Większość ekonomistów jest zgodna co do potrzeby tzw. sprawiedliwości poziomej, która sprowadza się do tego, by podatki były powszechne i równe. Więcej kontrowersji budzi sprawiedliwość pionowa, która ma uzasadniać progresję dochodową. Podatek od nadzwyczajnych zysków, z którym mamy teraz do czynienia, jest wyjątkową hybrydą: ze swej istoty nie może być ani równy, ani powszechny. Tu motywem dla szukania sprawiedliwości podatkowej mają być nieoczekiwane i niezasłużone zyski firm któregoś z sektorów gospodarki, wywołane przez czynniki zewnętrzne. Władza może więc nałożyć podatek w celu wyrównania szans między sektorami lub zrekompensowania strat tym, których zmiany najbardziej dotykają. Logika jest prosta: skoro wojna podnosi ceny energii, a te podnoszą zyski spółkom energetycznym, czyli jak mówił premier o norweskich spółkach paliwowych, „pośrednio żerują na wojnie”, to w trudnych czasach powinny się podzielić nadmiarowymi zyskami.

Jednak aby tylko żerujących obciążyć i stało się zadość tak rozumianej sprawiedliwości, konstrukcja podatku musi kierować się kilkoma zasadami. Najważniejsza to chirurgiczna precyzja w objęciu podatkiem tylko spółek konkretnego sektora. Potrzebna jest dogłębna analiza branży, by uniemożliwić sztuczne obniżanie zysków. Podatku nie wolno też wprowadzać wstecz, bo możliwe szkody wynikające z pogorszenia klimatu inwestycyjnego mogą przekroczyć zakładane korzyści.

Wydawało się, że po doświadczeniach z Polskim Ładem rząd, który na sztandarach ma prawo i sprawiedliwość, kolejny raz już nie pobłądzi. Nie będzie udawał, że nie podnosi podatków, wprowadzając daninę, którą dla zmylenia nazwie składką na ubezpieczenie zdrowotne. Nie zacznie chaotycznie łatać systemu podatkowego takimi wynalazkami jak ulga dla klasy średniej. A najważniejsze – nie użyje argumentu, że zwiększenie progresywności uczyni system podatkowy sprawiedliwszym, skoro w efekcie niewiele się zmienia.

Wygląda na to, że 50-proc. podatek proponowany przez Jacka Sasina sprawiedliwością też nie grzeszy. Zamiast obciążać tylko firmy energetyczne, ma charakter powszechny. Co więcej, gigantom, którzy faktycznie utuczyli się na krzywdzie Polaków, otwiera furtkę do obniżki zysków dzięki formule kwalifikowanych kosztów ponoszonych na przyszłoroczne inwestycje. Wynika z tego, że za rozwój i wyższe wyniki finansowe będą „karane” duże spółki, ale niekoniecznie te, które skorzystają z furtki premiera Sasina. Przypadek? Raczej nie.

Pojęcie „sprawiedliwe podatki” ma tylko ukrywać niekończący się festiwal różnych sztuczek rządu, których celem jest sprawienie, by podatnik nie zorientował się, że rosną obciążenia fiskalne. Jak tłumaczył to Ludwikowi XIV minister finansów Jean-Baptiste Colbert, nakładanie podatków ma być jak skubanie gęsi: chodzi tylko o to, by nie syczała. Pamiętamy, jak premier Szydło obiecywała, że rząd PiS nigdy podatków nie podniesie, a premier Morawiecki w białych rękawiczkach nakładał kolejne.

Wygląda na to, że tym razem rządzącym zabrakło finezji. Być może to oznaka politycznego przesilenia, a może naprawdę zaczyna brakować pieniędzy.

Prof. Paweł Wojciechowski jest szefem Rady Gospodarczej Polski 2050