Głodzenie polskiej nauki

Państwo nie może zachowywać się jak przekupka, która targuje się z naukowcami, czy projekt można zrealizować za połowę jego budżetu. Można. Tyle że o połowę gorszy – piszą badacze z Uniwersytetu Wrocławskiego w polemice z autorami „Piątki dla nauki”.

Publikacja: 02.10.2023 18:18

Uniwersytet Wrocławski

Uniwersytet Wrocławski

Foto: AdobeStock

Nauka i szkolnictwo wyższe nie spędzają snu z oczu opinii publicznej. Nie ma ich w mediach ani programach wyborczych partii. Niektóre hasła wyborcze odnoszące się do nauki brzmią bardziej jak groźby niż obietnice. Bo trudno inaczej zrozumieć pomysł „głębokiej reformy” systemu finansowania badań, skoro zapowiedziano już likwidację jedynego działającego sprawnie mechanizmu grantowego, czyli Narodowego Centrum Nauki. Podobnie, hasło specjalnego programu grantów dla humanistyki oznacza, że autorzy albo nie wiedzą, że taki program już istnieje (NPRH), albo chcą go zlikwidować i zastąpić nowym. Niewiele lepiej brzmią zapowiedzi zwiększonego finansowania uczelni ukryte na dalekich miejscach wśród obietnic dla edukacji.

Jak po cichu państwo prywatyzuje naukę

Dlatego ucieszyła nas opublikowana na łamach „Rzeczypospolitej” „Piątka dla nauki”, tym bardziej, że z większością jej propozycji trudno się nie zgodzić. Więcej autonomii, więcej pieniędzy, wyższe pensje, lepsza dydaktyka. Problem w tym, że owe „filary reformy” są na tyle ogólne, że właściwie nie sugerują nawet kierunku polityki naukowej i nie diagnozują jej największych systemowych bolączek. A te rodzą się z długotrwałej polityki głodzenia nauki.

Czytaj więcej

Piątka dla nauki, czyli pięć filarów reformy państwowych uczelni wyższych

Tak jak w oświacie, państwo prowadzi w nauce proces cichej prywatyzacji, zmuszając uczelnie do przekształcania się w przedsiębiorstwa kierujące się kryterium zyskowności. Ministerialna subwencja wystarcza na przetrwanie, ale nie rozwój. Niedoinwestowane szkoły czy uczelnie nie oferują usług, do których zostały powołane, a ich źle opłacani pracownicy szukają innych źródeł uzupełnienia domowych budżetów.

W oświacie oznacza to, że bez zniesienia karty nauczyciela rząd doprowadził do jej dezaktualizacji: dziś przeciętny nauczyciel, zamiast przepisowych 18, uczy 27 godzin tygodniowo przy pensji wciąż niewiele powyżej płacy minimalnej. Podobnie w nauce znaczna część pracowników szkół wyższych wypracowała sposoby uzupełniania dochodów, co zazwyczaj dzieje się ze szkodą dla ich zaangażowania w badania i dydaktykę akademicką, a coraz częściej prowadzi do ucieczki poza akademię.

Granty i recenzje, wersja polska

Podniesienie pensji jest, oczywiście, warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym. Kluczowe jest natomiast zrozumienie, co na polskich uczelniach nie działa. A to musi prowadzić do systemowego wsparcia budżetów uczelni, tak aby mogły realizować swoje statutowe cele: sfinansować budżet badawczy, wysokiej klasy dydaktykę czy współpracę międzynarodową.

Ustawa o szkolnictwie wyższym z 2018 r. postawiła nam niemożliwy do zrealizowania cel umiędzynarodowienia nauki za lokalne pieniądze. Mówiąc prosto, mamy zatrudniać badaczy ze świata, ale płacić im 20 proc. pensji, jaką mogą uzyskać 300 km na zachód czy 50 proc. pensji oferowanej im 300 km na południe. Mamy uczestniczyć w międzynarodowych projektach badawczych, choć polski system grantowy zbudowany jest na zasadach urągających temu, co znamy z uczelni, do których chcemy równać. W Polsce granty są systemem dofinansowywania badań i pensji badaczy, a pośrednio – wzmacniania nierówności między uczelniami i wewnątrz nich. Tzw. odpis zasila budżet uczelni, a wynagrodzenie, jakie badacz może sobie w grancie przyznać, dofinansowuje jego budżet domowy.

W wydolnych systemach akademickich działa to dokładnie odwrotnie. Uczelnia musi dołożyć się do realizowanego projektu, a jej wkładem jest m.in. pensja pracownika, który z tytułu udziału w grancie nie pobiera dodatkowego wynagrodzenia, a tylko przekierowuje część swojej aktywności do realizowanego grantu.

