Karol Nawrocki przynajmniej się zdeklarował: chce obalić rząd Donalda Tuska i oddać władzę w ręce prawicy. Stąd jego rujnujące budżet propozycje ustawowe. Bo gdyby przyjąć wskazywane w nich rozwiązania, podniesienie drugiego progu podatkowego do 140 tys. zł i zwolnienie z podatku PIT rodzin z minimum dwojgiem dzieci (do dochodu 140 tys. zł na małżonka), budżet straciłby nie tylko 9 mld zł, ale przynajmniej dwa razy tyle. Odpowiedź na pytanie, gdzie tu odpowiedzialność za państwo, które zmaga się z wyjątkowymi w swojej historii wydatkami na obronność zostawiam czytelnikom.
Inaczej jest w przypadku propozycji Polski 2050. Wypada zrozumieć walkę o życie tej partii, poszukiwanie elektoratu, czy ofensywność programową. Wszystko jasne. Co więcej, w złożonej propozycji ustawy są wątki wyjątkowo racjonalne, jak choćby postulat docelowego powiązania drugiego progu ze wskaźnikami makroekonomicznymi. Za ten postulat należy się brawo.
Rząd nie ma ruchu
To jednak nie zmienia faktu, że upieranie się przy szybkim podniesieniu drugiego progu, to populistyczne i kontrproduktywne bicie we własny rząd. Zwłaszcza, gdy pojmuje się logikę jego ograniczeń. Po jednej stronie mamy bowiem wciąż zdecydowanie zbyt wysoki deficyt budżetowy (7 proc. PKB w tym roku), po drugiej coraz większe obciążenie długu. Gdy do tego dodamy mnożące się (i często uzasadnione) roszczenia grup zawodowych, wysiłek na rzecz obronności państwa i prezydenta, który zapowiedział, że będzie wetował nowe podatki, to układ się zamyka. Odpowiedzialni za finanse państwa żadnego ruchu nie mają.
Ale Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz dmie w podatkowy róg, jakby rozwiązanie tej kwadratury koła było łatwe. Do tego język, jakiego używają autorzy propozycji podatkowej Polski 2050 to czysta manipulacja. Pełczyńska-Nałęcz tłumaczy, że „kolejne 600 tys. Polaków wpadło w wyższy próg”. W domyśle „jak pod samochód”, bez własnej winy i to tych, co wpadli, dotknęła wielka krzywda. Ano nie; nikt pod coś, czy na coś nie „wpadł”, tylko został objęty wyższą stawką ze względu na gwałtowny i pewnie zasłużony wzrost wynagrodzeń.
Po jednej stronie mamy wciąż zdecydowanie zbyt wysoki deficyt budżetowy (7 proc. w tym roku), po drugiej coraz większe obciążenie długu. Gdy do tego dodamy mnożące się (i często uzasadnione) roszczenia grup zawodowych, wysiłek na rzecz obronności państwa i prezydenta, który zapowiedział, że będzie wetował nowe podatki, to układ się zamyka. Odpowiedzialni za finanse państwa żadnego ruchu nie mają.
W złych czasach nie powinno się grzebać w podatkach
Inna sprawa, czy progresja podatku dochodowego (z 12 na 32 proc.) jest odpowiednia. Wypada zgodzić się z wnioskami uczestników panelu ekonomistów Rzeczpospolitej , że to złe rozwiązanie; progresja powinna być wielostopniowa albo, jak twierdzi część komentatorów, zastąpiona podatkiem liniowym. To jednak dyskusja na inne, spokojniejsze czasy.
Dziś musimy sobie radzić z tym, co mamy. Nie obniżać dochodów państwa, lecz stymulować rozwój gospodarki, by dochody z podatków, jakie dziś obowiązują, systematycznie rosły. To chyba najważniejsze zadanie rządu Donalda Tuska. Z tej perspektywy zawziętość Polski 2050 uderzająca w wiarygodność premiera dziwnie orkiestruje się z narracją populistycznej opozycji, która – jeśli dojdzie do władzy – w sprawie równowagi finansów publicznych będzie miała zupełnie inne zdanie.