W rezultacie złoty, czeska korona i forint jeszcze bardziej słabną w stosunku do dolara i franka. Od początku kryzysu względem euro (i innych „mocnych” walut) wyraźnie słabnie też waluta Szwecji – bałtyckiego sąsiada Rosji.

Gwałtowne osłabienie się złotego przypomina inne tego typu zdarzenia, które w pierwszym rzędzie należy przypisać nastrojom paniki i „owczego pędu”, dość typowym dla rynków kapitałowych i walutowych. W Polsce zdarzenia te miały miejsce w marcu 2004 r. i lutym 2009 r. W obu przypadkach dochodziło to tego, że rynek wyceniał euro na ponad 4,9 zł. W obu przypadkach po skrajnym i gwałtownym osłabieniu złotego szybko następowało jego wzmocnienie. W ciągu trzech miesięcy od szczytowego osłabienia rynek wyceniał euro na 4,5 zł w maju 2004 r. i na 4,4 zł w czerwcu 2009 r.. Postępujące dalej wzmacnianie się złotego doprowadziło do kursu 3,2 zł za euro (!) w lipcu 2008 r. i 4,2 zł w grudniu 2009. Opierając się na tych doświadczeniach można zaryzykować przypuszczenie, że „słabość” złotego była raczej przejściowa. Oczywiście kierunek, tempo i skala ewentualnych zmian kursów walutowych pozostają niewiadomą – tak samo zresztą jak dalszy przebieg i konsekwencje wojny „na Wschodzie”.

Nastroje paniki nie ograniczają się do rynku walutowego. Ewidentnie panikuje też wielu komentatorów ekonomicznych, dziennikarzy i polityków postulujących natychmiastowe podjęcie jakichś ekstraordynaryjnych starań o zastąpienie złotego wspólną walutą europejską. Zdają się oni sądzić, że Polska z własną walutą będzie bardziej narażona na rosyjską agresję niż Polska bez własnej waluty. Nawet, gdyby ten pogląd był słuszny (w co mocno wątpię: czy kraje bałtyckie są – z tytułu posiadania euro – mniej narażone niż Polska?), do rozważenia pozostają jeszcze różne „szczegóły”.

Po pierwsze, kraje aspirujące do przystąpienia do strefy euro są zobowiązane do spełnienia szeregu kryteriów ekonomicznych. Polska tych kryteriów nie spełnia (i spełnić nie może w ciągu najbliższych kilku lat). Nawet, gdyby – z uwagi na nadzwyczajne okoliczności – kryteria te zostałyby „czasowo” zliberalizowane (co wydaje się nieprawdopodobne z uwagi na polityczne napięcia występujące na linii Warszawa-Bruksela), to pozostaje jeszcze kwestia praktyczna: wybór konkretnego kursu złotego do euro, po jakim miałoby nastąpić przeliczenie na euro wszystkich istniejących zobowiązań i wierzytelności złotowych. Ustalenie tego kursu to nie jest „kaszka z mlekiem”! Ale od owego kursu „przejścia” (ze złotego na euro) zależeć będzie bardzo wiele – i to w dłuższej perspektywie. Dowodzi tego np. doświadczenie Italii, która – przyjąwszy euro po „fałszywym” kursie – boryka się od tego momentu z permanentnym kryzysem.

Po drugie, w dłuższej perspektywie strefa euro okazała się strefą sekularnej stagnacji gospodarczej, w dodatku wstrząsanej periodycznymi kryzysami i recesjami. Źródłem (raczej nieusuwalnej) słabości strefy euro jest sama jej „architektura” – w tym zwłaszcza zasada jednego rozmiaru („one size fits all”) w polityce pieniężnej. Pozostając poza strefą euro Polska rośnie gospodarczo o wiele szybciej i o wiele „zdrowiej” niż np. Słowacja i Słowenia – kraje, które już dawno zrezygnowały z własnych walut. Własna „suwerenna” waluta okazuje się ważnym czynnikiem wzrostu i stabilności – nawet, gdy od czasu do czasu jej kurs wymienny względem euro zdaje się „wariować”.

Orędownicy jak najrychlejszego przystąpienia do strefy euro należą też do zdecydowanych krytyków zbyt łagodnej (ich zdaniem) polityki NBP. Prześcigają się oni w żądaniach dalszej, szybkiej i radykalnej podwyżki stóp procentowych. Jednak gdyby Polska przyjęła euro, musieliby oni pogodzić się z zerowymi ( a nawet nominalnie ujemnymi) urzędowymi stopami procentowymi dyktowanymi przez Europejski Bank Centralny!

Autor jest doradcą prezesa NBP. Tekst wyraża opinie autora.

Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji.