Nominacja Andrija Melnyka na wiceszefa ukraińskiego MSZ jest „niefortunna” – zdaniem Radosława Fogla, ustępującego wicerzecznika PiS, oraz innych wypowiadających się na ten temat polityków obozu władzy. Mowa jest także o „zaskoczeniu”. Czytając te wypowiedzi, czuję głębokie zażenowanie. Czy naprawdę politycy rządzącej partii lub ci z otoczenia pana prezydenta są tak dramatycznie słabi w przewidywaniu konsekwencji własnego postępowania?

Jeszcze w marcu napisałem w tym miejscu felieton przypominający, że jakkolwiek osłabienie Rosji jest wspólnym interesem polsko-ukraińskim, to jednak nie całość naszych interesów jest zbieżna. Przede wszystkim zaś różni nas to, że Kijów chciałby jak najgłębszego wciągnięcia Polski (i NATO) do wojny, my zaś powinniśmy się przed tym wariantem chronić.

Ale w ostatnim czasie zaczynają się ujawniać inne rozbieżności, dotyczące również czasu powojennego, na co wskazują między innymi wypowiedzi ważnego doradcy prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego, Ołeksija Arestowycza. Nie pozostawia on złudzeń, że to Ukraina ma być centrum regionu i to ona ma ściągać pieniądze oraz inwestycje, a Polska może być w tym układzie najwyżej młodszym partnerem. Nie wygląda na to, aby rządzący – a przynajmniej nie znajduje to żadnego odbicia w ich publicznych wypowiedziach – zdobyli się na choćby śladową refleksję na ten temat.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Andrij Melnyk między Banderą a Bundeswehrą

Jednak spięcie między Warszawą a Kijowem w sprawie tragedii w Przewodowie, a następnie nominacja Andrija Melnyka, osoby zwyczajnie toksycznej nie tylko dla relacji polsko-ukraińskich, powinny wielu otrzeźwić. Trudno tego ostatniego faktu nie wiązać z niezgodą Polski na przyjęcie ukraińskiej wersji zdarzeń. Jeśli ktoś liczył na przeprosiny Kijowa za ten tragiczny wypadek (przeprosiny należą się przecież także wówczas, gdy zrobimy komuś krzywdę niezamierzenie), nie tylko się nie doczekał, ale jeszcze dostał w twarz powołaniem pana Melnyka do MSZ. Jego styl „dyplomacji” to bowiem coś w guście prof. Krystyny Pawłowicz albo posła Dominika Tarczyńskiego: Melnyk jest specjalistą od obrażania, połajanek i, niestety, jątrzenia w trudnej polsko-ukraińskiej historii.

Kijów doskonale to rozumie, ale w tej nominacji nie ma nic zaskakującego. Wbrew pełnej sentymentalizmu retoryce, ale też niestety praktyce działania polskich władz, w polityce sentymentów nie ma. I Ukraińcy to znakomicie rozumieją. Od początku wojny postępują maksymalnie pragmatycznie, stosując wszelkie możliwe środki propagandy, nacisku, marchewkę przyszłych korzyści. To Kijów dzisiaj pokazuje, jak się robi politykę, i to w sytuacji, wydawałoby się, podbramkowej.

Polska natomiast od samego początku deklaruje, że zrobi wszystko, bezwarunkowo i bez granic, aby Kijowowi pomóc. Czy w takim razie, wobec takiej deklaracji i idących za nią czynów, gdy faktycznie w żadnym momencie nie uzależniliśmy choćby w symbolicznym zakresie naszej pomocy od zachowania ukraińskich partnerów, możemy się dziwić, że grają nam oni teraz na nosie? Melnyk ma być „karą” za naszą „niesubordynację”. Czy polski rząd położy uszy po sobie?

Łukasz Warzecha

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”