Potrafimy obliczyć tor cienia przesuwającego się po Ziemi, początek i koniec zaćmienia, a nawet to, jaka część tarczy Słońca będzie widoczna w danym miejscu. Zjawisko rozgrywające się setki tysięcy kilometrów od nas jest przewidywalne.
I właśnie podczas tego zaćmienia przyszło pewne olśnienie: znacznie gorzej radzimy sobie z czymś, co znajduje się pod naszymi stopami. Życie. Lasy, gleby, mokradła, owady, ptaki, mikroorganizmy i miliony zależności między nimi tworzą system, bez którego nie byłoby człowieka ani gospodarki. To bioróżnorodność – jeden z najważniejszych aktywów ludzkości i wciąż wielki nieobecny w jej rachunkach.
Nie ma jednej chwili, w której natura gaśnie. Jest mniej owadów i ptaków, znika mokradło, pogarsza się gleba. Każda zmiana wydaje się niewielka. Dopiero po latach dostrzegamy zmianę całego systemu. Z klimatem poradziliśmy sobie pod tym względem znacznie lepiej. Mamy wspólny język: tony ekwiwalentu CO2, budżety węglowe, ceny emisji i szacunki przyszłych szkód.
Nie istnieje natomiast tona bioróżnorodności. Nie sposób dodać utraty mokradeł na Mazurach, zaniku zapylaczy we Francji, degradacji lasów Amazonii i obumierania rafy koralowej w Australii. Bioróżnorodność mierzymy na wiele sposobów, ale nie mamy jednej jednostki pozwalającej agregować straty jak CO2.
Jedną z najważniejszych prób wprowadzenia natury do rachunku ekonomicznego podjął prof. Partha Dasgupta z Uniwersytetu Cambridge. W 2021 r. opublikował dla brytyjskiego Ministerstwa Finansów "The Economics of Biodiversity". Jego myśl była prosta: gospodarka nie znajduje się obok natury. Jest w niej zanurzona – wbrew tradycyjnemu myśleniu, w którym natura była tylko tłem.
W latach 1992-2014 kapitał wytworzony na mieszkańca świata podwoił się, kapitał ludzki wzrósł o 13 proc., a szacowana wartość kapitału naturalnego na mieszkańca spadła o niemal 40 proc. Bogaciliśmy się, konsumując część własnego majątku.
W 2020 r. przekroczyliśmy jeszcze jedną symboliczną granicę. Masa rzeczy wytworzonych przez człowieka-budynków, dróg, betonu, asfaltu, metali czy plastiku-osiągnęła około 1,1 biliona ton i zrównała się z suchą masą całego żywego świata. Na początku XX wieku stanowiła tylko około 3 proc. światowej biomasy. To fizyczna ilustracja bilansu Dasgupty: po jednej stronie rośnie infrastruktura, po drugiej kurczy się kapitał naturalny.
Problem nie polega jednak na braku pomiarów. Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) sklasyfikowała około 47 tys. gatunków jako zagrożone wyginięciem. Międzyrządowa Platforma ds. Różnorodności Biologicznej i Usług Ekosystemowych (IPBES)-światowy odpowiednik panelu klimatycznego ONZ-szacowała z kolei w 2019 r., że zagrożonych może być około miliona. To nie milion policzonych gatunków, lecz globalny szacunek obarczony znaczną niepewnością.
Mierzymy więc bioróżnorodność na wiele sposobów, ale żaden nie stał się wspólną jednostką rachunku ekonomicznego. Potrafimy obserwować zanikanie natury. Znacznie gorzej potrafimy powiedzieć, co ten ubytek oznacza dla naszego bogactwa i przyszłego dobrobytu.
Wiemy jednak wystarczająco dużo, żeby zobaczyć kierunek zmian. IPBES (Intergovernmental Science-Policy Platform on Biodiversity and Ecosystem Services-red.) szacowała, że człowiek przekształcił około 75 proc. powierzchni lądowej, a powierzchnia mokradeł zmniejszyła się o ponad 85 proc. od początku epoki przemysłowej.
Problem bioróżnorodności leży więc nie tyle w samym pomiarze, ile w przełożeniu go na rachunek ekonomiczny. Bo to, czego nie wpisujemy do rachunku, łatwo uznać za darmowe. A to, co jest darmowe, równie łatwo uznać za niewyczerpane.
Zaćmienie potrafimy obliczyć z dokładnością do sekund. Straty w naturze potrafimy coraz lepiej mierzyć, ale wciąż nie umiemy wpisać ich do ekonomicznego rachunku. Problem w tym, że kiedy rachunek będzie już dokładny, część tego, co próbujemy wycenić, może przestać istnieć.