Pełzająca rosyjska inwazja na Krymie i narciarze w słonecznym Soczi. Groźba użycia siły do rozczłonkowania Ukrainy, wstrzymujący oddech świat i pikujące giełdy, a z drugiej strony – zimowe igrzyska olimpijskie, jedne z ciekawszych i bardziej udanych. Co, poza Rosją, łączyło te gorące wydarzenia?

Polscy dziennikarze relacjonowali oba tak samo – językiem wojennym.

W przypadku dramatów na Ukrainie jest to niestety język uzasadniony. Do niedawna na kijowskim Majdanie ludzie walczyli wręcz, niektórzy strzelali; byli zabici i ranni. Rosyjska agresja na Krymie sprawia, że świat wstrzymuje oddech. Mamy poczucie, że dosłownie wszystko może się wydarzyć, włącznie z gorącą wojną i umiędzynarodowieniem konfliktu.

Jednak odbiorca jest znieczulony, niepewny, z czym ma do czynienia. To częściowo nasza, mediów, wina. Doprowadziliśmy do inflacji znaczeń słów, rozmazania sensów pojęć.

To, że Robert Lewandowski jest świetnym „strzelcem" w Bundeslidze, jeszcze dałoby się wytrzymać. Ale czy musi być też „snajperem"?

Porządek w debacie

W Soczi mieliśmy do czynienia z najzwyklejszymi (choć kosztownymi) zawodami sportowymi. I choć narciarze w jednej z dyscyplin ścigali się z dziwacznymi karabinami na plecach, a emocje kibiców bywały fenomenalne, nikt nie czuł się zagrożony. Tymczasem komunikaty z Krasnej Doliny brzmiały, jakby formułowały je dowództwa frontów i adiutanci z połączonych szefów sztabów, nie cywilne media czasu pokoju.

Upieram się, że sportowcy nie walczą, tylko rywalizują. Czynności sportowców doskonale da się opisać cywilnym językiem i opatrzyć tytułem wolnym od militarnej metaforyki. Wyjątków jest niewiele. W grach zespołowych czy starciach (wolę od „pojedynków") jeden-na-jeden rywale (wolę od „przeciwników") we wszystkich chyba mediach świata „atakują" bądź przechodzą do „obrony".

Gole też się najczęściej „strzela", choć można i zdobywać (w Premier League, Wayne Rooney „scores"). To, że Robert Lewandowski jest świetnym „strzelcem" w Bundeslidze, jeszcze dałoby się wytrzymać. Ale czy musi być też „snajperem"? A co z całą tą okropną resztą? Czy np. po losowaniach w mistrzostwach piłkarskich zawsze musi być „grupa śmierci" (do której nieodmiennie trafiają nieszczęśnicy z Polski)?

Teraz, gdy newsy ze Wschodu są tak alarmujące, może warto spróbować przywrócić trochę porządku w polskiej publicznej debacie – uzdrowić relacje między naszym językiem a rzeczywistością.

Najwyższy czas, twierdzę, byśmy przeszli na cywilny wokabularz nie tylko w relacjach sportowych, ale ogólnie w mediach i w zwykłym, codziennym komunikowaniu się. Wystarczy otworzyć komputer albo gazetę, posłuchać np. biznesowych newsów w radiu czy telewizji, by przekonać się, jak bardzo pozostajemy zatruci starym językiem propagandy, który był zawsze językiem wojny: Związek Radziecki „walczył" nawet o pokój. Dziś nasz rząd wciąż „walczy" z bezrobociem, a ofiarni działacze społeczni – z przemocą w rodzinie. Kobiety z reklam „walczą" z pomarańczową skórką, zabójczo przystojni bruneci – z łupieżem...

Szacunek dla ofiar

Protestuję przeciw używaniu wojennego języka na co dzień nie tylko dlatego, że wydaje mi się on monotonny, brzydki i głupi, niedzisiejszy z ducha. Jest też niebezpieczny – bo zakłamuje rzeczywistość. Ostatnie tygodnie pokazały, na czym polega zagrożenie.

Blisko 70 lat po zakończeniu II wojny światowej, po ćwierćwieczu odbudowy kraju na demokratyczną modłę, stanęliśmy w obliczu możliwej wojny w naszej okolicy – i mediom, politykom, komentatorom nagle brak wokabularza, by adekwatnie komunikować grozę sytuacji.

Pora zrobić z tym porządek. O cywilnych sprawach należy mówić językiem cywilnym. Jeśli nie z semantycznej uczciwości, to z ostrożności: wojny nie znikły i nie znikną z naszej części świata. Zostawmy sobie pewne słowa na taką ostateczność. Zróbmy to też ze zwykłego, ludzkiego szacunku dla ofiar. Bo wystarczy włączyć newsy z Ukrainy, by zobaczyć, jak naprawdę może wyglądać wojna i na czym polega walka „na śmierć i życie".

Autor jest  publicystą, ?był redaktorem naczelnym pism „Cash", ?„Super Express" oraz telewizji Superstacja