatwe początki naszej pomocy wojskowej dla walczącej Ukrainy. – My z CBN. I to zamknęło sprawę. Przecież tym właśnie – innymi standardami cywilizacyjnymi – mamy pokonać Moskali jako wschodnia flanka Zachodu.

analizy
Lewica przed największym wyzwaniem od lat. Przez Tuska straciła powagę
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Opinie polityczno - społeczne
Elżbieta Puacz: Od kiedy biologicznie zaczyna się życie człowieka i co to oznacza w kwestii aborcji
felietony
Marek A. Cichocki: Czy nowy globalny sojusz Chin, Iranu i Rosji zrzuci Amerykę z piedestału?
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Haszczyński: Po irańskim ataku na Izrael. Wielkiej wojny, na razie, nie będzie
Opinie polityczno - społeczne
Paweł Łepkowski: Aborcja od 50 lat dzieli Amerykę na dwa wrogie obozy