Dawid Pałka: Kiedy będzie mnie stać na stek t-bone, czyli o indeksie odklejenia

Pewnie słyszeliście kiedyś o Indeksie Big Maca, który określa siłę nabywczą obywateli danego kraju. Może nawet słyszeliście o podobnym indeksie nazywanym Tall Late Index, który wykorzystuje Starbucksa, a słyszeliście kiedykolwiek o Indeksie T-Bone? Jasne, że nie, bo to mój własny pomysł. Już tłumaczę.

Publikacja: 29.12.2023 10:45

Dawid Pałka: Kiedy będzie mnie stać na stek t-bone, czyli o indeksie odklejenia

Foto: Adobe Stock

Kiedy byłem smarkaczem, podobnie jak wielu moich kolegów, karmiłem swoją główkę telewizyjną papką serwowaną przez TV z USA, prosto do naszych młodych, naiwnych mózgów. Jednym z ikonicznych dla mnie motywów podawanych nam przez amerykańskie filmy i seriale był stek t-bone. Piękny, wypieczony kawał mięsa z kością w kształcie litery T pośrodku. Cud masarstwa prosto od amerykańskiej krowy, która w tamtym czasie nie znała jeszcze smaku GMO. W telewizji, taki t-bone był konsumowany w ekskluzywnych restauracjach przez ludzi sukcesu, maklerów pokroju Gordona Gekko z filmu “Wall Street” ze starannie zaczesanymi do tyłu włosami na modłę lat 80-tych.

Patrzyłem w kineskopową rzeczywistość urzeczony światem wielkiej finansjery i sukcesu i zestawiałem go z obrazem babcinej kuchni, gdzie można było znaleźć co najwyżej dwudniową kaszankę. Od tego czasu zawsze marzyłem, żeby na takiego t-bone’a kiedyś zapracować.

Kiedy dorobiłem się w życiu pierwszego miliona, pomyślałem, że uczczę to kupując sobie takiego właśnie t-bone’a, w końcu stać mnie. Kiedy jednak w restauracji zobaczyłem cenę wypisaną przy mitycznym kawałku mięsa opiewającą na 120 zł stwierdziłem, że w takim samym stopniu mogę napełnić żołądek cheeseburgerem w fast foodzie.

Czym jest zatem mój T-Bone Index? To index odklejenia. To indeks oparty na paradoksie, jak paragraf 22 z powieści Hellera. Muszę uznać, że jestem naprawdę majętny, żeby kupić sobie nagrodę w postaci uczty symbolizującej sukces od czasu dzieciństwa. Kiedy jednak osiągam już ten poziom, przy którym uważam, że zasłużyłem, to wiem, ile mnie to kosztowało i tym bardziej nie mam ochoty wydać tych ciężko zarobionych 120 zł na kawałek krowich lędźwi.

Nie wiem, czy rozumiecie moją frustrację, ale wierzę, że występuje ona również u Was, zapewne w innej postaci - wycieczka zagraniczna, super sportowy samochód, wymarzony jacht, na który pracowaliście ciężko całe życie? Nazwijcie to jak chcecie, droga do osiągnięcia celu, szczególnie taka okupiona wyrzeczeniami zmienia człowieka i zmienia jego sposób postrzegania celu.

W sercu wciąż pozostało niezaspokojone pragnienie, żeby zatopić zęby w tym idyllicznym kawałku mięsa. Nawet teraz, od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać menu w restauracji, żeby sprawdzić aktualną cenie t-bone’a. I wiecie co? On jest dla mnie wciąż za drogi! Postawiłem więc sobie kolejny ambitny cel - 100 milionów. Kiedy go osiągnę, wtedy będzie mnie stać na steka za 120 złotych.

Kiedy byłem smarkaczem, podobnie jak wielu moich kolegów, karmiłem swoją główkę telewizyjną papką serwowaną przez TV z USA, prosto do naszych młodych, naiwnych mózgów. Jednym z ikonicznych dla mnie motywów podawanych nam przez amerykańskie filmy i seriale był stek t-bone. Piękny, wypieczony kawał mięsa z kością w kształcie litery T pośrodku. Cud masarstwa prosto od amerykańskiej krowy, która w tamtym czasie nie znała jeszcze smaku GMO. W telewizji, taki t-bone był konsumowany w ekskluzywnych restauracjach przez ludzi sukcesu, maklerów pokroju Gordona Gekko z filmu “Wall Street” ze starannie zaczesanymi do tyłu włosami na modłę lat 80-tych.

Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację