Najlepsze pomysły przychodzą do głowy wtedy, kiedy czas na ich zgłaszanie minął. Po francusku określa się to jako l’esprit de l’escalier, czyli „duch klatki schodowej” – chodzi o cięte riposty, które przychodzą do głowy dopiero na schodach, po wyjściu ze spotkania. Do najsłynniejszych należy riposta rosyjskiego generała Bałaszowa, który twierdził, że śmiało odparł Napoleonowi pytającemu o najkrótszą drogę do Moskwy: „Karol XII wybrał drogę przez Połtawę” (słów tych nie pamiętał jednak nikt obecny na spotkaniu).

Ja też wpadłem na pomysł dopiero wtedy, kiedy skończyłem już pisać zeszłotygodniowy felieton. Zauważyłem, że wyjściem z trudnej sytuacji gospodarczej byłoby uzyskanie od Niemiec reparacji za dwie wojny światowe. Nic odkrywczego: nie wysechł jeszcze tusz, a już dowiedzieliśmy się, że nasze roszczenia zostaną zgłoszone 1 września, a „w perspektywie kilku lat te reparacje odzyskamy”. Zespół posła Mularczyka od sześciu lat cierpliwie wylicza, ile Berlin jest nam winny; niestety, wciąż nie może dojść do konkluzji. Nie ma co udawać, wszyscy wiemy dlaczego. Sprawa z Niemcami jest trudna, bo są potężni, wygadani, no i mają dokument z roku 1953 o zrzeczeniu się przez Polskę roszczeń (bez wątpienia sfałszowany, tak jak dokument Konrada Mazowieckiego o przekazaniu Krzyżakom ziemi chełmińskiej).

Istnieje jednak sposób prostszy i równie korzystny dla naszego budżetu. Kto powiedział, że mamy dostać odszkodowania tylko za ostatnie wojny? No i dlaczego tylko od Niemców?

No właśnie, jest naród, który swoim najazdem wywołał w Polsce szkody nie mniejsze od Niemców i Rosjan, a zmusić go do płacenia będzie znacznie łatwiej. Mówię oczywiście o Szwedach. W latach 1655–1660 nieprzerwanie grabili i niszczyli, głównie tereny znajdujące się obecnie w granicach Polski (co oznacza, że nie musimy się z nikim dzielić reparacjami). Szacuje się, że zniszczyli wtedy około połowy majątku (trudno go dziś wycenić), wywieźli bogactwa i dzieła sztuki (tym niech się zajmie premier Gliński), a co najważniejsze – głodem i mordami doprowadzili do spadku ludności centralnych prowincji Polski o co najmniej 25 proc. I tu ich mamy: gdyby ludność Polski nie została ograniczona przez szwedzki potop, dziś (wspierana programem 500+) liczyłaby co najmniej 50 mln. Na podstawie danych za rok 2021 szacujemy, że owe dodatkowe 12 mln Polaków wypracowywałoby rocznie dochód (PKB) w wysokości 817 mld zł, co według kursu euro z 31 grudnia 2021 (4,59 PLN/EUR – powinniśmy użyć 3 PLN/EUR, ale proponuję już Szwedom odpuścić) daje 178 mld euro. Zakładając 40 lat pracy przeciętnego Polaka, daje to łączną stratę w wysokości 7,1 bln euro, a po zdyskontowaniu do wartości bieżącej netto (NPV) stopą dyskontową 5 proc. skutkuje łącznym roszczeniem w wysokości 3,2 bln euro do natychmiastowej wypłaty.

Niestety, łączna wartość majątku państwowego Szwecji wynosiła w roku 2021 tylko 0,38 bln euro, a dochody podatkowe – 0,24 bln. Sensowne wydaje się więc zażądanie natychmiast jednorazowej wpłaty w wysokości 300 mld euro i rozłożenie reszty reparacji na okres 15 lat, po 193 mld rocznie (co rozwiązałoby nasze dzisiejsze problemy i akurat by wystarczyło na program 500 euro miesięcznie dla każdego Polaka).

No i mamy problem z głowy!