„Rosyjski plan polegał na bombardowaniu i działaniach demonstracyjnych. Licząc na wybuch powstania i obalenie rządu […], Rosjanie posuwali się w pięciu kolumnach. Ku swemu zdziwieniu spotkali się z zaciekłym oporem […]. Czołgi rosyjskie były nieopisanie brudne i pokryte smarem. Wyjaśnia to, dlaczego tak łatwo się zapalały […]. Rosjanie zdwoili więc siłę bombardowań ludności cywilnej, sądząc, że w ten sposób złamią jej morale”.

Słowa brytyjskiego historyka, generała Johna Fullera, nie dotyczyły jednak inwazji na Ukrainę, ale przeprowadzonej ponad 80 lat temu sowieckiej napaści na Finlandię. W „wojnie zimowej” 170-milionowy kolos, z armią licząca 300 dywizji, usiłował zmiażdżyć niecałe 4 miliony Finów. Nie zdołał, bo sowieccy generałowie byli nieudolni, żołnierze źle wyszkoleni i głodni, czołgi i samoloty zawodne, zapasy materiałów wojennych rozkradzione. I w końcu nawet rezydujący na Kremlu genialny wódz musiał się z tym pogodzić. Zadowolił się aneksją kawałków fińskiego terytorium, z żalem rezygnując z planu pożarcia całej Finlandii.

Czy to dzielny opór w czasie wojny zimowej zdecydował, że Finlandia jest dziś wolnym, bogatym europejskim państwem? Na pewno był niezbędny, bo inaczej podzieliłaby w roku 1940 los krajów bałtyckich. Ale to nie cała historia. W ciągu kilkudziesięciu lat, które minęły od zakończenia wojny, Finowie zbudowali potężne podstawy ekonomiczne swojej niepodległości. Z jednego z najuboższych krajów Europy Zachodniej w roku 1940 awansowali do pierwszej dziesiątki najbogatszych. I to właśnie ich siła ekonomiczna w połączeniu z gotowością do twardej obrony i niesłychanie zręczną dyplomacją spowodowały, że koniec końców to mały fiński lew ograł wielkiego rosyjskiego niedźwiedzia.

Dziś Ukraina dzielnie walczy o swoją niepodległość – i wiele wskazuje na to, że ją obroni. Nie wiemy jeszcze, jak długo potrwa wojna i jak wielkie cierpienia i szkody wyrządzą Rosjanie. Ale jest coraz większa szansa na to, że wbrew planom Putina kraj wyjdzie z wojny wprawdzie zniszczony i być może okrojony, ale wolny.

I wtedy dopiero zacznie się gra o prawdziwą niepodległość Ukrainy. Albo uda się zbudować sprawne, nowoczesne państwo, które z zachodnią pomocą finansową będzie w stanie odbudować infrastrukturę, stworzyć warunki do trwałego rozwoju, a za 10–15 lat zostać członkiem Unii Europejskiej. Państwo zdolne zapewnić swoim obywatelom wolność i dobrobyt znacznie większe, niż mają Rosjanie. Albo pomoc zostanie rozkradziona przez oligarchów i skorumpowanych polityków, kraj pozostanie w ruinie, gospodarka w rozkładzie, a ludzie w nędzy. A wtedy prędzej czy później niedźwiedź pożre osamotnionego sąsiada.

Ukrainie potrzebne są pieniądze na odbudowę. Ale jednocześnie, a może nawet jeszcze bardziej, potrzebne są gruntowne reformy, które uzdrowią państwo i gospodarkę. Bo bez tego nie da się obronić jej niepodległości.

Nasz rząd z pewnością jest gotów służyć radą i pomocą: po Polskim Ładzie pewnie najwyższy czas na Ład Ukraiński. Co przypomina mi żart z czasów komunizmu: pod koniec defilady na Placu Czerwonym, po czołgach i rakietach, przejechała wołga z kilku smutnymi panami. „A co to jest?” – spytali zdziwieni zachodni dyplomaci. „To najbardziej niszczycielska broń, jaką dysponuje nasz potężny kraj – usłyszeli w odpowiedzi. – Nasi doradcy ekonomiczni”.