Przez lata Viktor Orbán sprzedawał Węgrom opowieść o suwerennej gospodarce, która idzie własną drogą i nie ogląda się na Brukselę. I przez jakiś czas to działało. Wzrost był solidny, bezrobocie spadało, a państwo sprawiało wrażenie sprawczego. Problem w tym, że – jak pokazują ostatnie lata – to był model, który dobrze wyglądał w statystykach, ale coraz gorzej w codziennym życiu.
Wzrost, który przestał trafiać do ludzi
Bo to nie brak wzrostu obalił Orbána, tylko poczucie, że wzrost przestał być odczuwalny dla zwykłych Węgrów. Spadające realne płace, niedoinwestowana służba zdrowia, narastające poczucie niesprawiedliwości i wreszcie przekonanie, że gospodarka działa lepiej dla tych, którzy są blisko władzy, niż dla reszty społeczeństwa. Do tego doszedł jeszcze jeden element: pieniądze. A właściwie ich brak. Zamrożone przez Unię Europejską miliardy euro stały się symbolem ceny, jaką Węgry płacą za polityczny kurs ostatnich lat.
Czytaj więcej
Zapaść węgierskiej gospodarki jest główną przyczyną spektakularnej porażki wyborczej Viktora Orbána. Nowy rząd Pétera Magyara staje przed zadaniem...
Péter Magyar zrozumiał to lepiej niż jego poprzednicy z opozycji. Nie próbował przekonywać wyborców, że ma lepszy model gospodarczy. Zaproponował coś prostszego i politycznie znacznie skuteczniejszego: wyjaśnienie, dlaczego obecny model przestał działać. Połączył korupcję z niską jakością usług publicznych, stagnacją gospodarczą i geopolitycznym dryfem w stronę Rosji. I stworzył opowieść, która dla wielu Węgrów okazała się bardziej przekonująca niż kolejne tabelki z danymi o PKB.
Rachunki zamiast propagandy
Program Tiszy jest w tym sensie drugorzędny. Owszem, są tam obietnice obniżek podatków, zwiększenia wydatków czy szybszego wzrostu. Problem w tym, że trudno je ze sobą spiąć w jedną, wiarygodną całość. Ale wyborcy najwyraźniej uznali, że to nie jest dziś najważniejsze. Bo wbrew temu, co przez lata próbowano im wmówić, nie głosowali w tych wyborach nad geopolityką, konstytucją czy nawet wartościami. Głosowali nad tym, czy ich życie staje się łatwiejsze czy trudniejsze. To codzienne „paragony grozy” okazały się ostatecznym testem dla systemu, który przez lata wydawał się stabilny. Bo tak naprawdę stawką tych wyborów nie była tylko zmiana rządu. Była nią próba odpowiedzi na pytanie, czy węgierska gospodarka ma znów działać jak system, czy jak układ. Czy wzrost ma wrócić do roli mechanizmu, który podnosi wszystkich, czy pozostać narzędziem redystrybucji korzyści dla wybranych.
Czytaj więcej
BUX, czyli główny indeks giełdy w Budapeszcie, był w poniedziałek rano najmocniej rosnącym indeksem giełdowym w Europie.
Gospodarka jako ostateczny test władzy
Przed nową władzą stoi dziś zadanie znacznie trudniejsze niż wygranie wyborów. Obietnica „powrotu do normalności” brzmi bowiem dobrze tylko do momentu, gdy trzeba ją zamienić w konkretne decyzje. Odblokowanie środków unijnych, poprawa relacji z inwestorami czy stabilizacja finansów publicznych mogą dać gospodarce impuls. Ale nie zastąpią odpowiedzi na bardziej fundamentalne pytanie: co ma być nowym modelem wzrostu Węgier.
Orbán zbudował system, który działał latami. Magyar wygrał wybory, obiecując, że go naprawi dla wszystkich Węgrów. Wyborcy, którzy zagłosowali portfelem, bardzo szybko jednak przypomną nowej władzy, co tak naprawdę było stawką tych wyborów. Bo ostatecznie zawsze chodzi o jedno: a gazdaságról van szó, te buta! (gospodarka, głupcze!).