To samo dotyczy recenzji. Na brytyjskich, amerykańskich czy izraelskich uczelniach recenzje są bezpłatne, bo są naturalną częścią zadań każdego badacza. Liczba recenzji i prestiż zamawiających uczelni są kryteriami oceny pracownika przez jego macierzystą alma mater. W Polsce recenzje nie mają żadnego znaczenia w ocenie pracownika, są za to płatne. To korumpuje system: nie zachęca do pisania opinii negatywnych (bo mnie więcej nie poproszą), a w najgorszych wypadkach prowadzi do powstawania „spółdzielni” świadczących sobie usługi wzajemne.

Naukowcy i przekupka

Przykłady takiego rażącego niedostosowania polskiego systemu nauki do standardów światowych można mnożyć. Zamiast dzisiejszego systemu „dorabiania” recenzjami czy grantami, ale także pracą w nadgodzinach lub na drugim etacie, prowadzeniem działalności gospodarczej lub zleceniami dla firm i urzędów, państwo musi zapewnić właściwe finansowanie pensji naukowców i budżetu badawczego uczelni, który umożliwi im realizowanie swoich statutowych zadań.

Dlatego podniesienie pensji adiunkta znacznie powyżej sugerowanego w „Piątce dla nauki” 120 proc. średniej w gospodarce jest konieczne dla zachowania elementarnej przyzwoitości. Ale bez jednoczesnego zbudowania przemyślanego systemu wynagradzania, bez kompleksowego finansowania działań badawczych, bez przewidywalności i stabilności systemu finansowania oraz jasnych i trwałych reguł oceny polska nauka nie doczeka się świetlanej przyszłości.

Nauka nie jest formą państwowej dobroczynności, tylko koniecznym elementem rozwoju gospodarczego i społecznego

Państwo nie może zachowywać się jak przekupka, która targuje się z naukowcami, czy zgłoszony projekt można zrealizować za połowę jego budżetu. Można. Tyle że o połowę gorszy. Nie można też oczekiwać, że nauka polska będzie międzynarodowa bez umiędzynarodowienia warunków pracy (w tym – ale nie tylko – pensji) i prowadzenia badań. Nauka nie jest formą państwowej dobroczynności, tylko koniecznym elementem rozwoju gospodarczego i społecznego. Niestety, nie widać w Polsce wielu polityków rozumiejących, jak wysoką cenę przyjdzie jutro płacić za dzisiejsze zaniedbania.

Państwo nie może też udawać, że nie widzi globalnych trendów w światowej nauce, w tym zwłaszcza kryzysu dotykającego humanistykę i jego skutków społecznych daleko poza akademią. Ale to temat na kolejną polemikę.

Autorzy są naukowcami z Uniwersytetu Wrocławskiego. Prof. Jan Sobczyk jest fizykiem; prof. Marcin Wodziński – judaistą, filologiem i historykiem; dr hab., prof. UWr Justyna Ziarkowska – iberystką

Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji

Nauka i szkolnictwo wyższe nie spędzają snu z oczu opinii publicznej. Nie ma ich w mediach ani programach wyborczych partii. Niektóre hasła wyborcze odnoszące się do nauki brzmią bardziej jak groźby niż obietnice. Bo trudno inaczej zrozumieć pomysł „głębokiej reformy” systemu finansowania badań, skoro zapowiedziano już likwidację jedynego działającego sprawnie mechanizmu grantowego, czyli Narodowego Centrum Nauki. Podobnie, hasło specjalnego programu grantów dla humanistyki oznacza, że autorzy albo nie wiedzą, że taki program już istnieje (NPRH), albo chcą go zlikwidować i zastąpić nowym. Niewiele lepiej brzmią zapowiedzi zwiększonego finansowania uczelni ukryte na dalekich miejscach wśród obietnic dla edukacji.

Pozostało 89% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Michał Kolanko: Dlaczego kampania w USA jest niczym zastępcze wybory w Polsce
Opinie polityczno - społeczne
Paweł Łepkowski: Kamala Harris może być większym kłopotem dla demokratów niż Joe Biden
Opinie polityczno - społeczne
Zbigniew Lewicki: J.D. Vance wiceprezydentem USA to przejaw geniuszu Donalda Trumpa
Opinie polityczno - społeczne
Roman Kuźniar: Joe Biden rezygnuje zbyt późno. Druga kadencja Trumpa może być jeszcze gorsza
Opinie polityczno - społeczne
Paweł Swianiewicz: Coraz mniej samorządu w samorządzie. Czy ta tendencja będzie odwrócona?